Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Sofomora Nicolasa Jaara gubi zbyt ryzykowny eklektyzm. Już na debiutanckim Space Is Only Noise Amerykanin uciekał gatunkowym szufladkom, z tym że wtedy inspiracjami żonglował z wyczuciem, dodatkowo naznaczając materiał własnym muzycznym pierwiastkiem. Na Sirens pomiędzy dwoma ambientopodobnymi trackami upchnięty został "The Governor" – jam z jazzującym klawiszem i junglującą perkusją, w "No" reggaetonowy synth Jaar przerywa w połowie harfą przybrudzoną jego przeszkadzajkami, a całość kończy psychodeliczną wycieczką w lata 60. Jak widać, już na papierze wygląda to ciężkostrawnie, a w praktyce odnosi się wrażenie, że każdemu z tych pomysłów czegoś brakuje. Nie da się być dobrym we wszystkim, a jeśli się próbuje to wychodzi na ogół mniej więcej tak jak na drugim LP muzyka. Oczywiście taka rozpiętość gatunkowa dla wielu może wydawać się atutem i część recenzentów dała się nabrać, ale nie z nami te numery. –S.Kuczok
Problem z norweską artystką polega na tym, że jej prowokującemu wokalnemu performence'owi nie wtóruje zwykle równie angażująca warstwa muzyczna. Jenny przynajmniej od trzech długograjów utrzymuje stały poziom swojej poezji zaangażowanej, ale jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że te teksty sprawdziły by się lepiej na papierze (a Hval ma przecież na koncie próby literackie), niż w towarzystwie średniej jakości akompaniamentów. Trzeba jednak zwrócić uwagę na spory progres, który Norweżka notuje mniej więcej od Innocence Is Kinky. Jej koncert dyszeń jest o wiele bardziej treściwy w dopracowanym, krótkim "In The Red", niż w dziesięciominutowym closerze Apocalypse, Girl, "Conceptual Romance" rozpływa się w refrenowych harmoniach, a w przedostatnim "Secret Touch" Hval na tle motoryczno-synthowego bitu, ujmuje wokalną interpretacją. To niestety wciąż za mało, żeby porcysowy kciuk uniósł się trochę wyżej. –S.Kuczok
Nie przypominam sobie, żebym ostatnio natknął się na równie intrygujący utwór w polskiej muzyce. Kalina Hlimi-Pawlukiewicz, aktorka występująca między innymi na deskach Teatru Studio, a telewidzom szerzej znana z roli Weroniki w Barwach Szczęścia, z pomocą niezawodnego Maksymiliana Skiby nagrała naprawdę nietuzinkowy, nadwiślański pop. Niby wszystko jest tutaj rozpoznane. Patos syntezatorów, ejtisowy ubaw po pachy, tereny głęboko eksplorowanej polskiej muzyki pod patronatem duetu Ptaki – te skojarzenia są raczej jednoznaczne. Tylko to nie do końca jest podany w downtempo utwór spod znaku “kochamy polskie piosenki”. “Nawet Jeśli” wyrywa się z klubowego uścisku, ale równocześnie odcina się od formuły piosenki autorskiej, pomimo silnego skrętu na liryczność i budowanie liniowej narracji. Kalina wie, gdzie zadzwonić po dobrą produkcję i nie w głowie jej jakieś dragi. Wie jak ominąć synthpopowe, radiowe i sceniczno-literackie mielizny. Może i łatwo byłoby ugrzęznąć w tym powolnym obiegu raptem garści prostych akordów, ale Max po mistrzowsku spiętrza aranż i wyprowadza numer na bezpieczne wody cyfrowej nostalgii, a osobliwe vibrato na rotacji też przecież nie razi. Gdy Kalina śpiewa “Wolno płynie czas”, numer już bezsprzecznie chwyta mroźnymi chórkami i giętką sekcją rytmiczną, odsłaniając całą masę dobrego. Daje plusa na dobry początek i poczekam na zapowiadane więcej. –K.Pytel
Źle się dzieje w państwie świętokrzyskim. Borixon odpalający młodemu szluga (1:06), to symboliczne przekazanie "pałeczki" jest przerażające w dwójnasób – nie dość, że rzekomo to ten smarkacz ma kontynuować linię programową kieleckiego Króla Życia, to na dodatek splugawienie (brzmi poważnie, ale nie bójmy się tego słowa) absolutu w postaci "Papierosów" odbywa się za pełną aprobatą autora oryginału. Nie mam nawet siły szydzić z okropnej stylistyki jaką posługuje się ReTo, jak bardzo mnie odpycha ta nadęta, beztreściowa przewózka pozbawiona czegokolwiek fajnego.
Szkoda mi czasu na rozpływanie się, jak smutno mi się robi, gdy widzę, że takie gówno w kilka tygodni zbiera niemal cztery miliony wyświetleń. O ile Borygo "nie miał czasu na fajne refreny", to, zapewne istotnie w pośpiechu rzucił jednym z najbardziej uzależniających, chwytliwych chorusów polskiego podwórka, tak nikt mnie nie przekona, że to absolutnie obrzydliwe, paskudne coś, pełniące tę rolę w remixie, mogło powstać na poczekaniu. Tak niegodziwej, szkaradnej, rzeczy nie tworzy się od tak. Brak mi słów. Nie jest wesoło, to raczej smutne, a ja pstrykam pojarą i wsiadam do środka. –A.Barszczak
Latynosi to raczej ludzie, którzy rzadko się smucą: mają ten swój odwieczny karnawał w Rio, który czasem to chyba trwa przez okrągły rok – tak przynajmniej wyglądają w moim przekonaniu. Co w takim razie pół Ekwadorczyk mógłby robić w Asthmatic Kitty: labelu, który nie dość, że ma już wystarczająco przygnębiającą nazwę, to w dodatku włada nim król śmiechu przez łzy – Sufjan Stevens? Otóż okazuje się, że bardzo dużo może tam robić (np. wydać pięć albumów), bo i śpiewa w dwóch językach, i posiłkuje się południowoamerykańskim instrumentarium, ale i synthami rodem z północy. Czasem roztacza przytulne groovy, innym razem przeisatcza się w Arcę – mniej ekstrawertycznego, ale dalej jednak zglitchowanego. Private Energy jest jak w tytule – intymne, ale lubi czasem poeksperymentować z wyjściem na dancefloor. –A.Kania
Zorientowani wiedzą, że to nie pierwszy raz kiedy Vanessa White i Chloe Martini łączą siły. Artystki działały już wspólnie przy okazji EP-ki Brytyjki, Chapter One, na którą trafił wyprodukowany w zeszłym roku singiel "Relationship Goals" – zgrabny kawałek gęsto zaaranżowanego, płynnego r&b, który zdradzał wiele produkcyjnych sztuczek Anny Żmijewskiej i rozbudzał apetyt na więcej. Dziewczyny musiały się polubić, bo oto Vanessa wypuszcza follow-up. "Low Key" z featuringiem Illa J'a jest bardziej zwarty i rytmiczny, a Vanessa czuje się w tej odsłonie bardziej jak Amerie. Numer jest dużo luźniejszy, nastawiony na chwytliwość, a nie tropienie ulotnych stanów emocjonalnych, co podkreśla obowiązkowa raperska zwrotka. Refren może nie wgryza się tak jak ten w "Lipstick Kisses", ale w tej zwiewnej, słonecznej otoczce stara się zrobić z piosenki hit. Chyba mamy tu wczesną zapowiedź wiosny z Chapter Two. –K.Pytel
Nowy numer Cloud Nothings leży dokładnie pomiędzy ich nieskomplikowanym gitarowym popem sprzed ponad pięciu wiosen, a najmroczniejszą dotąd w ich dyskografii produkcją – Here And Nowhere Else. Klucz dobierania singli pozostał niezmienny – Dylan Baldi stawia na refrenową anaforyczność haseł rzucanych ponad stopniowo intensyfikującym się gitarowo-perkusyjnym podkładem. Reasumując: chłopcy z Cleveland zdjęli stopy z pedałów, odbili od metaliczności overdrive'u nadającego (na spółkę z nadpobudliwymi bębnami Gerycza) ich ostatnim produkcjom "core'owego" charakteru, ale poza niuansami natury technicznej, wciąż pozostali wierni songwritingowi, który na stałe wprowadził ich do mainstreamu (począwszy od Attack On Memory). Amerykanie w ujęciu popowym na pewno nie rozczarowują i na chwilę obecną, znając jedynie "Modern Act", śmiało można powiedzieć, że miłość bądź nienawiść do najnowszego produktu pozostaje jedynie kwestią preferencji – albo lubi się Dylana bez charakterystycznej chrypki i harmonicznych, albo wracamy do krążka sprzed dwóch lat. –W.Tyczka
Uprasza się wszystkich wciąż zasłuchanych w Quantum Jelly oraz Superimpositions o natychmiastowe zaprzestanie ekscytacji nad dekonstruowanym trancem rozpisanym na efektowne prog-elektroniczne arpeggia. Senni wrócił z kompozycją jeszcze bardziej (da się?) transgresyjną i zdecydował się zamienić dźwiękowe ornamenty na... pełnoprawne akordy. "Win In The Flat World", singiel zapowiadający listopadową Personę, nie dość, że okazał się być utworem na miarę wydarzenia (Włoch podpisał kilka tygodni temu kontrakt z renomowaną brytyjską wytwórnią Warp – przyp. red.), to jednocześnie wprowadził zupełnie nową jakość do dającego się zaobserwować na elektronicznej scenie dialogu produkcyjnej współczesności ze spuścizną millenialnej klubówki. Wszystkie znaki na niebie i ziemi pozwalają mi przypuszczać, iż za nieco ponad dwa tygodnie, kiedy kilkunastominutowa EP-ka ujrzy światło dzienne, będziemy mogli o Lorenzo i jego syntezatorowo-analogowej odysei pisać w podobnym tonie, w jakim ostatnimi czasy dyskutowaliśmy o rewolucyjnym wpływie Holly Herndon na dzisiejszy encyklopedycznie pojmowany pop. –W.Tyczka
Nowy numer norweskiego songwritera znowu pokazuje, jak bardzo niedocenionym kolesiem jest Sondre Lerche. Prześledźmy na spokojnie "I'm Always Watching You": najpierw błysk przebojowego synth-popu krajanów z a-ha w intro, od 0:18 klawiszowe akordy z niemal deklamacyjnym śpiewem dość łatwo przywołują wyluzowany creed francuskiego Phoenix, a refren to już coś z pogranicza euforycznych wyczynów Nika Kershawa (to w sumie bardzo kershawowy kawałek). A ten krótki monolog gdzieś na 2:35 trochę jakby wyjęty z Pulp albo Destroyera. Czyli dzieje się naprawdę sporo, a wszystko w dobrym guście i z zachowaniem podstawowych zasad nośności popu, więc bezapelacyjnie unoszę kciuk w górę i liczę na więcej dobroci od Sondre. –T.Skowyra
Nowej EP-ki Dark0 możemy spodziewać się na dniach i zdaje się, że pośpieszyli się wszyscy, którzy po dość rozczarowującym, mroczniej zabarwionym Solace postawili na enigmatycznym producencie krzyżyk. "Forever", promujący zatytułowane Oceana wydawnictwo singiel, eksponuje bowiem to, czym Londyńczyk zachwycił nas na Fate: intuicję rytmiczną, świeże spojrzenie na konstruowanie wzorków i wyczucie w operowaniu hipertekstualizmem, tym razem w wersji tumblrowej. Dziś nie wiążę już z Dark0 takich nadziei, jak jeszcze dwa lata temu, ale wciąż jestem pewien, że stać go na wiele. A czy wystrzeli właśnie teraz? Tego dowiemy się niebawem. –W.Chełmecki