Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Znowu odwiedzamy Meksyk w poszukiwaniu grywalnego popu. Podobnie jak ich krajan Wet Baes (czekamy na album tego małolata), duet Clubz porusza się po terenach szlachetnego indie (heh), ale spory nacisk kładzie na dance. I tak "Popscuro" pływa w dreamowej otoczce, przez którą przedostają się ciepłe promienie słońca. Najjaśniejszym jest czarujący leniwą nostalgią, nucący się z automatu gitarowy riff, choć rozklikany mostek z nową konfiguracją w zwrotce również przyjmuję z otwartymi rękami. Ale główną siłą piosenki jest dla mnie czysta, nieskrępowana przyjemność ze słuchania – melodie sprawiają, że mogę sobie wręcz wyobrazić, że leżę gdzieś w trawie w środku dnia, patrzę w niebo i nie martwię się zupełnie niczym. To cenne, więc oczywiście czekam na majową premierę płyty. Zapowiada się pewny kandydat do ścieżki dźwiękowej lata 2017. –T.Skowyra
Songs Of Love And Hate – pardon, …And Death – jak to poważnie brzmi. Historie o zakazanych gębach w zatęchłych spelunach, upadłych kochankach i namiętnych mordercach urodzonych po złej stronie Atlantyku; słowem – synowie anarchii deliberują o prawdziwym życiu i prawdziwszej śmierci przy Żołądkowej Gorzkiej i ogórach. W zamyśle Darskiego i Portera miał to być pastiszowy hołd dla idoli, pełne mrocznych opowieści i sążnistych blues-rockowych riffów dark-country z południowych lasów, ale jak tak tego słucham, to miast scenerii rodem z pierwszego sezonu True Detective, wyobrażam sobie raczej snopki siana, chałupy przykryte okapem i polską kaszankę w sosie barbecue. Groteskowość tej pozy przebija Maćka Maleńczuka w TVN-owskim duecie z Gienkiem Loską (btw) i Organka śpiewającego o Mississippi w ogniu w kontekście ściągania spodni, natomiast sama muzyka ma do zaoferowania kilka kręcących się w kółko, oczywistych przedruków (Nick Cave na czele), i generalnie nie mam żadnego problemu z tym, że panowie sobie to niezbyt zajmujące brzdąkanie nagrali, ale żeby od razu wciągać w to dzieci? I Jezusa? No, tak to się bawić nie będziemy. –W.Chełmecki.
Mayer Hawthorne i Jake One powracają po dwóch latach od pierwszej części Tuxedo, by znów pobawić się w stylowy blend disco-funku i synthowego boogie. "Pobawić" zdaje się być tu słowem kluczowym, bo przecież ambicją tej zgrabnej mimikry Earth, Wind & Fire, Jacko i Gap Band nie jest żadne poszerzanie horyzontów, a jedynie rozgrzanie pośladków przed nocą pełną pląsów. Ze względu na mniejsze zróżnicowanie tempa II snuje się bardziej monotonnie od poprzednika, ale też wydaje się albumem równiejszym: czy jest to eteryczne "2nd time Around", nonszalanckie "Scooter’s Groove" lub natchnione "Livin’ 4 Your Lovin’", płyta unika jakichś drastycznych załamań i DOPSZ BUJA na całej rozciągłości – i doprawdy trudno jej nie polubić. –W.Chełmecki
Odpalam intro, wjeżdża ejtisowy klawisz i od razu sobie myślę: "jeny, ale obskuuuuur". Zagubiony singiel z lat osiemdziesiątych, z ery new romantic, gdzie syntezatorem zdobywało się serca. Albo z epoki najntisowego disco polo, ale tylko "jakieś z tych lepszych lektur lepszych takich, znanych aktorów". I pewnie gdyby chodziło wyłącznie o przyjemną reminiscencję, to nawet nie chciałoby mi się pisać o "Zakochanym Człowieku" Better Person. Ale my tu znamy Adama Byczkowskiego i wiemy, że w songwriting to on umie, i dlatego nie ma zaskoczenia, że jego najnowsza piosenka zaspokaja pragnienia synthpopowych narkomanów. Polecam piękny hook na wysokości "znikaaaaaaaaaa / na zaaawszeeee / z każdym dnieeeeeeeeeeem" (tak jest, cały song jest po polsku), bo w tej grze refren z założenia musi chwytać. No i nie mogło zabraknąć symbolu romantycznego popu, czyli solówki na saksofonie. I co wy na to? Bo ja nie mam pytań i czekam na więcej. −T.Skowyra
Poznaliśmy już sporo numerów ze wspólnego mixtape’u Young Igiego i Pikersa, i choć ten pierwszy pokazał się w nich znacznie powyżej oczekiwań zaledwie obiecującego newcomera, to mimo wszystko ten drugi stanowi tu faktyczny środek ciężkości. Elbląski raper ma aparycję rasowego trupa, a jego stary wygląda jak Liroy, ale jak czasem zajebie zwrotę, to autentycznie nie ma co zbierać – jeśli czytają to tacy, którzy mają cierpliwość śledzić jego fanpage, to dobrze wiedzą, o czym mówię. "Pilot" to póki co najlepszy kawałek duetu, w którym Igi z fantazją snuje się po bicie, zręcznie lawirując między śpiewem a rapem, a Pikers puentą (patrz 2:12) zjada całą tegoroczną rapgrę i udowadnia swoje ponadprzeciętne wyczucie frazy. Co tu dużo mówić: panowie, mówię do Was Słońce i czekam na ten mixtape. –W.Chełmecki
Straciliśmy młodego Szkota z radaru dwa lata temu, a on do tej pory zdążył wyprowadzić swój charakterystyczny styl na głębokie wody pozytywkowego wonky, coraz precyzyjniej mierząc napięcia między poszczególnymi piętrami swoich szklanych aranżacji. Mało kto brzmi jak młody Gellaitry, kiedy ten imituje Blake'owe pady, uruchamia spreparowane wibrafony i wycina własną ścieżkę do PC Music, a wszystko to w obrębie czasem jednej, bardzo fajnie poskładanej, kompaktowej, ale luźnej kompozycji. Za trzecim razem nie wypada już dać mu uciec. Escapism III wieńczy ten festiwal kolorowego skakania po bitach i melodiach, nie obniżając poziomu uchwyconego na pierwszej EP-ce. Wciąga jeszcze bardziej w świat rozdrobnionych, cyfrowo-żywicznych dźwięków. No, coś naprawdę optymistycznego. Pianola nie wygrywa tu już tak intensywnie, otwierając drogę ku bardziej rozległym i jeszcze bardziej podniosłym, filmowym przestrzeniom ("Acres") i lśniącym glitch-hopowym narracjom ("Ever After"), przypominając, że Glass Swords Rustiego mogły się wydarzyć między innymi po to, by Sam był w stanie wydać debiutancki album. Kibicujemy dalej. –K.Pytel
Dobra ziomy, bo ja tu się zgłosiłem ze dwa miesiące temu, że zrecenzuję trzecie elpe Homeshake’a, no i kurwa zmuliłem. Kto miał poznać ten poznał, myślę, ale też z drugiej strony to jest nie fair wobec tych, którzy faktycznie używają internetu tylko do Porcysa. To na wolno specjalnie dla Was krótka piłka! Fani Maca DeMarco kojarzą Petera Sagara, zrelaksowanego gitarzystę jego live-bandu z okresu do 2014 roku. Miał chłop dość życia w trasie i przeniósł wysiłki na swoje solowe projekty, które zresztą postanowił też zunifikować pod jednym stałym szyldem. Tak Homeshake wydał pod koniec lutego trzeci pełnowymiarowy album. Co tu mamy na tym Fresh Air? Hipnagogiczne r&b dla introwertyków o przeciętnych celach w życiu. Też dla miłośników eightiesowo-ninetiesowych składowych brzmienia, Seana Nicholasa Savage’a i palenia weedu. Enjoy. –M.Hantke
Rzadko piszemy o emo, ale ta wiosna wyraźnie rozkwita dziewczętami, i tak jak Ben Gibbard obawiam się, że oznacza to jedynie kolejne złamane serca i nowe uzależnienia. Na debiucie Amerykanów przejrzysta produkcja wysuwa na pierwszy plan stylowo egzaltowany, a przy tym zaskakująco przyjemny wokal, by w tle umieścić kontrastujące z wymuskanym śpiewem post-hardcore'owe instrumentarium. Utwory zwiewnie przemykają i wydają się idealnym towarzyszem słonecznych spacerów, zwłaszcza że kolesie bezceremonialnie atakują hookami i potrafią utrzymać równy poziom przez cały album.
W tekstach jak zwykle: porozstaniowe smutki, powątpiewania grynszpanowe czy przeurocze niedojrzałości – mierzymy się z klasycznymi emo-głupotkami, jednak czasem pojawia się wers w stylu "you make me want to start smoking cigarettes" i mogę tylko przybić wirtualną piątkę chłopakom. Nawet jeśli Greatest Hits nie będzie musiało ratować mojego życia jak Cardinal Pinegrove, to pewnie wspomnę o tej płytce przy podsumowaniu rocznym, ponieważ "all my friends are growing up". –P.Wycisło
Zawsze trochę mnie dziwiła tak ogromna popularność tego diastemicznego grajka. Jasne, to super granie, a koleś jest (póki co) bez wpadki na koncie, ale skąd te rzesze adoratorów? Nie żebym miał temu coś przeciwko – zawsze się raduje, gdy dobra muzyka znajduje odbiorców. Luzackich i bezpretensjonalnych dźwięków nigdy dość, a "On The Level", trzeci już singiel z nadchodzącego This Old Dog utrzymuje tę tendencję. Przełamuje za to dotychczasową, bardziej akustyczną orientację, opierając utwór na rozpływającym się klawiszu, co nadaje mu nieco hauntologicznego klimatu (jaki miało na przykład "Chamber Of Reflection"), z którym Kanadyjczykowi zdecydowanie do twarzy. W efekcie dostajemy najlepszą z tegorocznych piosenek Maca i zapewnienie, że majowy longplay będzie, po raz kolejny, warty uwagi. –A.Barszczak
Co prawda Adi Nowak na skądinąd przyjemnym Nienajprawdziwsze EP nie uniknął okazjonalnej czerstwizny, ale żeby z taką łatwością wskoczyć do bagna – o fuj – holak-hopu? Bo przecież zarówno ten, jak i inne nowe single poznańskiego rapera spokojnie odnalazłyby się na The Introvert – ba, "Sen Intro" nawet koresponduje tematycznie. "Kalesony" niestety dobijają dna, na co składają się kompletnie nieudolne próby łapania melodii, koszmarny anty-flow grzecznego chłopca i cały wysyp wywołujących ciary wstydu linijek w typie "Bez niej jestem tylko kalesonem niedającym ciepła" czy – o zgrozo – "Daję Ci tytuł gościary, z którą nie mogę być nie do pary"; podkład też nie ratuje sytuacji. Może to wynik współpracy z Asfaltem, a może po prostu przestał jarać, ale Adi ewidentnie stracił swój największy atut, a więc autentyczny luz; w każdym razie w kontekście "Kalesonów" przychodzi mi do głowy jedynie taki komentarz. –W.Chełmecki