Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
W Vinyl Williams drzemie niesamowity potencjał. Gdyby Lionel opanował sztukę układania równego materiału, to prawdopodobnie byłby jednym z naszych najbardziej ulubionych ziomków. Weźmy najnowszy numer "Ode To Eternal", który z gracją pływa po dream-popowych chmurach pomalowanych wyraźnym basowym pędzlem. Rozmarzony refren otwierający bramy do eterycznego, shoegaze'owego-progresywnego raju brzmi jakby ułożył go i wykonał sam Jorge Elbrecht. To zarówno wada (bo brak oryginalności), ale i zaleta (bo przecież to piękne granie). I w tym akurat wypadku będzie lepiej, jak minusy nie przesłonią plusów, bo tak właściwie, jeśli na chwilę zapomnieć o otaczającym świecie, okaże się, że tych minusów tak naprawdę nie ma. I to jest cenne. –T.Skowyra
Eh.. Kolejny Don Kichot próbujący zmieścić się w modnej szufladzie neo-soulu. Niestety, wymagająca stylistyka nie dała się ujarzmić, ponieważ Christianowi Bershajowi brakuje charyzmy jego idoli. Autor Priscilli jest okropnie niefinezyjny, gdy forsuje swój koślawy swag białego, amerykańskiego chłopca. Zdecydowany kciuk w dół za najdłuższe trzydzieści minut ostatnich miesięcy. –Ł.Krajnik
Ikonika wypłynęła na początku dekady razem z falą post-dubstepu. Ale nie zasiedziała się długo w tej szufladce, bo już na kolejnym longplayu Aerotropolis sprawdzała się w house'owym graniu zasilanym przyjemnymi melodiami modern-funku. I kiedy dziś wracam do tej płyty, to ciężko mi narzekać. Nie inaczej jest z najnowszym Distractions, z tym że tym razem Sara Abdel-Hamid przeniosła się ze swoim sprzętem i pomysłami do miasteczka purpurowych basów, retro-synthów i modernistycznego r&b. I dla mnie to jest jeszcze lepsza opcja, bo kupuję klawiszowy rap w "Sacrifice", z łatwością zagłębiam się w te statyczne jamy ("435", "Lossy" czy "Not Actual Gameplay") i akurat jestem fanem kubistycznych konstrukcji Kingdoma (wsłuchajmy się w "Lear" czy "Love Games"). Jest nawet nieśmiała odpowiedź na "Bank Head" w rozkosznie zimnym "Noblest", więc chyba nawet nie muszę wspominać, że na końcowej stacji "Hazefield" wita nas Jessy Lanza ze swoim cudownym głosem. Sprawdzajcie. –T.Skowyra
Nie wiem, kim jest Manuel Joseph Walker z San Bernardino, ale już go lubię. "Dare" to kawałek dla wszystkich, którzy za początek dream-popu uważają "Lost In The Supermarket" albo marzą o DIIV w pogodniejszym, zwiewniejszym anturażu (think "Dopamine"). Janglujący, niemal przezroczysty drive gitar kontrowany jest przez bezwładne plamy basu i mógłby to być kolejny przykład generycznego revivalizmu, a jednak jak rzadko kiedy nie mogę oderwać się od tych pędzących, naiwnych melodyjek, odsyłających do czasów, gdy w głowach twee-dzieciaków dopiero zaczynały kiełkować idee eksperymentowania z dźwiękiem. Naturalnie nie ma co liczyć na genialny longplay, ale może warto będzie dać szansę Silence, którego premiera planowana jest na 20 lipca – ja przynajmniej sobie tego nie odmówię. –W.Chełmecki
Gdy w grudniu widziałem Cigarettes After Sex na żywo, to gdzieś pomiędzy smutkiem nieobecności i używanym rozchwianiem doszedłem do wniosku, że jednak czekam na tę płytę. Cóż, nie wyszło tak, jak chciałem. Mistrzowie tumblr-core'u po uroczej EP-ce z 2012 roku nie do końca sprostali oczekiwaniom i wypuścili na świat płytę, na której praktycznie wszystkie utwory brzmią jak odrzuty z sesji: nuda, odcinanie kuponów, powtarzalność, opróżniony aszynbecher. Emocjonalny szantaż, na który zazwyczaj się nabieram, tym razem nuży każdą przeciągniętą frazą, każdym wolno wybitym akordem i każdym naiwnym wersem, a mieszanka slow-core'u i dream-popu już nie urzeka kawiarnianym romantyzmem. Wydaje się wręcz, że przeznaczeniem tego wydawnictwa jest muzyka tła. Reasumując: palenie jest przyczyną zawałów serca i impotencji, zawiedzione oczekiwania często skutkują złamanym sercem. Dlatego lepiej rzuć/porzuć, ewentualnie skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą. –P.Wycisło
Jimmy Page kiedyś powiedział, że gitara akustyczna ma w sobie więcej emocji niż jakikolwiek model Mooga. Gdyby facet posłuchał Windswept, to by nie gadał takich głupot. Johnny Jewel wysmażył bowiem ścieżkę dźwiękową, która wzruszy nawet największego twardziela. Zawieszone pomiędzy snem i jawą, ambient-popowe cukierki smakują prawie tak dobrze jak popisy Julee Cruise, ozdabiające lynchowskie uniwersum kilka dekad temu. Jak widać elektronika przywdziewająca retro uniform nie jest skazana na synthwave'owy syndrom estetycznego fetyszyzmu. –Ł.Krajnik
Michał przy okazji zeszłorocznego długograja Snoopa zastanawiał się, czy kogoś ta postać jeszcze dziś interesuje. Chyba mogę zaliczyć się do tego grona, bo regularnie sprawdzam nowe nagrywki rapera, co w przypadku Neva Left radzę zrobić i wam. U Dogga, oprócz śmierci i podatków, pewny jest również zapas pewnej łatwopalnej substancji i przynajmniej kilka porządnych wałków na jeden album. Na tegorocznym LP doliczyłem się takich dziesięciu, a jako że ogólnie tracków jest tu szesnaście, łatwo wykombinować, że ponad połowa tego materiału to rzeczy przynajmniej dobre. Automatycznie stawia to Neva Left poziom wyżej od Collaid i czyni album najsolidniejszym w katalogu amerykanina od jakichś dziesięciu lat. Najjaśniej lśni tu wyluzowany "Go On", przywołujący współpracę Snoopa z Neptunes, ale niewiele ustępuje mu choćby przedostatni w zestawie słoneczny, rwany "I'm Still Here". Odpalcie całość i przekonajcie się sami. –S.Kuczok
Urodzona w Londynie, ale mająca albańskie korzenie Dua Lipa już od jakiegoś czasu szykowała się do roli nowej gwiazdy mainstream popu. I rzeczywiście udało jej się uzyskać zamierzony cel już nie tylko dzięki nabijającym miliony wyświetleń singlom, ale całej płycie. Trzeba naprawdę docenić to, że na albumie znalazło się wszystko to, co wabi masy: są przystępne i lekkie songi ("Genesis"), są słoneczne Baleary ("Hotter Than Hell"), pompatyczne ballady ("Garden") czy przyrządzony w delikatnym sosie EDM ("New Rules"). Tu należą się brawa, ale skłamałbym, jeśli napisałbym, że Dua Lipa to popowy album, na jakim zawsze czekam. Niestety w piosenkach nie doszukamy się nawet odrobiny własnego stylu czy pomysłu – schemat to za mało powiedziane. Wyjątkami są przyciągający uwagę "Be The One" i całkiem nośny refren "Lost In Your Light", ale na długograju jest jeszcze 10 innych piosenek. Czyli trochę lipa. –T.Skowyra
Choć Haim zawsze był solidnym zespołem, to po odsłuchu ostatnich trzech singli muszę przyznać, że chyba szykuje się nam album znacznie lepszy niż debiut Days Are Gone. Choć "Little Of Your Love" na pierwszy rzut ucha jest niezbyt wyróżniającym się popowym rzemiosłem, to jednak warto dać mu szansę, bo po paru odsłuchach zdradza całkiem duży potencjał – zwłaszcza w sferze produkcji. Ilość detali, które przewijają się przez cały numer, czyli choćby zabawy synthowymi fakturami, uroczo wkomponowany country-motyw jako udany przykład dekontekstualizacji, ogólne bogactwo w aranżacji sprawiają, że chce się ten utwór ripitować odkrywając nowe szczegóły. Jeśli miałbym rzucić jakimś porównaniem, to pop o podobnych ambicjach w tym roku z zaskoczenia dostarczyło również Paramore i jestem pewien, że oba zespoły wzbogacą poptymistyczne podsumowanie roku na Porcys o nieco inne pierwiastki. –J.Bugdol
Zawsze cieszy, gdy w kraju matołów hołdujących kolesiom o twarzach wyglądających jak stopa pojawi się wytwór świeżego, popowego spojrzenia. "Pamiętam Cię" to już drugi taki przypadek na koncie duetu Kalina Hlimi-Pawlukiewicz/Max Skiba (a w przypadku samego Skiby już któryś z kolei – pamiętamy choćby "Planetarną Moc") – co prawda nie tak rzucający na kolana nieszablonową wizją i siłą oddziaływania jak kapitalne "Nawet Jeśli", ale też złapmy odpowiednie proporcje: mówimy o letniaku, a nie o chłodnym, głębokim wyznaniu. Utwór zaczyna się od silnego, ewokującego "Last Train To London" ELO groove’u i monotonnych deklamacji w zwrotce, by wybuchnąć w prostym, ale niezwykle wkręcającym się refrenie, który przy wulgarniejszej aranżacji miałby szansę zdobywać stadiony świata. Osiągnięta jest tu także maestria w operowaniu napięciem i właściwie jedyne do czego można się przyczepić to dość kiepski tekst, ale nie ma co się spinać, to szczegół. Czego chcieć więcej? Ano wiadomo czego: we wrześniu płyta, więc po prostu więcej takich piosenek. –W.Chełmecki