Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Okrzyk "Get back" i na otwarcie otrzymujemy odwołanie do złotych czasów disco, które w ułamku sekundy rozpada się na surowy bit. Temperatura spada poniżej zera, nie wchodząc jednak w paradę tanecznemu rozwałowi dziejącemu się na parkiecie. Alex Frankel dokonuje cudów poza łonem macierzystego kolektywu/duetu Holy Ghost! dostarczając wciągające 13 minut konkretnego grania. Mimo ograniczenia czasowego, znajdzie się tu miejsce na wyjątkowo nośne popowe refreny utrzymane we wrażliwym tonie, w szczególności w wymiatającym tytułowym utworze, a także na jedną niepotrzebną miniaturkę w stylu Vangelisa (tego utworu w kontekście całej EP-ki kompletnie nie rozumiem). Na zakończenie Alex przebija się numerem, będącym zagubionym soundtrackiem z alternatywnego Drive'a, w którym Gosling do rytmu skrajnie kiczowatego saksofonu, (który jakimś niepojętym dla mnie fenomenem wieńczy całość w bardzo urokliwy sposób) jest czułym, gadatliwym i wrażliwym kolesiem nie napier*alającym po ryjach napotkanych prostytutek. Jest bardzo dobrze, potańczmy sobie. −M.Kołaczyk
Kolaboracja jednego z założycieli The Walkmen z ex-członkiem Vampire Weekend to modelowy przykład przehype’owanego, pitchforkowego nu-indie. I Had A Dream… zaczyna się przyjemnie, bo od poguesowego w duchu "A 1000 Times", jednak stopniowo, indeks po indeksie, stajemy się świadkami kompozytorskiej niemocy oraz próby jej zakamuflowania natarczywym hippie fluidem i pozornym eklektyzmem. Pozornym, bo forsowany w zachodniej prasie revivalizm w wykonaniu duetu Leithauser / Rostam sprowadza się do grania jednego schematu w kółko, tylko trochę inaczej: gówniane plumkanie z banjo, gównanie plumkanie z wplecionym "shoo-be-doo", gównane plumkanie z gównanym plumkaniem, i tak dalej. Jasne, zdarzają się przebłyski, ale całościowo wypada podsumować w ten sposób: I Had A Dream… to najgorszy sort pozbawionego świeżości, koszmarnie nudnego indie-folku, którego każdy rozsądnie dysponujący swoim czasem człowiek wolałby jednak uniknąć. –W.Chełmecki
Co prawda "Blood On Me" śmiga już w obiegu dobre dwa miesiące, ale zbliżający się występ Brytyjczyka w warszawskich Hybrydach jest podręcznikową wręcz okazją, by wypełnić tę lukę w archiwum. W swoim najnowszym jak dotąd kawałku Sampha łączy afrykański vibe TV On The Radio z czasów, kiedy byli jeszcze fajni, z eschatologiczną neurozą po linii Thundercata. Nakreślone w warstwie litycznej lęki uwypuklone są przez drone’ujący chórek i paranoiczny, wyśpiewany drżącym głosem hook refrenu – hook na tyle nośny, by tkwił gdzieś z tyłu głowy przez cały dzień. Debiutancki longplay artysty ma ukazać się 3 lutego 2017 roku – niech "Blood On Me" będzie kolejnym argumentem, by datę tę wynotować sobie w kajeciku i podkreślić kolorowym szlaczkiem. –W.Chełmecki
Pochodzący z New Jersey Topaz Jones pokazał się z dobrej strony przy okazji kilku tegorocznych kawałków, jak choćby "Tropicana" czy "Powerball". To taki rap, który powinni docenić fani Kendricka z "King Kunta" (chodzi o styl) – sporo groove'u, cała moc funkowych basów i bardzo przytomna, wyrazista nawijka. Obok oldschoolowego kroju Topaz stawia też na miękkie, zabarwione świeżymi nowinkami podkłady, zawsze jednak spoglądające na świat przez retro szybę (jak w "Get Lost / Untitled" czy w zaraźliwym "Sportscar"), a zdarzają się też takie niespodzianki jak podszyty cure'owymi gitarami hajlajt "Running Out Of Runway". Ogółem bardzo porządny zestaw, aczkolwiek kilka indeksów nie wnosi za wiele do całości ("Grass" i "Birds & Bees" jako odpowiedź na nowego Franka Oceana?), choć ostatecznie żaden track nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Fajny start przed czymś znacznie większym w przyszłości. Tak właśnie widzę Arcade. –T.Skowyra
Kimbra zdobyła największy fejm dzięki nieco zapomnianemu już dziś songowi z Gotye, ale dopiero później zaczęła tworzyć rzeczy warte sprawdzenia. Tak było w fajoskim "Miracle", gdzie swoje na basie dograł Thundercat, a jakiś czas temu Nowozelandka zapodała nowy singiel i powiem szczerze, że takiego popu to ja mogę słuchać. A to głównie dlatego, że "Sweet Relief" został stworzony we współpracy z Redinho. Może przytoczę słowa Kimbry o tej kooperacji: "I'm a big fan of Redinho's work. We made this track together in London. It highlights our shared love of warped funk and groove royals like Prince and Janet Jackson". No i wszystko jasne, bo kawałek faktycznie pomyka po osi prince'owskiego vibe'u i jeśli dziewczyna postanowi kontynuować ten wątek, to mogą z tego wyjść ciekawe rezultaty. I jeszcze jedno: w idealnym świecie właśnie tak brzmiałoby SPOTKANIE Parkera i Gagi. Tymczasem słucham se Kimbra, a ty słuchasz Carly. −T.Skowyra
Płytka z materiału izolacyjnego z połączeniami elektrycznymi: 0.000 645 16 metra kwadratowego, czarny mat. Do tego: Tristan Perich – mistrz minimalistycznym form na przecięciu galeryjnego sound artu i muzyki sensu stricto. Dźwiękowa materia wzięta na tapet: nie video-game chiptune, jak w przypadku 1-bitowej symfonii ze stemplem 2010, a hałas oraz estetyka clicks and cuts. Efekt: power noise Russella Haswella zapisany w kodzie binarnym. Noise Patterns to fascynujące słuchowisko stojące w opozycji do pompatyczności produkcji, maksymalizacji doznań słuchowych "trapiących" dzisiejszych artystów zarówno z peryferii mainstreamu, jak i tych znajdujących się w jego ścisłym centrum. To, co wskutek kiepsko przyswajalnej przez ogół gatunkowości miało pełne prawo spalić się na panewce i pozostać jedynie insajderską zajawką inżynieryjnie pojmujących muzykę głów, finalnie okazało się być niezwykle przystępnym materiałem – płytą pełną nieoczywistych rozwiązań rytmicznych, ciągłych zabaw z formą "cage'owskiej" nieokreśloności, w obrębie chałupniczej soft-kakofonii, która pochłaniana w całości – "na raz" – nie przyprawi o ból głowy nawet największych przeciwników jakichkolwiek struktur skonstruowanych tylko i wyłącznie z całej palety szumów i trzasków. –W.Tyczka
Zaledwie pół roku po wydaniu mixtape'u SECURITY Gaika, jako londyński przedstawiciel ponurego trap-grime'u z elementami jamajskiego dancehallu, zdołał podpiąć się pod wytwórnię Warp Records i wystrzelić z kolejnym materiałem – EP-ką Spaghetto. Ta krótkograjka, powiedzmy sobie szczerze, nie wprowadza żadnej nowej jakości na około-hip-hopowej wyspiarskiej scenie. Estetycznie leży bowiem niebezpiecznie blisko (z założenia) darmowego materiału wydanego w kwietniu. Stąd absolutnie nie dziwi brak nadmiernej ekscytacji mediów towarzyszącej premierze nowego wydawnictwa, skoro Brytyjczyk w podobnym stylu przerabiał plusy i minusy życia w gentryfikującym się w zawrotnym tempie, postmodernistycznym Londynie już kilka miesięcy wcześniej. Niemniej Spaghetto sprawdzić zdecydowanie warto. Choćby jako kolejny, wersyfikowany, przystanek na po-brexitowej ścieżce MC, który z niebywałą lekkością wykłada w dekadenckim stylu o procesach gnilnych zachodzących w tkance społeczno-politycznej dzisiejszej Anglii. –W.Tyczka
Trudno było nie czekać na debiut Katie mając w pamięci absolutnie wspaniałe "Pivot", trwający blisko kwadrans kawałek, który rozpalał nadzieję na wielkie rzeczy w przyszłości. Color, które ukazało się pod szyldem Tri Angle, niestety zawodzi. Choć herndonowski duch pozostał, muzyka niestety w jakiś sposób utraciła swój blask. Może chodzi o zanik tamtej fantastycznej narracyjności? Udział "organicznych" dźwięków i ich melanż z cyfryzacją niekoniecznie wychodzi na dobre całości, czasem brzmi to aż lekko kiczowato. Nie spodziewałem się, że użyję takich słów wobec Gately, ale niestety. Problemem może być też właśnie próba dodania zbyt dużej ilości tytułowego koloru do tych zdehumanizowanych konstrukcji. Zamiast eklektycznych, piosenkowych form życzyłbym sobie głębszą i opartą bardziej na szczególe penetrację zdigitalizowanych form życia (najbliżej temu jest chyba "Sift"), czyli właśnie tego za co tak polubiłem tę nowojorską artystkę. Ale pomimo tych wszystkich gorzkich słów, które biorą się przede wszystkim z niezaspokojenia moich oczekiwań, Color pozostaje bardzo ciekawą i ambitną próbą nieco innego podjęcia tematu, który rok temu przedstawiło Platform. Szkoda, że nie równie udaną. –A.Barszczak
Mimo iż numerologia jest mi raczej obca i rzadko prognozuję z liczb, to trzynasta część zmagań Supersilent przypomina bardziej porzucony eksperyment z wysokości 8 i 9, niż pierwsze po odłączeniu się od składu bębniarza próby wypracowania nowego języka audio-komunikacji na 10-12. Norwedzy zmienili wytwórnię – z Rune Grammofon na quasi-jazzowy label Smalltwon Supersound, wrócili do czystej improwizacji rezygnując z patentu "cięcia" z 2014 i utknęli gdzieś pomiędzy "super-kolaboracjami" Haino, Ambarchiego i O'Rourke, a minimalistycznym awangardowym jazzem z początków działalności. Elektryczna końcówka 13, "13.7" – "13.9", przypomina solowe poczynania Deathproda z niewielkim tylko udziałem pary instrumentalistów, większość tracków bardzo wyraźnie angażuje glitchowe formy i konstytuuje niekoniecznie pochłaniające EAI, a otwierająca album "indonezyjska muzyka rytualna widziana oczami i słyszana uszami Skandynawów" stawia wiele pytań, niekoniecznie udzielając na nie odpowiedzi. Ponadto Norwedzy stracili gdzieś moc solowych, ascetycznych trąbkowych popisów Henriksena. Niemniej, z racji warsztatowej poprawności i znakomitego masteringu, słucha się tego nader przyjemnie, choć my – przyzwyczajeni do zajmujących struktur dźwiękowych – niekoniecznie potrafimy się w pełni zadowolić muzyką tła. Nie w przypadku fenomenu z przełomu wieków, jakim są Supersilent. –W.Tyczka
The Lizard King jest ponownym wejściem trójmiejskiego producenta na footworkowe salony. Powstałe pod egidą U Know Me wydawnictwo gubi wyspiarski posmak dubu z szarawego i sprasowanego Danzig In Da Ghetto, ale nie wpisuje się na całego w trendy, gdzie każdy krok jest niepewny, a taniec mocno frenetyczny. Jeden z głównych rozgrywających inicjatywy Polish Juke nie idzie śladami wydanych w tym roku dzieł Comoca czy Jakuba Lemiszewskiego i prezentuje podejście raczej energetyczno-szaleńcze, aniżeli eksperymentalno-dekonstruktywne. Co prawda oszczędne sample i okrojona melodyka czynią tę EP-kę mniej przystępną, ale rytmy szaleją i są bardzo taneczne. Już tytułowy, psychodelizujący track pali okładkowe najki. "Dance Club Creeper" chwyta moment eksplozji gatunku, a "Hundred Dolla Bill" wciska w te ramy brudną esencję ulicy. Jedynie bardziej giętkie, singlowe "Head In The Clouds" raczy nas w połowie materiału rzewnym gitarowym motywikiem i pozwala złapać oddech. Rześkie "Sevnteen" wprowadza natomiast nieco więcej wolnej przestrzeni, choć dopiero przy końcu, bo tak jak pozostałe numery koncentruje się na atakowaniu zwartymi strukturami elektryzujących bitów. Kawałek po kawałku Rhythm Baboon składa jedno z najspójniejszych i przekonujących krajowych wydawnictw, nie tylko w obrębie footworku. –K.Pytel