Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Laetitia Sadier? Klasa, klasa, klasa. Ta pani ma już zapewnione miejsce w muzycznej historii dzięki Stereolab, ale w obecnej dekadzie Francuzka rozpoczęła zmagania solo i okazało się, że bez Tima Gane'a też można nagrywać świetne rzeczy. Ale wróćmy do teraźniejszości, bo niedawno ukazał się nagrany wspólnie z Source Ensemble album Find Me Finding You będący doskonałą, chyba bardziej popową kontynuacją Something Shines. To wciąż skakanie z niebywałą elegancją po dobrze znanych, stereolabowych obszarach: jest bacharachowski barok z ornamentacjami, znajdzie się szczypta krautrocka z ukłonem w stronę Velvet Underground, pojawiają się wpływy yé-yé i francuskiej piosenki z Serge'em Gainsbourgiem na czele. Do tego dużo lounge'u, syntezatorów i wszystkiego tego, czego można spodziewać się po 'Lab. Ale bez zespołu Laetitia podchodzi do tej bazy od zupełnie innej strony. Tak czy inaczej, słychać, że w "Undying Love For Humanity" grasuje stereolabowy wirus, przepiękny "Double Voice: Extra Voice" eksponuje songwriterskie umiejętności Sadier, statyczny "Psychology Active (Finding You)" odbiera mowę olśniewającym, chóralnym finałem, "Deep Background" relaksuje dawką wyrafinowanego ambient popu, a "Galactic Emergence" brzmi jakby Laetitia odpowiadała na "Exit Music" RH. Mówcie sobie co chcecie, ale dla mnie Find Me Finding You to na luzie jedna z płyt roku. I szkoda tylko, że w sieci nie ma żadnego streamu... −T.Skowyra
DJ Khaled kojarzył mi się raczej z irytującymi, bo przestającymi śmieszyć po kilku chwilach okrzykami, cudowną okładką Major Key, którą chętnie bym powiesił sobie nad łóżkiem oraz byciem kolegą wszystkich. Tym razem udało mu się uciec z tej klatki, którą sam sobie stworzył, bo nie rezygnując z ciągłego celebrowania sukcesu i radowania się z życia, tworzy przy okazji jeden z fajniejszych kawałków, jaki miałem okazję ostatnio usłyszeć. Bieber jako provider hooka wypada sympatycznie, Quavo i Chance nie zawodzą, a obecność Wayne'a przypomina, że Carter V nie ujrzał światła dziennego, co jest właściwie jedynym smutkiem, jaki towarzyszy przy obcowaniu z "I'm The One". Czy będzie to jeden z przebojów tego roku? Tak może się zdarzyć, a ja tymczasem na słońce czekam z jeszcze większym utęsknieniem. –A.Barszczak
Choć mało o nich wiadomo, Superorganism to dziwaczny twór. Ich usunięty z sieci numer "Something For Your M.I.N.D." (niewyczyszczone sample) porównywano do Gorillaz, ale to chyba nie do końca dobre skojarzenie. Chyba że chodziło o Gorillaz w wariatkowie. Ta banda porąbanych gości gra jakiś weird pop w rodzaju zakręconych Super Furry Animals, Pizzicato Five czy Beta Band. Czyli po prostu potrafią w ciągu trzech minut zmieścić deszczowe intro, dziwnego kolesia, gitarowe riffy, syntezatorowe linie, telefony, szkolny chórek, urywający głowę chórek i takie tam inne. Krótko mówiąc, takimi kawałkami jak "It's All Good" Superorganism jest w stanie ożywić ten skostniały krajobraz popu, w którym wszystko wydaje się podobne do wszystkiego. Kibicuję i liczę na więcej. −T.Skowyra
Cztery lata to dużo. Na tyle dużo, żeby się zestarzeć, przegapić rewolucję albo zapomnieć o tęsknocie za weteranami młodości. Phoenix to było moje Real Estate lat 00's i pozostał mi do nich pewien nieusuwalny sentyment z czasów nastoletnich. "Czas zapierdala", inni bohaterowie epoki, Strokes, skutecznie uciekli w synthowe konstrukcje i Francuzi dokonali podobnego manewru, stopniowo, z albumu na album żegnając się z resztkami gitarowości (która od początku była raczej tłem). "J-Boy" to synth-pop typowy dla byłych "indie popowców z gitarami" – nieco szorstki, ale wciąż melodyjny, bardziej new romantic/new wave niż prostolinijnie popowy. Szkoda, że płaskie, bezbarwne zwrotki psują efekt całości, kontrastując z całkiem zgrabnym, inkrustowanym synthowymi motywami refrenem. Pozostaje spory niedosyt, bo bardzo chciałem żeby się udało, a udało się połowicznie. Oby Ti Amo było lepsze. –J.Bugdol
Pierwszy singiel Tennis jaki usłyszałem, "Modern Woman", oczywiście zachęcał do odsłuchu, ale był raczej dobrze znanym indie-folkowym schematem. Z tego też powodu nie miałem zbyt wielu oczekiwań co do Yours Conditionally, A TU BĘC – miło się rozczarowałem. Duet Riley/Moore umiejętnie drąży temat songwritingu lat 70., czyli wykwintną, soft-rockową wrażliwość na modłę King/Rundgrena ("In The Morning I'll Be Better"), przypomina też czasem o retro-popie a la Cardigans ("Fields Of Blue") czy folkowości, która chciałaby być nieco sophisti – jak Mitchell czy wczesne Hall & Oates ("Please Don't Ruin This For Me"). Fakt, jest trochę nierówno, ale właściwie każdy numer ma coś chwytliwego do zaoferowania (warto też zerknąć w teksty), każdy na swój sposób SPOGLĄDA W PRZESZŁOŚĆ, ale w sposób kreatywny, dzięki czemu mówienie o Yours Conditionally jako o "zbiorze ćwiczeń stylistycznych z 70s w indie-sosie", nie jest wcale wielką obelgą. –J.Bugdol
Nie od dziś wiadomo, że Alex Smith to nie tylko specjalista od Detroit Techno. Tym razem miesza house Larry'ego Hearda z nu-disco Tony'ego Bettiesa i funkiem Damona Riddicka. Pomaga mu wracająca do formy Ramona Gonzalez, która na tle oldskulowego podkładu przypomina mi jakąś zapomnianą gwiazdę r&b lat 80. "Confess To U" prowokuje do użycia wyblakłych klisz o plaży i piasku, ale chyba nie da się inaczej, skoro ten utwór pewnie na stałe wejdzie do mojej (i pewnie nie tylko mojej) wakacyjnej listy singli. –J.Bugdol
Wszelkie próby zbywania Rosy Vertov hasłem "polskie Warpaint" muszą nieuchronnie spłynąć ściekiem. Jasne, podobieństwa (dziewczyński skład, umiłowanie do dream-popowego odrealnienia, wszechobecność wokalnych kontrapunktów) widać jak na dłoni, ale szanujmy się. Po pierwsze w obliczu Who Would Have Thought? ostatnie dokonania Amerykanek brzmią jak stockowa czkawka; po drugie zaś nie przypominam sobie w twórczości Warpaint tak silnie wyeksponowanych wpływów garażowej psychodelii, post-rocka po linii Spiderland, a nawet jazzawego avant-rocka ("Frantic"). Najnowszemu wydawnictwu warszawskiego zespołu nie brakuje ani napięcia, ani klimatu, ani konkretnych pomysłów czysto muzycznych, dlatego też na tegorocznej gitarowej mapie Polski stanowi punkt obowiązkowy. –W.Chełmecki
"Thinking" to druga z miniaturek, będących odrzutami z nadchodzącego albumu Louisa Cole'a, które autor postanowił mimo wszystko udostępnić słuchaczom. Śmiało można tu mówić o drobnym post scriptum do "Weird Part Of The Night", bo to ten sam typ prog-synth-chiptune-funku (w tym miejscu sam zainteresowany szeroko się uśmiecha), co tam. Mechaniczny rytm i charakterystyczne, "rwane" syntezatorowe akordy stały się znakiem firmowym Cole'a i z mojej strony nie pozostaje nic innego, jak tylko pochwalić i zadeklarować, że im więcej takich strzałów, tym lepiej. Dla ludzkości, w sensie. –W.Chełmecki
Gdy opadł już trochę kurz, Kendrickowy szał ucichł, warto wrócić sobie do Painting Pictures, bo w przeciwieństwie do wielu dzisiejszych wydawnictw, płyta Kodaka nie opiera się wyłącznie na szybko opadającym hajpie. Pisałem już o "Tunnel Vision" i zdanie podtrzymuję, a teraz może oceniłbym ten kawałek nawet wyżej. Nie wyznaczył on jednak ram brzmienia sympatycznego Florydczyka – jego debiutancki album to w przeważającej większości cloudowe, lekkie, melodyjne bity i lekko zamulający głos Kodaka. Gość może nie jest najbardziej porywającym z nowych graczy, ale jest na tyle charakterystyczny, żeby nie zlewać się z zastępem młodych, aspirujących raperów, a wszelkie braki nadrabia mistycznym "uchem do bitów". "Twenty 8", "Patty Cake", numer z Thuggerem, który brzmi jak zagubiony element z JEFFERY – to wszystko świetne rzeczy. Czy Painting Pictures mogłoby być nieco krótsze? Pewnie tak, ale nic mi tutaj nie przeszkadza, słucham sobie cały czas. Pozdrowienia do więzienia. –A.Barszczak
Kapota? Nie wiem, co to za jeden, ale w "Kasuj Mój Numer" słyszę przefiltrowane przez wrażliwość Janusza Tracza flow Borixona (węgorze!) zaklęte w zawadiackim stylu młodego Tedzika na bicie spod znaku wczesnych Neptunes. Właściwie od pierwszej linijki jestem kupiony ("Jak jesteś pałą / Paaaałą"), a kanciasty strumień świadomości głównego bohatera świetnie sprawdza się jako przewodnik po zaułkach stulejarskiej części Warszawy. Jeśli czasami coś tam językowo nie styka, to wiadomo, tym gorzej dla języka. Bez dwóch zdań jest tu wiele linijek o kultowym potencjale ("Kończąc Se Tyrkę Na Hali Koszyki...", "Z Radyjka Leci Mi Jackson...", "Nie znajdą na GPS-ie / Bo Nie Ma Zasięgu Tu W Lesie"), a przecież właśnie tego wszyscy oczekujemy od życia. Cytując celny (w punkt!) komentarz z YouTube'a: "patorap jazda bez trzymanki, a nie jakieś bajki o pieniądzach i udawana gangstera". Tak trzeba żyć. Ktoś wie, jak znaleźć go na Uberze? –K.Bartosiak