Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Muzykoterapia według Grandaddy.
Problem nr 1: banalność dnia codziennego.
Rozwiązanie: Frontman Grandaddy przekonuje, że należy zaakceptować miałkość naszej egzystencji. Uzbrojony w autoironię oraz niewyczerpalne pokłady spokoju zmusza do pogodzenia się z otaczającą rzeczywistością. Ten bard zwyczajności, poprawi stan Waszej higieny psychicznej, zaniedbanej przez poranny budzik albo niezapłacone rachunki.
Problem nr 2: kłopotliwość relacji międzyludzkich.
Rozwiązanie: pomyślcie o brzmieniu tej płyty. Historiom związków, przyjaźni, rozstań i powrotów towarzyszą miękkie gitarowe riffy oraz niemodne syntezatory. Instrumentalna prostolinijność pokazuje trywialność problemów uczuciowych. Piątka Amerykanów traktuje emocjonalne komplikacje z przymrużeniem oka, albowiem są one niczym więcej jak tylko kliszami zaludniającymi popowe melodie.
Problem nr 3: permanentne zgorzknienie.
Rozwiązanie: dziadek z Ameryki sugeruje grę na czas. W jego przypadku do zminimalizowania cynicznych tendencji potrzebna była aż jedenastoletnia przerwa. Musicie więc również udać się na mentalny odwyk i pozwolić upływającym godzinom na wyleczenie ran. –Ł.Krajnik
Ezra Rubin dał się poznać szerszej publice znakomitą EP-ką Vertical XL, gdzie budował cyfrowe, kubistyczne bryły. Na swoim debiucie wciąż wiernie konstruuje podobne elementy, ale zdecydowanie mocniej podąża w popową stronę. Otwierający "What Is Love" można jeszcze usytuować w tym samym rejestrze, w którym znajduje się "Bank Head", ale już "Breathless" przypomina bardziej Jamiego XX niż Kingdoma ze wspomnianej EP-ki. Z kolei "Nothin" to żeński trap w ujęciu producenta, a "Down 4 Whatever" to wręcz kingdomowska wariacja na motywach UK house'u. Oczywiście w instrumentalnej warstwie (patrz pozostałe numery, ale nie tylko) Tears In The Club to wciąż zmaganie się (i to całkiem ciekawe) z wirtualną "muzyką przyszłości", choć nie robi ono już takiego wrażenia jak 4 lata temu. Mimo wszystko Kingdom nadal gra na swoich własnych zasadach i nie mogę go za to zganić. –T.Skowyra
Wśród luminarzy nu-indie zawsze uważałem Dave'a Longstretha za najbardziej utalentowanego. Pomimo nadekspresji, manierycznego wokalu i natrętnego przeciągania frazy jego albumy broniły się ciekawymi konceptami (prawdę mówiąc ten stanowiący podstawę Rise Above nadal mnie zachwyca), gitarowymi plecionkami i niecodziennym wykorzystaniem kobiecego głosu. Do dzisiaj twierdzę, że Bitte Orca to świetna płyta. Dlatego smuci, że self-titled w swoim zglitchowanym anturażu nudzi i męczy wyeksponowaniem cierpiętniczego śpiewu, na który w dodatku nałożono autotune i inne efekty. Dostajemy art-pop, w którym porozstaniowe lamenty gryzą się z megalomańskimi zapędami frontmana; muzykę, która razi brakiem substancji. Pozbawiony pomocy śpiewających pań (nie licząc Dawn Richard, która – wbrew temu, co piszą jakieś Kellmany i Macphersony – jedynie potwierdza zatrważający regres od czasów świetnego Last Train To Paris) wypada po prostu blado. Może po prostu wolałem, gdy udawał Greena Gartside'a, ale ja mam w sobie coś z dziecka, więc napiszę, że król jest nagi. –P.Wycisło
Koleżka z Atlanty uderza z grubej rury. W jednym numerze zmieścił przebojowość Jacko, atłasowe r&b siostry tego ostatniego, disco wibracje wczesnej Madonny i jeszcze do tego wszystkiego nawinął parę wersów. Gdybym miał wymyślić jeszcze jedną referencję, to postawiłbym na Dornika próbującego swoich sił w bardziej wyluzowanym, tanecznym repertuarze. Bo ten kawałek powinien mieć ostrzeżenie: "niebezpiecznie zaraźliwy" – hooki rozsiano tu równomiernie w każdym sektorze kompozycyjnej układanki i trzeba się mocno postarać, aby ich nie dostrzec. Dlatego nie ma wątpliwości, że "Casino" będzie często towarzyszyło mi podczas tegorocznych wakacji. A już 24 marca Daye Jack poleci z całym długograjem No Data i jeśli tam będzie więcej tak mocarnych, dance-funkowych jamów, to jeszcze się spotkamy. –T.Skowyra
Powroty, powroty... ledwo pisałem o Land Of Talk, a okazuje się, że również Fleet Foxes szykują się do wydania kolejnego albumu. W ich przypadku niewiele się przez te 6 lat zmieniło, no może poza tym, że jeszcze bardziej stracili na wyrazistości. Zawsze podobała mi się opinia, że ten band to bledsza wersja My Morning Jacket i na dyptyku "Third Of May/Ōdaigahara" mamy wręcz idealne potwierdzenie tej tezy. Nie dajcie się zwieść długości tego utworu – to jedyna formalna ekstrawagancja. W zamierzeniu rozbudowana kompozycja właściwie wyróżnia się tylko tym, że ma 8 minut i uderza po głowie skumulowaną, zamazującą obraz całości produkcją gitar i pianina. Próby konstruowania jakichś para-suit są komiczne, jeśli brak jest czegokolwiek, co mogłoby zapaść w pamięć, a wszelkie ciekawe motywy zduszone są w zarodku. –J.Bugdol
Mija 7 lat od ostatniej płyty, 2 rok od reaktywacji zespołu, ale dopiero teraz dostajemy zapowiedź Life After Youth, które ma ukazać się w maju. Na "Inner Lover", Land Of Talk prezentuje nieco inne oblicze. Niewiele zostało z gitarowej neurotyczności, wokal Elisabeth Powell też jakby złagodniał. Na synthowym, repetycyjnym podkładzie niewiele się dzieje, wiodące arpeggio jest urocze w swojej melancholii, ale jednak zbyt bezbarwne i nużące, bo nie wiem jak Wy, ale ja od Land Of Talk wcale nie oczekuję słabych indie kopii krautowych medytacji. Nie ma tutaj zbyt wielu elementów, które mogłoby mnie zatrzymać. Doskonale pamiętam jak wyrazisty był to zespół i nie potrafię zastosować wobec niego taryfy ulgowej. Cóż, pozostało wierzyć, że zapowiadany album będzie prezentował nieco wyższy poziom. –J.Bugdol
Najnowsza EP-ka ulubieńców każdego indiemelomana potwierdza ich obecną artystyczną formę. Panowie przestali szarżować i zamienili kwaśne swawole na ciepłe kapcie oraz parę z zielonej herbaty. Niegdyś dzikie bestie stały się udomowionymi zwierzakami, które nawet lekko w dupę nie ugryzą.
Na szczęście jako kulturalny młody człowiek potrafię ocenić ten materiał bez przygniatania go kontekstowym ciężarem dżemu i parkowych ławeczek stanu Maryland. Po wymazaniu uwierających punktów odniesienia zostaje nam kilka ładnych melodii będących jakąś tam namiastką dokonań sprzed dekady. Trzeba się po prostu pogodzić z tym, że obecny potencjał zespołu definiuje bardzo zgrabnie zaaranżowany, ale jednak cover.
Należy więc chłopaków przytulić, poklepać po plecach i zapewnić, że nie muszą się napinać. Albowiem, mimo deficytu nadrealnych doznań, psych-pop do posłuchania w bujanym fotelu to też fajna sprawa. –Ł.Krajnik
Jakoś tak się dzieje, że o Amnesia Scanner wspominałem już dwukrotnie przy okazji końcoworocznych rekapitulacji, toteż teraz zrywam z tą tradycją i pochwalę nowy materiał już w pierwszym semestrze. AS Truth w pierwszym kontakcie wydało mi się mniej futurystyczne niż poprzednie dokonania tego duetu. Co ważne nie poczytuję tego w żadnym wypadku jako wadę, zdaje mi się to wręcz odświeżające. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – to wciąż wykręcający rzeczywistość mix glitchu, lobotomii, bassu, hałasu i jeden z najbardziej "na czasie" przykładów współczesnej, poszukującej elektroniki. Może moja teza jest nieco urojona, ale po prostu odczuwam, że pomimo użycia podobnych środków co wcześniej, nowy materiał nie jest wtórną powtórką z rozrywki, a jego zawartość ciągle jest ekscytująca. Konkretnych momentów nie ma sensu opisywać, kmwtw, a kto nie, niech się lepiej dowie. –A.Barszczak
Czy dopada was czasem tęsknota za delikatną finezją? Ja przyznam się uczciwie, że są u mnie czasem takie chwile i wtedy jestem w stanie słuchać tylko określonego rodzaju dźwięków. Na przykład "Focus" niejakich Biyo, którzy jeszcze nie pojawili się na naszym portalu (ale ich "Seasons" śmiga w czerwcowym Składaku 2016), należy do tego typu muzyki, którą spokojnie można określić "delikatną finezją": to klawiszowy pop, ale umieszczony w rejestrze modernistycznego r&b. Słychać tu wpływ Prince'a, można też dosłuchać się bardziej bezpośredniej, pchającej się na parkiet wersji Inc. No World (przegięli z tą nazwą tym razem), a na wysokości 1:47 pojawia się blake'owska impresja przecinająca utwór i prowadząca do wyśmienitej kulminacji. A to oznacza, że już wkrótce pochodzący z Nashville (ciekawe, czy znają się z Jensenami?) Biyo mogą zaatakować dłuższym materiałem, który przyniesie znakomite piosenki przepełnione, a jakże, delikatną finezją. −T.Skowyra
"Kolejna pozycja w katalogu Polish Juke to materiał autorstwa Luxa Familiara, jednego z filarów kolektywu" − czytam w nocie wydawniczej The Right Way. Mocno kryjący się pod pseudonimem Poznaniak wykręcił kawałek wyśmienitego grania spod znaku footwork/juke. Dalej czytam w notce, że piątka numerów z EP-ki pokazuje szeroki przekrój inspiracji producenta i właściwie mogę się z tym tylko zgodzić. "Polish Juke Brotha" − BRZMI ZNAJOMO? Tak, to udana, rashadowa igraszka z Artifacts na pętli, "More Flava" to już niebiorący jeńców dance pachnący dramebejsowym flow − wrzuć to na parkiet ziom, a zobaczysz, co się wydarzy. Tytułowy numer, w którym pojawia się Rhythm Baboon, bazuje na oldschoolowym vibe'ie, a sample kontrabasu i kontynuacja junglewoorku z poprzedniego numeru przypominają nagrywki Roni Size'a. Z kolei "Tonite" z Benncartem przenosi w rejon lasów tropikalnych i aborygeńskich harców wlepionych do juke'owego walca. Wreszcie "Cool Life" znowu bierze na plecy drum'n'bass, jazzowy sznyt, wycofane syntezatory i krwistą perkusję będąc zwieńczeniem i podsumowaniem znakomitej EP-ki. Coś w tym jest, że Polish Juke naprawdę daje radę na świecie. –T.Skowyra