SPECJALNE - Rubryka

Rekomendacje płytowe 2013

15 stycznia 2014



Rekomendacje płytowe 2013

Dziś pora na porcję mniej znanych płyt z 2013 roku, o których naszym zdaniem warto napomknąć słowo czy dwa.


Canblaster
Infinite (EP)
[Marble]

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że studencka postura Cedrica Steffensa niezbyt koresponduje z rozrywaną testosteronem zawartością Infinite, jednak każdy odsłuch ukazuje delikatniejszą stronę szlachetnego nadmiaru. Wielowątkowe kompozycje Canblastera każą co prawda podążać za ścieżkami co najmniej równie popierdolonymi jak jego sety, ale słuchacz zadomowiony w futurystycznym r'n'b, z funkującym post-dubstepem i francuskim dotykiem wysłanym w kosmos spokojnie odnajdzie się na pokładzie. W "Introduction/Mindset" odnajdzie rewers openera Tommorow's Harvest, przełamany zapowiedzianym przez RUN DMC dropem, jakby w hełmie skafandra kosmicznego pękła ważna uszczelka, a potem dozna błogich akordów z nie byle jakiego paleciaka. Dla epileptyków i zdyszanych po cięciach "I Can't Wait" znajdzie się urokliwa, trzyczęściowa ballada "I Think About You", i jesteśmy w połowie dwudziestominutowego materiału. Myślę sobie – rozwala mnie, że Raczek zaczyna reckę Pod mocnym aniołem od zbyt oczywistego "to film mocny jak spirytus", przypominam sobie też zapomnianą już przeze mnie EP-kę Ango, Another City Now, więc skuszę się na taką to przypadkową skojarzeniową kontaminację, że Canblaster to Ango mocny jak dobry mefedron ("górna półka, nie pedalska chujnia"). –Łukasz Łachecki

posłuchaj »



Kyle Hall
The Boat Party
[Wild Oats]

"KIXCLAP$CHORD$NHAT$" jest utworem na tyle uniwersalnym, że mógłby posłużyć jako opener niejednego "brudnego" elektronicznego albumu ostatnich pięciu lat (Lone, Flying Lotus, Shlohmo – you name it). Postać Halla to swoją drogą taki młodszy brat Stevena Ellisona. Również dzieli pracę między sypialnię, studio i konsoletę, zdradza podobnie niezobowiązujące nastawienie do swojej twórczości, ale też wyobraźnię, którą najbardziej można docenić na przykładzie tożsamego trackowi otwierającemu, karkołomnego "Grungy Gloops". Cały album dałoby się pogrupować po równo między te właśnie dwa popisowe ornamenty, a dalej hołdujące już pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ghetto-techowe wariacje "Finnapop" i "Flemmenup", sprężyste "Dr Crunch" oraz "Spoof", lokujące się nieopodal Musik Plastikmana, a w końcu pełne ciepła wokalnych pętli r'n'b "Measure 2 Measure" i "Crushed". W każdej z tych odsłon Kyle potrafi po mistrzowsku poprowadzić monolog werbli i podkładającej się im stopy. Sposób w jaki prześwietla tę chrzęszczącą, zrewerberowaną, ziarnistą materię jest fenomenalny. Końcówka "Finnapop" to pod tym względem wręcz studium dźwiękowego rozkładu. Wniknięcie w monochromatyczne brzmienie The Boat Party odkrywa zupełnie inny wymiar albumu – ciągłe nawarstwianie i degradacja wykorzystywanych efektów stają się jego istotnym budulcem, stawiając w najbardziej spektakularnych momentach pytanie o granicę struktur kompozycyjnych i brzmieniowych tych utworów. Potwierdzone względy u tuzów sceny Detroit i do tego album z przesłaniem. –Krzysiek Pytel

posłuchaj »



Vic Mensa
INNANETAPE
[self-released]

Znakomity mikstejp koleżki rocznik '93 nie mógł zaistnieć w ubiegłorocznej krytyce inaczej, niż w splocie z narracjami o ekstremalności życia w Chicago – uliczne historie piętrzone do znudzenia, co jest niesmaczne o tyle, że mowa o sytuacjach w stylu: dziesięcioletni chłopiec nie rusza się z domu bez broni, kumpel z winkla znika nagle bez wieści, jego dziewczyna popełnia samobójstwo – dzień jak co dzień w mieście, które słynęło swego czasu ze statystyk przestępczości wyższych, niż w Iraku czy Afganistanie. Artykuły, apele aktywistów, akcje społeczne – doprawdy, nie da się już tego słuchać. Alternatywę stanowić miał boom na specyficznie chicagowski, celowo odstręczający swoją rozwlekłą repetytywnością i niejednokrotnie makabryczną poetyką drill – jeśli nie słyszeliście to w sumie dobrze, bo tego także nie dało się zdzierżyć. Trzeci nieuchronny dla Mensy kontekst sformułował jego ziomek Chance the Rapper, też małolat, rozsławiony błyskawicznie za pośrednictwem mediów, także tych posługujących się rozumieniem muzyki innym, niż rap, tylko rap. Ruszyła fala recenzji i wywiadów w serwisach wszelakich, a jeśli w wakacje zdarzyło wam się uprawiać shopping na chmielnej, to niewykluczone, że byliście świadkami, jak z koleżanką Martą (Pruszków – co za typy) swagowałyśmy w rytmie Acid Rapu w jednym z obuwniczych.

No dobra, skoro te narracje sponiewierano na wszystkie możliwe sposoby, to po co je powtarzać? Powiem tak: biorąc pod uwagę cały kontekst społeczny, w jakim zanurzeni są Mensa, Chance i ich koledzy z Save Money – nowy rap z Chicago uderza swoją przystępnością. Wniosek to fatalny, ale całkiem serio można myśleć o Innanetape jako rapie dla ludzi, którzy nie słuchają rapu, a ze zdumieniem odkrywam takich w swoim otoczeniu. Może więc wprowadzenie jakoś wam się przyda, gdy spróbujecie swojej przygody z tym ciepłym chłopakiem z wietrznego miasta.

Materiał jest równy, może nie aż tak jak na Acid Rap, ale umówmy się, że wystarczy już tych porównań. Tak czy inaczej, nawet mniej zapadające w pamięć momenty z końcówki mikstejpu są tu wciąż naprawdę dobre. Tekstowo wszystko się zgadza: Vic zachował koloryt lokalny, czyli nigdy nie wiesz, kiedy zarobisz kulkę i dlaczego odbiorą ci zasiłek, jak również poruszył tematy uniwersalne, czyli nie ma to jak dobrze się upalić w miłym towarzystwie i przy słonecznej pogodzie. Bezstresową nawijkę o tym, co, jak i kiedy poruchał, równoważy refleksją nad śmiercią i pamięcią, dodając, że w gruncie rzeczy marzy o małym domku, w którym wstydem nie będzie załkać sobie pod nosem raz na jakiś czas, długą zimową nocą. "Tweakin" – skądinąd jeden z lepszych utworów tutaj – przynosi przesympatyczny wers o truciu psychiatry, polecam, bo któż z nas nie miał na to ochoty, słysząc na początku wizyty sakramentalne co słychać? "Nic kurwa, przychodzę po recepty."

Podobnie z gośćmi: nikt nie odstaje, występuje plejada najlepszych newcomerów i ich protektorów z bliższej lub dalszej okolicy: Rockie Fresh, Chance, Thundercat, Ab-Soul, Om'Mas Keith, Boi-1da. Ekipa płynie równiutko, bo jest na czym – kolejnymi atutami Innanetape są bowiem ciepłe bity w towarzystwie solidnych bębnów, ładnych melodii i chwytliwych refrenów. Mnie najbardziej przypadły do gustu basy leniwego "Orange Soda", jazzujące "Hollywood LA", egzystencjalna rozkmina na gęstych synthach "Holy Holy", urzekające w swojej prostocie, soulfulowe "Lovely Day"... – widzicie, w ogóle nie trzeba się znać. A, i nie zdziwiłoby mnie, gdyby ktoś wybrał zupełnie inny zestaw. Nic, tylko czekać na pełnoprawny longplay tej wyjątkowo zdolnej mordeczki. –Karolina Miszczak

posłuchaj »
ściągnij »



Noveller
No Dreams
[Important]

Sześć długogrających albumów, własny label, współpraca z Glennem Brancą, Lee Ranaldo, Aidanem Bakerem, Benem Frostem, Carlą Bozulich – przez niespełna dekadę Sarah Lipstate zdążyła zaskarbić sobie uznanie wśród awangardowej sceny Nowego Jorku. Jednak dotychczasowy, wychodzący z improwizacji gitarowy drone oparty był w dużej mierze na grze dysonansów, przez co ciężko było w pełni docenić soniczne eksploracje Lipstate. Noveller funkcjonowała w świadomości fanów niezalu raczej jako ”ta ładna dziewczyna od drone'u” niż istotny gracz na ambientowym poletku. Śledząc recepcję No Dreams często spotykałem się opiniami, że dopiero szósty LP gitarzystki z Brooklynu w pełni zasługuje na uwagę, ze względu na zwarty, przemyślany charakter, kładąc większy nacisk na kompozycję utworów niż na abstrakcyjne, improwizowane kolaże. To wszystko prawda, No Dreams jest najlepszym albumem Lipstate, jednak traktowanie z przymrużeniem oka poprzednich dokonań Noveller jest kompletnym nieporozumieniem. Aby się o tym przekonać wystarczy posłuchać chociażby debiutanckiego Vasovagal wypełnionego po brzegi awangardowym noise'em, Red Rainbows czy Desert Fires ze znakomitym, zamykający "Fades". No Dreams wydaje mi się raczej logicznym rozwinięciem dalszej drogi Lipstate (gdzie sygnalizowane już na poprzedniku songwriterskie ambicje silnie pobrzmiewały) niż jakąkolwiek rewolucją. Tutaj dzięki urozmaiceniu instrumentarium (synthy, bity, pianino) poszczególne motywy uległy uwypukleniu, nabierając nowego wyrazu, tym samym wychodząc poza dotychczasowe charakterystyczne dla Noveller rzeźbienie w dźwięku, miejscami zahaczając nawet o kosmische. No Dreams jest albumem najbardziej przystępnym z dotychczasowych, ale też najbardziej równym. Mam nadzieję, że to jej przepustka na szersze wody i dowód na to, że wcale nie chodzi tu jedynie o nienaganny fizis. –Marek Lewandowski

posłuchaj »



Octa Octa
Between Two Selves
[100% Silk]

To było przed dwoma laty, gdy Octo Octa w jednym szeregu z Magic Touch i Italem rozhulali hajp na ekstatyczny, staroszkolny house, pogardliwie przez sceptyków nazwany hipster housem. Właśnie takie zbzikowane, lo-fi'owe brzmienia four to the floor ostemplowały działalność wydawniczą 100% Silk. Oficyna małżeństwa Brownów miała już tymczasem w katalogu wydawnictwo kasetowe Rough, Rugged, and Raw, na którym Octo Octa przedstawił się bardziej klasycznym, deep house’owym materiałem. W 2013 r. na Between Two Selves podjął ten introwertyczny temat ponownie, ale już z większą kreatywnością dodając – szczególnie w kompozycjach takich jak "Hiss Kiss" i "Work Me" – domieszkę rave’owej ekstazy zaczerpniętej z EP-ki Let Me See You. W efekcie otrzymaliśmy jedną z ciekawszych house’owych produkcji minionego roku, w której syntezatorowych i perkusyjnych patternach słychać momentami powinowactwo zajawki z Mattem Cutlerem aka Lone. Z tej perspektywy wyostrzył się obraz Michaela Morrisona jako pierwszego ambasadora 100% Silk zdolnego wydostać sub-label Not Not Fun z niewygodnej szufladki i zainteresować szersze grupy odbiorców. –Michał Hantke



Outfit
Performance
[Double Denim]

Dazzle Ships to jednak nie jest – pomyślałem z uczuciem nostalgii, zachęcony obietnicą dobrze znanej, syntezatorowej melancholii i niepokojącą, dystopiczną okładką. Niełatwa to przygoda z Performance i trochę trzeba tej płycie na początku wybaczyć. Czy to lenistwo było, czy może pragnienie poklasku w audytorium wrażliwców łasych na popową afirmację splinu – miast wciągającego eksperymentu uciekli się muzycy Outfit do dziesięciu dość konwencjonalnie ułożonych tematów poruszanych 30 lat temu przez Johna Foxxa, wspomnianych na początku OMD, Depeche Mode w mniej stadionowych momentach. Te właśnie tematy. Tyle, że zamiast quasi ironicznej zabawy z echami lat osiemdziesiątych, przychodzi się mierzyć z płytą nagraną zupełnie na serio, na współczesnym gruncie, co raczej ciężko uznać za obiecujący zwiastun.

Ale Performance jest jednym z tych albumów, które wygrywają z ciężarem swojej stylistyki – łatwo wyobrazić sobie bowiem absolutną klęskę eleganckiego, wytartego odcienia brytyjskiej elektronicznej psychodelii, szlachetnego, muzealnego brzmienia, które zaprzęgnięto do źle napisanych piosenek. Słyszeliśmy to wiele razy i dobrze znamy – może dlatego właśnie z pewnym trudem przychodzi zaakceptowanie scenariusza, w którym komuś udaje się wykonać magiczną sztuczkę i nagrać tak udany materiał – wykuty w gęsto zaaranżowanej strukturze o nośnych, zapamiętywalnych kompozycjach. Nawet ten finał, w którym zaniechana zostaje dbałość o względną nieoczywistość, a przyciężkawe cząstki epickości niebezpiecznie prowadzą w stronę przepaści, ratuje się przed upadkiem jeszcze jednym, zgrabnym refrenem. Tak, jakby było mu wstyd zepsuć dobre wrażenie. –Piotr Gołąb

posłuchaj »



Ryan Power
Identity Picks
[NNA]

Wpisałem hasło "ryan power" do wyszukiwarki grafiki i zobaczyłem kilka zdjęć brodatego kolesia z długimi włosami, siedzącego przy syntezatorze. Może i na niektórych zdjęciach Power nie ma zarostu a na innych nie siedzi przy instrumencie, ale właśnie z tymi atrybutami go zapamiętam. Słuchając Identity Picks dokładnie tak wyobrażam sobie twórcę albumu – trochę zapuszczonego maniaka, który wiecznie dłubie przy swoich numerach. Piosenki tego samowystarczalnego multiinstrumentalisty z Vermont są niemal przeładowane treścią i rzadko opierają się na oczywistych rozwiązaniach. Na jego szóstej już (!) płycie jest tych piosenek osiem i każda pokazuje inne oblicze kompozytora-kombinatora – jest najbardziej przystępne, steelydanowe "The Prize", mistyczne "New Attitude" w stylu Davida Sylviana, tytułowy utwór, który mógłby wejść na album Inc. Identity Picks zasypuje słuchacza frapującymi, raz trochę jazzowymi, raz progowymi motywami. Ten bardzo klarownie wyprodukowany, erudycyjny pop ma też w sobie coś niepokojącego, jakiś pierwiastek cynizmu i mizantropii. Bo kiedy za dużo dłubie się w akordach, rodzą się demony. Spytajcie Pinka, Partridge'a i Wilsona. –Łukasz Konatowicz



Shy Girls
Timeshare (EP)
[Hit City U.S.A.]

Pamiętam, jak wybuchł The Weeknd. Obrońcy "prawdziwego" r'n'b bronili jak mogli się od "nieczystych" inspiracji i jeszcze bardziej "z kosmosu" indie słuchaczy. Teraz przepłynął nam cały rok 2013 i właściwie taka sytuacja od dawna jest już normalką. Shy Girls to skuteczna kontynuacja grania takich brzmień dla ludzi, którzy nie znają Tony! Toni! Toné! i Urban Hang Suite. Nawet sam Dan Vidmar to zauważa w wywiadach, mówiąc, że nie kuma, czemu jego muzykę nazywają "baby makin' music".

To strasznie spoko sytuacja, kiedy za gatunek, którym się zajawiałeś wpada moda. Shy Girls prawie tak skutecznie jak Inc. (Ci wymiatają kosmosy, trudno ot tak doścignąć) i Francis And The Lights poruszają się po świeżo (albo szybko, kurde, jesteśmy w internecie) wydeptanych hypem terenach i tworzą takie zgrabne rzeczy. Timeshare to Make Up the Breakdown naszych czasów - znakomicie wykorzystana stylistyka, na którą jest popyt. Za 10 lat będziemy to nostalgicznie wrzucać na jakiś portal społecznościowy. –Ryszard Gawroński

posłuchaj »



Tera Melos
X'ed Out
[Sargent House]

Mariaż math-rockowego pojebania z pop-punkiem, o tyle dziwny, że elementy progresywne gonią jak u Maxa Tundry, ale na świdrujących ucho przesterach, a elementy chwytliwe są miejscami zwyczajnie niewyszukane. Może dlatego przy pierwszych odsłuchach trzeba ten pop często mozolnie wygrzebywać i współpracować, żeby kawałki się jakoś scaliły. Kiedy już się tego dokona, okazuje się wprawdzie, że materiał momentami trochę przykrywa chaosem nikłość motywów, a X'ed Out to album raczej sprytny niż porywający, ale... i tak jest spoko. Było już na Porcys miejsce na zachwyty nad "Sunburn", ja dodam, że nie odstaje on znowu aż tak i chwilami takie nawet pierwsze w kolejce "Weird Circles" czy "New Chlorine" z nim korespondują. Czyli dobrze, choć może nie aż tak dobrze jak by się chciało. Do arcydzieła nurtu łączącego prog-punk, waszyngtońskie gitary i słodki pop czyli Ruin Everything! nieodżałowanego We vs the Shark brakuje kilometrów, ale z drugiej strony endorfinki są, a czegoś lepszego niż X'ed Out w tym stylu od jakiegoś czasu nie słyszałem. –Radek Pulkowski

posłuchaj »



Tinashe
Black Water
[self-released]

Gdzieś w rekapie rzuciłem parę gorzkich słów w kierunku ubiegłorocznej EP-ki Tweet. "Bez ofensywy", ale nie potrafię się jarać tą skręconą naprędce minibłyskotką. A nawiązanie przy Tinashe jest nieprzypadkowe, bo Black Water to jest właśnie piękny pomost pomiędzy estetyką 90s a współczesnością, chyba najlepszy z wszystkiego, co słyszałem w ubiegłym roku.

Trzeci w karierze 20-latki mixtape to logiczny krok naprzód. W otoczeniu czołówki współczesnych producentów powstała eklektyczna mieszanka będąca w stanie dogodzić nawet najbardziej wymagającym fanom muzyki r&b z komercyjnym odchyłem. Uroczą błyskotką jest zwłaszcza "Middle of Nowhere" na podkładzie Inc., choć "1 For Me" zrobione przez Ryana Hemswortha jest tu chyba równie dobre. Paradoksalnie trochę zawodzi Hynes, ale i bez tego ten zestaw broni się zaskakującym eklektyzmem. A wydane już na początku 2014 "2 On" pokazuje, że Tinashe sprawdza się także w bardziej agresywnym graniu w stylu urban. Czekam w tym roku na debiut tej panny jak na nową Teedrę. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »
ściągnij »

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Ekstrakt #1 (styczeń-marzec 2022)
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu