Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Duet Kruczyński-Kamiński nie spuszcza z tonu. Tym razem panowie zabierają nas na zwariowany kurs nocnym tramwajem, osadzając nostalgiczne klawiszowe tło na miarowym, jednostajnym rytmie bitu i świdrującym, w nieskończonośc powtarzanym motywie synth-basu. Sporadyczne gitarowe szapnięcia jedynie potęgują paranoję i koniec końców "Ostatni Kurs" to "Strzeż Się Tych Miejsc" 2015 roku, a przy okazji kolejny świetny utwór Ptaków – nie mogę się juz doczekać ich Przelotu. –W.Chełmecki
Wszyscy zachłysnęliśmy się świeżością propozycji Gangu Albanii. Tłuste, imprezowe biciwa, klejące, hipnotyzujące refreny i wstrząsające miejscami klipy za 30 koła euro. "Trzech kowboi z workiem siana" i ich bezpruderyjny hedonizm, jakiego brakowało w polskiej rapgrze, podany z wielu perspektyw. Niestety na etapie ich wypadu do kasyna przyszedł moment zmęczenia materiału. Czerstwawe nawijki przeszkadzają jak nigdy wcześniej, refren lekko niedomaga, i nawet wstrząsająca obecność Jana Nowickiego na teledysku niekoniecznie poprawia sytuację. To w dalszym ciągu grywalny joint, ale gdzie tam temu do miłościwie nam panującego "Kokainowego Barona". –W.Chełmecki
Pamiętacie "Pass The Pain"? Autor tego kawałka – Niall Galvin – właśnie wydał album, który nie oddala się zbytnio od formuły przyjętej na zeszłorocznym singlu. W większości są to piosenki bazujące na chwytliwych i powtarzanych wielokrotnie temacikach, które razem z budującymi narrację quasi-rapowymi wstawkami i nonszalancko przygrywającymi gitarami tworzą w mojej głowie obraz opalającego się na leżaku młodzieńca, który, trzymając w ręku butelkę piwa, od niechcenia zapodaje kolejne linijki. Odmienne klimaty pojawiają się na bardziej neurotycznym "Petals" czy też na przedostatnim indeksie, którego główny motyw przypomina trochę twórczość Changes. Ważne jednak, że brak wyraźnie słabszych momentów i, jeśli miałbym określić całą płytę jednym słowem, to byłby to przymiotnik "słuchalny". Nie jest to bowiem muzyka, która wymaga odizolowania się od wszelkich rozpraszających bodźców i pełnego skupienia na dźwiękach, ale słuchana w drodze na uczelnię czy podczas SURFOWANIA po internecie sprawdza się bardzo dobrze i pozostawia we mnie wrażenie, że spokojnie mógłbym do niej wrócić chociażby za rok, otrzymując podobną dawkę przyjemności. –P. Ejsmont
"This song is already so hot, I’m actually just glad that you let me rap on that, bitch" – mówi pod koniec "Heaven Only Knows" Chance The Rapper. Trudno mu się dziwić, bo piosenka zapowiadająca mixtape .Wav Theory, który ukaże się pod koniec kwietnia, należy do najlepszych rzeczy jakie słyszałem w tym roku. Szczególnie zachwyca spójność kawałka i płynność z jaką przechodzi od słonecznego, leniwie bujającego podkładu przypominającego Acid Rap do frenetycznych szaleństw będących znakiem rozpoznawczym producenta wałka Pedera Losnegårda, który znany jest przede wszystkim jako Lido. Rozpędzająca się maszyna zabiera za sobą soulowe zaśpiewy Eryn Allen Kane cytujące "Heaven" Johna Legenda, by osiągnąć niepozwalającą odetchnąć prędkość wywołującą emocje, którymi trudno się nasycić. Trzeci z tegorocznych strzałów Towkio (tu i tu można posłuchać poprzednich) trafia jak na razie najbliżej celu, ale wszystkie wskazują na to, że już niedługo będziemy mieli szansę poznać jedno z najlepszych hip-hopowych wydawnictw 2015 roku. –P.Ejsmont
Zrozummy się źle. Czuję się trochę jak Pierce Hawthorne na studenckiej imprezie przebrany za Beastmastera, ale ten właściwie debiut Ranger to jakiś piracki VHS z osiedlowej wypożyczalni, gdzie od początku przez japońskie bajki przebija nagrane wcześniej porno. Albo jak skatowana kaseta przegrana od kumpla, co tak się starła, że Dave Mustaine gra tu nagle jakiś atomowy speed metal, rozbijając stare Passaty na drodze gniewu. Jaram się każdą przebitką tych staroci, każdym thrash-trash łomotem w stylu niemieckich dewiacji, a przy maidenowskich wykończeniach "Defcon 1" czy "Black Circle" nawet dziewiczo się rumienię. Dziwnym nie jest. –W.Kowalski
Bardzo prawdopodobne, że Carly Rae Jepsen już nigdy nie przebije sukcesu "Call Me Maybe". Nie stanie się to na pewno singlem pokroju "All That", który pomimo, że prezentuje się bardzo solidnie to z oczywistych względów nie posiada takich walorów jak słynny poprzednik. Może to i dobrze, bo zamiast na nieudolnych próbach powielania schematów "Call Me Maybe" Carly powinna skupić się właśnie na czymś stylistycznie odmiennym. "All That" całkiem sprawnie realizuje ten postulat będąc poprawną pościelówą z kilkoma fajnymi momentami (na czele ze spoko mostkiem gdzieś na wysokości 2:30). Szkoda tylko, że całość jest bardzo zachowawcza i w ogólnym rozrachunku trochę wieje nudą. –M.Lewandowski
"Let It Happen" był trafieniem w punkt, bo oprócz poszerzenia palety muzycznych środków jaką kwintet z Perth do tej pory stosował, charakteryzował się wyjątkową materiałową solidnością (już otwierający synthowy temacik miażdżył). Poprzeczka została podniesiona na tyle wysoko, że na tym tle "Cause I'm A Man" lekko rozczarowuje. Do ziewania jeszcze daleko, bo mamy tutaj naprawdę zajebiste czilujące zwrotki, które podobają mi się znacznie bardziej niż ten charakterystyczny, bardzo tameimpalowy refren (który to spokojnie mógłby trafić na Lonerism). Trochę wychodzi, że kręcę nosem, ale to wciąż bardzo dobre granie, któremu (może poza lekką nutką powtarzalności) niewiele mogę zarzucić, więc łapka w górę zdecydowanie się im należy. –M. Lewandowski
Przejście z 100% Silk do labelu Matthew Deara oraz wożenie się po niemieckich klubach zaowocowały zdecydowanym przesunięciem się muzyki Fort Romeau w bardziej mroczne klimaty. Stąd też Insides porusza się w surowej stylistyce progresywnego house’u, przeciwstawnej do bardzo cielesnego charakteru debiutu. Zahaczające o generyczność, lecz pomimo to bardzo szykowne, szkieletowe beaty, dopełniane ciepłym samplem kobiecego wokalu, ustępują na drugim albumie skrzętnie projektowanym, spirytualistycznym wycieczkom. Insides jest bardzo pewnym siebie i świeżym hołdem dla m.in. muzyki kosmische czy klasyków katarktycznego house’u jak Orbital i Underworld. Momentami zahacza o microhouse (“Cloche”) czy przedostatniego Lone’a. Modne obecnie granie. Osobiście tęsknię za zmysłowym obliczem Fort Romeau, jednak gdy Mike Greene serwuje takie kinetyczne bomby jak “Insides” czy “Lately”, w których niepokojąco dobrze stapia i roztapia plumkające i chroboczące na analogowych synthach faktury dźwięków, nie będę się oszukiwać, że nie jest to, jak mawiają Brytyjczycy, moja filiżanka herbaty. –I.Czekirda
Gdzieś przeczytałem, że nowy kawałek The National to małe nowofalowe arcydziełko. Jeśli w tym momencie zaczęliście coś podejrzewać i szykować zgryźliwe uśmieszki do ataku, to całkiem słusznie, bo w praktyce dostajemy wymęczone, folkowo rozmemłane nu-indie z praktycznie nieistniejącym refrenem i niezgrabnie podrygującym rytmem, który tylko chciałby być chwytliwy. Tym razem zespól wspomaga Sharon Van Etten, choć niespecjalnie ma to na cokolwiek wpływ i przez cały kawałek właściwie nic się nie dzieje. Najnudniejszy zespół świata? Nie no, są jeszcze White Lies i Editors. –W.Chełmecki
Takie kolabo już na papierze rozmiękcza kolana wszystkich patrzących naprzód melomanów. Wspólna, koncepcyjnie obracająca się po temacie zwariowanej prędkości życia EP-ka obu panów ma ukazać się na dniach pod kuratelą Pelican Fly, a tymczasem mamy tu drugi po krętym jak droga na Passo dello Stelvio "Rush Hour" singiel ją promujący. Tym razem norwesko-francuski team wziął sobie za zadanie wskrzeszenie ducha 2stepu i robi to w sposób spektakularny, przeplatając pozornie prostą konstrukcję takimi pozostawiającymi wielki pytajnik nad głową, rozchybotanymi breakami, jak ten na wysokości 3:17. Na EP-ce ma być również utwór zatytułowany "Hyperspeed". Strach się bać. –W.Chełmecki