Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Medialne wzloty Azealii Banks to sfera nieporozumień wymagających trzeźwej analizy. Ta piłka skutecznie ten problem ominie, bo chociaż aferki się zdarzają, to jeśli cierpi na nich wizerunek Amerykanki – słusznie czy nie – to w jej muzyce większych nieporozumień raczej nie zauważam. Taki koncyliacyjny wstęp posłuży mi więc do tego, żeby swobodnie połączyć na przykład wątek beefu z Disclosure z doskonałym przystosowaniem raperki do muzyki tanecznej (na albumie mamy chociażby “Desperado”, ale sprawa jej talentu na tym polu jest ogólnie wiadoma). Po mało oczywistym debiucie artystka szykuje się do następnego ruchu, wypuszczając opierający się na klasycznym housie “The Big Big Beat”. Jakby wzięte z Debutu Björk i Storytellera Crystal Waters zarazem. Sampel z Notoriousa to delikatnie rejony clickbaitowe, ale jakoś szczególnie mnie nie razi, a całość przygotowana przez szerzej nieznanego An Expresso w charakterze podkładu dla wszechstronnej panny Banks (mind śpiewane partie) wypada bardzo porządnie, więc po raz kolejny daję jej plusa. To co? Szykujmy się na więcej Azealii w tym roku. –K.Pytel
Mikael Seifu kontynuuje swoje ekskursje wzdłuż etiopskiego folkloru, tym razem w bardziej antycznym i surowym w wydźwięku wydaniu. "How To Save A Life" to rytualne zagrywki i improwizacje przy pomocy tradycyjnych afrykańskich instrumentów, których za cholerę nie potrafię nazwać i tylko delikatny rys zelektyfikowanej nowoczesności. Jest w tym wszystkim jakaś pierwotna dzikość, nerw, jaki zazwyczaj towarzyszy zaledwie naszym wyobrażeniom o takiej muzyce, oddzielający rzeczywistą fascynację od bezrefleksyjnego obskurantyzmu i sprawiający, że słucha się w niekłamanym skupieniu. Nie tak dobre jak "The Lost Drum Beat", ale wciąż bardzo dobre. –W.Chełmecki
Na to, że najnowszy singielek duetu w ogóle mnie nie grzeje ma wpływ kilka równoległych czynników: prosty i całkiem przyjemny, jadący na sukcesie "Lean On" world bicik poprzecinany jest irytującymi, wulgaryzującymi wstawkami, Aluna brzmi jakby bardzo nie chciała mieć z tym kawałkiem nic wspólnego, a do tego całość jest zritardyzowana obecnością Popcaana – jednego z największych pitchforkowych nieporozumień ostatnich lat. Do tragedii nie doszło, ale jak na autorów Body Music to stanowczo, stanowczo za mało. -W.Chełmecki
Tym razem jeden z naszych ulubieńców nie pokazał swoich songwriterskich skillsów, ale dośpiewał swoje na cudzym podkładzie. Na szczęście SG Lewis, który również zachwycił się debiutanckim krążkiem Dornika, poczęstował swojego gościa na wokalu przestrzennym, klawiszowym podkładem lekko wpadającym w chillwave'owe wibracje. Coś w sam raz dla obdarzonego Jacko-podobną barwą głosu Leigha. Kulminacją "All Night" jest oczywiście wzniosły, pulsujący refren, ale przecież cała kompozycja jest przemyślana i nie zawiera nawet chwili przestoju: poczynając od umiejętnie zaszczepiającej klimat jointa introdukcji, przez treściwą zwrotkę prowadzącą do refrenowego hooka. Po dwóch kolejkach SG dokłada synthowe arpeggio budując tym samym dający orzeźwienie mostek na 1:43, po czym uderza z jeszcze silniejszym chorusem za sprawą doklejonego, klawiszowego paska i tym samym wieńczy całą pieśń. Ze spokojem można wrzucać na ripit, tylko pamiętajcie: noce są teraz długie, ale przy "All Night" mogą szybko zlecieć. Dobranoc. –T.Skowyra
Tahliah Debrett Barnett wciąż nie daje o sobie zapomnieć i prezentuje nowy kawałek. Tym razem (zresztą nie tylko tym, ale tutaj przede wszystkim) próbuje nas zahipnotyzować swoim uduchowionym, przepełnionym emocjami głosem, a dźwięki podkładu stanowią tu właściwie tylko oszczędne, namalowane, elektroniczne tło, choć w drugiej, zdecydowanie najlepszej części, jednak zaczynają pełnić większą i istotniejszą rolę. Tak czy inaczej, twigs trochę przesadza z tą patetyczną formułą – w dodatku czarno-biały klip ma za zadanie zwiększyć wrażenie. Stąd nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że "Good To Love" to utwór fascynujący i przeszywający, ale skrzywdziłbym artystkę twierdząc, że jej najświeższa propozycja jest zupełnym niewypałem. Trochę jestem oczarowany, a trochę mam wątpliwości. Hmmm. –T.Skowyra
Od bardzo chwalonej drugiej części tryptyku swojego czasu się odbiłem i po trójeczkę sięgnąłem bez żadnych oczekiwań. I tu nastąpiło miłe zaskoczenie, bo całość ze smakiem pochłonąłem, a potem puściłem mixtejp jeszcze raz i jeszcze raz. Jeśli ktoś słuchał już tego duetu to wie czego się spodziewać i polecać nie trzeba, jeśli nie to powinien pójść po rozum do głowy i zapoznać się z tymi wariatami z "Czikago". Wersja dla opornych? "Spazz On Ya", "Expensive Taste" i "How U Do Dat" – najlepsze fragmenty z tego materiału i jeśli to nie jest przekonujące, to nie mam bladego pojęcia co jest. Teraz wracam sobie do poprzednich taśm i czekam na pełnometrażowy, "profesjonalny" materiał, bo Saiyanów już wystarczy (przypominam – czwarta forma jest niekanoniczna)! –A.Barszczak
Maria Peszek postanowiła za jednym zamachem zabrać głos w dyskusji na temat uchodźców i ustosunkować się do ostatnich przetasowań na polskiej scenie politycznej. Najpierw tłumaczy dzieciom, że "inny nie znaczy gorszy lub zły" następnie dokonuje fascynującego odkrycia – "nic nie jest takim, jakim się wydaje" a w puencie jak zwykle obrywa się POLSKIM KATOLOM. Jest to pierwszy singiel zapowiadający zbliżającą się wielkimi krokami nową płytę artystki Karabin i jeśli wierzyć zapowiedziom z youtube'owego kanału Marii ma to być KOLEJNY KONCEPT ALBUM (!!), "jedenaście piosenek o wolności, nienawiści i prawie do bycia innym". Właściwie ten kawałek wydaje się być esencją nadchodzącego krążka, mamy tu wszystkie wyżej opisane składniki. Czuję się więc zwolniony z wątpliwej przyjemności odpalania Karabinu. –S.Kuczok
Dziewczyny z Hinds przy swoim debiutanckim LP Leave Me Alone popełniły zasadniczy błąd. Proponują nam dwanaście prostych, nieinwazyjnych utworów, brzmiących jak soundtrack do przejażdżki cabrio przy pobliskiej plaży czy kacowania po całonocnym melanżu u znajomego z basenem w ogródku. Gitary płyną tutaj słonecznie z manierą późniejszych dokonań The Walkmen czy wolniejszych momentów dyskografii Lady Lamb. Takie "Easy" czy "Castigadas En El Granero" to nawet całkiem przyjemne piosenki, z tym, że album ten wydany został w środku zimy! Ja wiem, że w Madrycie, z którego kwartet pochodzi, w połowie stycznia pewnie jest trochę cieplej niż u nas, ale Panie mogły pomyśleć też o reszcie Europy! Jak tu słuchać takiego "Chili Town" przy trzynastostopniowym mrozie za oknem? Dwa wyżej wspomniane bandy wydawały swoje płyty w bardziej sprzyjającej aurze. Wrzucało się takie rzeczy na słuchawki i do rowerowych wycieczek były jak znalazł, a i same kawałki jakieś bardziej zapamiętywalne. W każdym razie, do wakacji to ja już o tej płycie zapomnę, a kciuk może skierowałby się wtedy trochę wyżej. –S.Kuczok
Tortoise wrócili z nową płytą. To zawsze miło, bo to na luzie jeden z moich ulubionych zespołów, ale nie będę się za bardzo wgłębiał w ich twórczość, bo znacie ją przecież dobrze. Na siódmym albumie tej zacnej grupy z Chicago nie ma katastrofy jak chce część krytyków, ale daleki jestem również od stwierdzenia, że The Catastrophist może w jakimkolwiek stopniu równać się z wybitnym tryptykiem tej grupy z lat 90., a nawet wydanym na początku ubiegłej dekady Standards. Z jednej strony redukcja progresywności charakterystycznej dla Beacons Of Ancestorship wyszła im na dobre, ale cały czas odnoszę wrażenie, że obcuję z kliszami starych kompozycji, no ale tego mogliśmy się przecież spodziewać. Kiedyś robili to lepiej, o kilka poziomów lepiej. Są jednak na tej płycie numery, które zahaczają o świetność, jak chociażby nasycone wieczorną neurozą "Hot Coffee” czy avant-jazzowa impresja "Tesseact”, gdzie w końcówce zespół z Wietrznego Miasta brzmi tak, jakbym sobie tego życzył (ach ta skwiercząca gitara Jeffa Parkera, perka McEntire’a i basowe podrygi McCombsa). To zdecydowanie najmocniejsze numery na tym krążku, ale jest tego więcej. Weźmy chociażby takie "Ox Duke”, "Shake Hands With Danger” czy tytułową kompozycję – wciąż są to dobre numery! Pięć udanych kompozycji z jedenastu to i tak spoko, ale wciąż pozostaje niedosyt. Po co był panom bluesujący "Rock On” czy napisana na wzór numerów Yo La Tengo senna ballada "Yonder Blue”? Tego nie wiem, ale zdecydowanie nie są to utwory, o których będziecie śnić nocami. Reasumując: niezła płyta, ale czy wnosząca coś odkrywczego, świeżego i w końcu świetnego pod względem kompozycyjnym do i tak znakomitego katalogu wydawniczego Amerykanów? Z pewnością nie. –J.Marczuk
Paweł Milewski − połówka duetu Twilite przesiadł się z folkującego indie popu na rzecz bardziej elektronicznych, intymnych, sypialnianych brzmień. I fajnie, bo choć takie granie nie jest wzorcem oryginalności rodem z Sevres (konotacji i podobieństw z hołubionymi przez nas artystami mógłbym wypisać sporo, ale po co), to wciąż w naszym kraju występuje w, nazwijmy to, niedostatecznym stopniu. Nie ma o czym mówić, Milewski robi to dobrze. Podoba mi się ukuty na podobieństwo najlepszych numerów Inc. szkielet rytmiczny tego utworu, podoba mi się pełna wyczucia i oszczędna produkcja autorstwa Phantoma i Michała Kupicza (swoją drogą co za skład) i wreszcie najbardziej podoba mi się refren, gdzie nienachalna wokaliza Pawła świetnie współgra z przetworzoną gitarą elektryczną i migającymi gdzieś na trzecim planie samplowanymi głosami. Dobrze zrobionego bedroom popu flirtującego z r&b nigdy dość. EP-ka od figurującego pod pseudonimem Better Person Adama Byczkowskiego już niedługo, ale projektem Pasts na ten moment jaram się w przynajmniej równym stopniu. Czekamy na więcej! −J.Marczuk