Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
O tajemniczym duecie z Francji, prawdopodobnie z Rennes, jeszcze niewiele wiadomo. 2015 to rok, w którym mamy usłyszeć jeszcze jakieś nowe rzeczy i jest na co czekać. "Quite Like" wpisuje się w poważany przez nas trend prezentowania przejrzystego jak woda źródlana miksu popu i r’n’b. Jest subtelenie, nastrojowo, Francja elegancja. –M.Hantke
Słucham sobie tego singielka i w głowie dopełnia mi się obraz Onry, jako producenta przehajpowanego. Owszem, na każdym albumie Francuza znajdziemy jakiś ripitowalny track, dwa lub nawet trzy, ale umówmy się – nigdy nie wymiótł. Najwięcej mówiło się o Chinoiseries, głównie za sprawą konceptu samplowania wietnamskich pocztówek dźwiękowych. 15 maja wychodzi Fundamentals, mające być zanurzone w przeszłości, w złotej erze hip-hopu, ale patrzące w przyszłość. "We Ridin’" jednak zapowiada muzykę smutnie i nudnie wtórną. –M.Hantke
Kilka miesięcy temu o Ghost Bath mówiło się jedynie w kontekście chińskiej nadziei hipsterskiego black metalu. Dziś wiadomo już, że był to jedynie epigoński zabieg mający zapewnić zespołowi niezbędny medialny rozgłos, a kolektyw faktycznie nadaje z Dakoty Północnej i cholernie blisko im do wizji muzyki kalifornijskiej paczki wieślarza Kerry’ego McCoya. Tegoroczny Moonlover to bowiem pokłosie popularności patentów wykorzystanych przed dwoma laty na Sunnbather wymieszane z groteskowością ich utrzymanego w konwencji depressive blacku debiutu – Funeral. Podgatunku, którego ostatnie dzieci brzmią bardziej satyrycznie niż samobójczo-groźnie, jak w pierwotnym zamyśle dźwięczeć miały. Potrzebny dowód? Weźmy na przykład największy walec z Moonlover – "Golden Number". Utwór ten spokojnie mógłby w jakimś stopniu mierzyć się z kompozycyjną wielkością blackgazingowo-post-rockowych "The Pecan Tree" i "Dream House" Deafheaven, stanowić swoisty zgrabny pastisz, gdyby nie kiczowate pianinowe outro bawiące tak samo, jak nieudana inwokacja kryjąca się pod pierwszym indeksem, "The Sleeping Fields". W całym zestawieniu zdecydowanie najrówniej prezentuje się nie tak bogato przyozdobiony w ekspresyjność, ale wygrany ultrapoprawnie "Happyhouse". Reasumując: to nie jest zła płyta, ba – nawet dobra. Zanotowano tu najprzyjemniejsze riffy od czasów wspomnianego Sunbather, a użytkownicy sieci cieszą się niesłychanie, bo Ghost Bath jako trzeci dołączają do wąskiego grona zespołów zrzeszonych pod internetowym tagiem "pink-gaze". Tak więc w oczekiwaniu na trzecie LP Deafheaven słuchajcie tylko tego lub też dwóch ostatnich płyt holenderskich An Autumn for Crippled Children. –W.Tyczka
Nuda, panie. Niestety ten wyświechtany frazes ma rację bytu, szczególnie w kontekście tego, że Barnett wyraźnie zainspirowana jest PJ Harvey, Hole czy Liz Phair. A Ile razy, drodzy słuchacze, słyszeliście już kalkę PJ Harvey albo innej Liz Phair? Na pewno zbyt często. I choć zdarzają się na Sometimes I Sit And Think, And Sometimes I Just Sit utwory relatywnie udane ("Depreston", "Pedestrian at Best") to niestety płyta zbyt często grzęźnie w zalewie monotonnego, męczącego indie-rocka. Niech przykładem będzie tutaj chociażby wołające o pomstę do nieba "Kim’s Caravan", bo o pozostałych trackach nie chcę pamiętać. Wciąż wolę jednak Barnett od irytujących pieśniarek pokroju Angel Olsen i Waxahatchee i tylko dlatego moja ocena debiutu Australijki jest neutralna. -J.Marczuk
Wracający po wielu latach amerykański duet Daphne And Celeste oraz Max Tundra w roli producenta? Na papierze wygląda to bardzo fajnie, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że Max jest obecnie w całkiem niezłej formie. ”You And I Alone” nie jest może tak rytmicznie poszatkowane i pogięte harmonicznie, jak solowe produkcje Tundry, ale i tak bardzo podoba mi się ta producencka wizja londyńczyka. Faktycznie, jest ciut "weird”, jak chce pan producent oraz wielu zachodnich pismaków, ale chciałbym wierzyć, że stoi za tym minimalistycznym popem zajawka Solex, co można dodatkowo odczuć w świetnym refrenie. Plus i tylko plus za taką robotę! –J.Marczuk
Samanthę możecie znać z zespołu Friends, z którym nagrała między innymi popularne “I’m His Girl” oraz z przynależności do obozu Blood Orange. Teraz natomiast pojawiła się okazja, dzięki której możecie zakodować sobie nowe skojarzenie, a mianowicie jej solowe “1 2 3 4”. Warto ten kawałek odnotować ze względu na całkiem udane scalenie popowości wczesnej Madonny i syntetycznego chłodu Class Actress, które miejscami brzmi też jak rozwinięcie muzyki Deva Hynesa (maczał tu palce w aranżacjach) i jej zespołu (basista też się udziela) – czyli mamy dość obfitą sekcję rytmiczną, rdzawo-ejtisową paletę, ale koniec końców też niepotrzebne rozwodnienie kompozycji. Dobrze mi się tego słucha, ale gdyby nie środek numeru i ekspansja padów-chórków, które rozpuszczają to, co powinno nas tu teoretycznie kręcić, mógłby powstać bardzo konkretny popowy track. –K.Pytel
Kto z Kanye przestaje, ten potem wypuszcza utwory nie tylko będące jednym długim quasi-samplem – tu mamy do czynienia z piosenką D.J. Rogersa – ale też kontrowersyjne od strony produkcji, bo drastyczna ostrość, żeby nie powiedzieć deformacja, brzmienia “Ryderz” także jest tu czymś znamiennym i raczej nieprzypadkowym. Kolejna zapowiedź Lantern, drugiego albumu HudMo, stanowi krok w bok, ale całkiem interesujący, jeśli weźmiemy pod uwagę element albumowości czy konceptu. Brytyjczyk ma nowy singiel, a ja mam nowe, podejrzanie polsko brzmiące słowo do spółki z Kieszą. –K. Pytel
Trochę zbieram szczenę z podłogi. Muzycy Jagi wciąż malują piękne pejzaże, ale tym razem idą o krok dalej, dorzucając do inspiracji Tortoise, Methenym i Reichem jeszcze jeden ważny zespół. Chodzi mi mianowicie o zespół Yes. Od dawna nie słyszałem takiego blisko dziewięciominutowego wymiatania (Martin Horntveth jest tutaj niczym Bill Bruford, mówię wam) dodatkowo wspartego znakomitym wyczuciem melodycznym. Dzieje się tu "dużo za dużo", wrażeń starczy na więcej niż kilka (kilkanaście?) przesłuchań, natomiast Norwegowie już mogą cieszyć się wysokim miejscem w mojej prywatnej czołówce najbardziej wyczekiwanych albumów tego roku. Poprzeczka jest zawieszona wysoko, bo What We Must oraz wydany w 2010 roku One Armed Bandit to znakomite krążki, ale po takiej zapowiedzi, jak "Starfire" jest duża szansa, żeby ją przeskoczyć! –J.Marczuk
Drugi singiel brytyjskiej bandy synthpopowych geeków, który zapowiada ich nadchodzący, szósty w karierze album Why Make Sense?, niczym mnie nie zaskakuje. Produkcja jest, owszem, nienaganna, wokale ładnie kołyszą, końcówka całkiem daje radę, ale ostateczny efekt jest taki, że wszystko jest tu nieostre i w konsekwencji po pięciu minutach już nie pamiętam o tym numerze. Może po raz kolejny brakuje Brytyjczykom hooków, które zresztą ostatnimi czasy (od drugiej płyty, hehe) średnio im wychodziły i inni ze Zjednoczonego Królestwa robili to znacznie lepiej (Friendly Fires, anyone?). Wszystko możliwe. Na pewno rzucę uchem na ich nadchodzący krążek z recenzenckiego obowiązku, ale czy odnajdę na nim bardziej udane numery? Śmiem wątpić.–J.Marczuk
Do zeszłorocznej EP-ki Calm Down, Alison Wonderland dorzuca debiutanckiego długograja. I w zasadzie niewiele się zmieniło, bo album kontynuuje tropy (czy raczej trapy) poruszone właśnie na wydawnictwie z ubiegłego roku. A są to pełne potężnego basu i równie potężnych dropów trapowo-popowe (słychać zarówno Rustiego, jak i Katy B) bangery brzmiące całkiem świeżo i zachęcająco (nawet Wayne Coyne i Lido nie odmówili sobie wspomożenia Alison swoimi umiejętnościami). I choć czasem ciężko odróżnić jeden kawałek od drugiego i brakuje tu wyrazistych highlightów (najlepszym w zestawie jest chyba "Take It To Reality"), to i tak nie nudzę się podczas słuchania Run. A takie osiągnięcie w 2015 roku zdecydowanie jest warte propsowania. −T.Skowyra