Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Ze sporym opóźnieniem Charlotte Emma Aitchison podczepia się pod sztandary PC Music. Powołała nawet do życia własny label Vroom Vroom, w którym to właśnie wypuściła swoją najnowszą EP-kę. Taki ruch, choć wydaje się odważny, uświadamia tylko, że Charli jakoś nie do końca wie, w którą stronę podążyć – przecież grała już chartsy, gitarowy pop czy coś w rodzaju cloud rapu. Vroom Vroom to jej kolejna wycieczka, do której na pewno dobrze się przygotowała (wzięła ze sobą takie postaci jak Sophie czy Hannah Diamond), ale której efekt jest daleki do porywającego. Jeszcze na wysokości openera wszystko zdaje się być interesujące: zmutowane, fakturowe wtręty udanie korespondują z niewinnym chorusikiem, tworząc toksyczny związek. Duet z gwiazdeczką PC Music w obłąkanym ecstasy party "Paradise" zdominował Sophie, ale nie wydobył z siebie niczego, co wwierciłoby się do głowy. "Trophy" sprzedaje kolejne przekombinowane struktury od Samuela Longa, a kończący całość "Secret (Shh)" sytuuje się gdzieś pomiędzy całym tym vroomowym wariactwem. No więc mój audyt o EP-ce brzmi tak: fajnie Charli, że spróbowałaś czegoś innego, ale weź się wreszcie za zajebiste numery ze sztos refrenami, okej? –T.Skowyra
Nowy kawałek Lorely Rodriguez w rzeczywistości jest odrzutem z Me i traktuje – jak można wywnioskować po tytule – o problemie uprzedmiotowiania kobiet. Ale to nie tematyka "Woman Is A Word" odpowiada za uniesiony do góry kciuk, a rozsmakowane w ejtisach synthy, hipnotyczne, jednostajne eksklamacje i rozładowujące nieco napięcie, quasi-orientalne dżingle między kolejnymi segmentami. Nie jest to może sztosidło na miarę "Standard", nie jest też tak dobre jak płynące podobnie marzycielskim rytmem "Crying In Public" Chairlift, ale nie zmienia to faktu, że od dwóch dni jakoś się nie mogę od tego kawałka uwolnić. –W.Chełmecki
"Dangerous Woman" całkiem słusznie porównuje się do "Earned It" Weeknda z soundtracku do 50 Twarzy Greya, przy czym trzeba zaznaczyć, że jest to kawałek znacznie lepszy od mdłych, tesfaye’owskich ścieków. Co prawda ani postać, ani timbre Grande ni krzty nie pasuje mi do tak rozbuchanych, celujących w bondostwo soul-rockowych hymnów, ale też nie można powiedzieć, by tęsknota za cukierkowym refrenem "Love Me Harder" przyćmiewała rzemieślniczą sprawność utworu. Pytanie tylko, czy to jednorazowy, uzasadniony marketingowo strzał, czy może cała płyta taka będzie, na co wskazywałby fakt, że "Dangerous Woman" stanowi jej utwór tytułowy – osobiście życzyłbym sobie stonowania zapędów. –W.Chełmecki
Jeszcze bliżej światu nieznany producent z Kopenhagi kryjący się pod pseudonimem SIBA, wraz ze swoją debiutancką EP-ką prezentuje własne spojrzenie na... No właśnie, na co? Są tu cząstki jakichś "wonków", electro popu, czy nawet PC Music, ale wszystko podane jest tak lekko, delikatnie i bezpretensjonalnie, że nabiera to swojego własnego charakteru. Co prawda, nic na tym krótkim materiale nie zawładnęło moim umysłem, nic nie porwało w dziki taniec, ale nie zmienia to faktu, że Fruits bardzo mi się podoba, a szczególnie dwa pierwsze, wakacyjne kawałki. Poczuj owocową radość! –A.Barszczak
Odłóżmy na bok zeszłoroczny projekt z Toddem Rundgrenem i Emilem Nikolaisenem, bo wraz z "Closing Shot" Lindstrøm wraca gdzieś w okolice 2012, wprost do bardzo udanego w mojej opinii Smalhans. Nowym trackiem Norweg udowadnia, że wciąż jest w formie, a w kategorii rozlazłego syntezatorowego space disco ciągle nie ma sobie równych. Jakichś nowych dróg tutaj nie znajduję, ale nie jest to żadnym problemem, gdy dostaję tak dopieszczoną, rozkoszną kaskadę klawiszy, która mogłaby trwać bez końca. Może to po prostu mam słabość do takiego brzmienia, ale coś mi się wydaje, że koleś jest po prostu kozakiem. –A.Barszczak
Oj, chyba strzał z Krzysztofem Krawczykiem i reworkiem jego szlagieru "Chciałem Być" okazał się być tym z serii jednorazowych. Producent ukrywający się pod enigmatycznym pseudonimem unitr∆_∆udio zapragnął być przez moment naszym Clamsem Casino i w rzeczy samej udało mu się. Numer stał się jednym z hitów jesieni, pokochała go blogosfera, a cloudowy podkład pod osobistą spowiedź ex-Trubadura pasował idealnie. Nie chcę zatem nic mówić, ale porażka związana z przeróbką evergreenu Rodowicz jest dość spektakularna. Można winić dobór kawałka, bo numer sam w sobie jest przeciętnym utworem, ale niestety zostały tutaj obnażone pewne braki w kwestii producenckiego sznytu oraz wyczucia dobrego smaku. Zwrotka jedzie jeszcze "jako tako", ale o podbitym siermiężnym trapowym refrenie chciałbym jak najszybciej zapomnieć. Drogi producencie, jeżeli nas słyszysz, zdecydowanie nie idź więcej tą drogą, nawet jeśli jest to z twojej strony jedynie koniunkturalny chwyt! –J.Marczuk
Znacie już nowy numer Bat For Lashes, to teraz pora zajrzeć na nasze własne podwórko. W kontekście “In God’s House” Natashy wspomniałem o kręceniu się w koło własnej estetyki i dawaniu nadziei na lepsze. Sprawa Rebeki porusza mniej więcej podobne problemy. Daleki jestem od mówienia twórcom co powinni robić, ale “Perfect Man” jest jednak poniżej oczekiwań względem tego projektu. Ofensywa synth-popu w naszym kraju daje co najwyżej średnie rezultaty – to fakt szeroko komentowany, ale sam genre nie jest przecież niczemu winny. Czy drugi album poznańskiego duetu coś w tej kwestii zmieni? “Stars” to nie jest, jednak chyba ważniejsze pytanie to: czy powinniśmy tego chcieć? –K.Pytel
Na przestrzeni dziesięciu lat rzadko mieliśmy do siebie szczęście. Natasha Khan lubi sobie pofolgować pośród synonimów terminu pixie, podrążyć domenę Kate Bush i zarazem wyprzedawać festiwale, i tak to sobie w najlepsze trwa. Dałbym jej spokój, gdyby co jakiś czas nie dawała znaków chęci ostatecznego ogarnięcia własnej estetyki i wydania porządnego wydawnictwa, na które w końcu zasługuje. “In God’s House” ma zapowiadać nową płytę. To ciągle typowe Bat For Lashes, ale na tyle spójne, że można się zainteresować – daje radę na przykład mostek w podobie przyśpiewki “Space Oddity” – choć nieco rozczarowujący jest sam wokal Natashy. Czy to wystarczy, żebym w lipcu sięgnął po The Bride? Nie wiem, ale w tym momencie nie będę jej przecież skreślał. –K.Pytel
Smolasty, jakby to chciały komentarze "na jutub", polski Chris Brown, producent Bałagana i ziomek z kręgu GM2L, próbuje przeszczepić na nasz swojski grunt współczesne klubowe r'n'b z musztardowym posmakiem. Jak mu to wychodzi? Najbardziej dyplomatyczna odpowiedź brzmi – profesjonalnie. Mam pewne obiekcje co do jego twórczości, szczególnie w warstwie wokalnej. Niestety brakuje tutaj charyzmy. Całość jednak ratuje doskonały bit, szalenie odtwórczy w stosunku do zachodnich trendów, ale przy tym niesamowicie skuteczny i dobry. Trochę szkoda, bo na Locie 022 jego brzmienie było bardzo "własne" i mam nadzieję, że na Źródle z Kazkiem jeszcze do niego wróci. Mimo wszystko "W Moim Typie" to udany numer, chwytliwy, o sporym replay value, a gościnnie występujący Białas, który rzuca absurdalnym wersem o hydrze chwyta mnie za serce. Mr Hennessy ukaże się już 23 marca i bankowo będzie warte sprawdzenia. –A.Barszczak
Wydaje mi się, że to do nieodżałowanego George’a Martina należeć by mogło puste siedzenie z okładki najnowszego albumu Quilt. Po przesłuchaniu retrospektywnego materiału nagranego przez zespół, legendarny producent pewnie nie spadłby z krzesła zachwycony innowacyjnością materiału, ale na pewno pomyślałby: "dobrze, że takie młokosy wciąż jarają się Revolverem". Nie oznacza to wcale, że Plaza to jedynie Beatlesowskie wpływy. Trzecia płyta Bostończyków sprowadza również reminiscencje power–popowych grup lat 80. Posłuchajcie sobie takiego "Searching for" – na luzie można wpleść ten utwór między numery ze Stand For Decibels, czy Afoot Let’s Active. Plaza jest jak sklep z antykami, który zdarza nam się sporadycznie odwiedzić – niektórych przedmiotów dziś byśmy nie kupili, ale fajnie czasem przyjść i tylko sobie na nie popatrzeć. –A.Kasprzycki