Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
"Dzwoni kuzyn,
To mój kuzyn
Dzwoni kuzyn,
To mój kuzyn".
Ostatnio dobrze tę postać nakreślił redaktor Łachecki, więc ja rozwodzić się nie będę, chociaż mam z typem problem (Bałaganem, nie Łukaszem rzecz jasna). Ciągle sobie narzekam, że znowu to samo, o tym samym, w ten sam sposób. I w zasadzie nie dziwię się sobie, bo to tylko nieco naciągnięta opinia. Z tym, że gdy odpalam sobie w końcu materiał w całości, już tak bardzo mi to nie przeszkadza. Lecący sobie na najlepszych podkładach (częściowo oryginalnych, częściowo zajumanych) Kazek może i znowu nawija o jedzeniu, dragach i ruchaniu, ale pewna błyskotliwość, charyzma i charakterystyczność sprawia, że po prostu się chce tego słuchać. Zmęczenie materiału nie doskwiera też tak bardzo, gdy ogarnie się, że to już trzeci materiał typka w tym roku. No pokażcie mi drugiego takiego człowieka w tym kraju. Do usłyszenia w 2017. –A.Barszczak
Wszyscy jednomyślnie zajawili się na powrót JAMC, kolejne newsy z dzielni zespołu biły rekordy klikalności; cóż, taka już słabość naszych sentymentalnych łbów. Ale tak na trzeźwo – czy jest ktoś kto poważnie myślał, że to będzie choć trochę fajne? Co to w ogóle ma być? Dance punk? Madchester? Nie rozśmieszajcie mnie. Debilny bit, półtora akorda i riffy wykazujące jakąkolwiek wartości jedynie dla ludzi uczących się grać na wieśle nogami; dajcie mi Fruity Loopsa i dwa upośledzone oposy, zrobimy to lepiej. Amputacja? Chyba talentu. Nie o takie powroty narzekałem na nową muzykę. –W.Chełmecki
What You Get For Being Young to zasadna kontynuacja Talk From Home – Kraft ponownie zajmuje się malowaniem ambientowych pejzaży pod patronatem Eno, szuka rozwiązań w obrębie rytmiki, zamiata hi-hatami niczym małymi miotełkami, a nawet próbuje nawiązać fakturą do eksperymentów Fennesza. Efektem jest kojący, relaksacyjny, choć chłodny album, który jest w stanie na moment zatrzymać pędzący czas i przez chwilę uświadomić słuchaczowi, że warto czasem zwolnić i odpuścić. I coś mi się wydaje, że gdy już za oknami zrobi się biało i ciemno, to wtedy sięgnięcie po ten materiał da jeszcze większą satysfakcję. Na pewno sprawdzę, czy tak rzeczywiście będzie. –T.Skowyra
Punk isn't so much a sound as a situation. Jestem odrobinę spóźniona, gdyż zakończyli i zakończyły działalność pod koniec września, ale skoro kobiety, mężczyzn i innych rozlicza się właśnie po tym, jak kończą, to zasłużyli na parę słów. W porównaniu do zeszłorocznego dema ("Masculine Artifice" najlepszym punkowym trackiem A.D. 2015, polecam uwadze!) mniej tu zaskakujących kontrapunktów, a całość wydaje się poświęcać przebojowość na rzecz agresji. To zrozumiałe, 2016 rok był trudny dla wszystkich, więc bezkompromisowe "agitki" mkną na nieskomplikowanych riffach z desperacją godną ważnej sprawy, bez większych problemów potwierdzając pozycję najciekawszego nieheteronormatywnego hardcore'u ostatnich lat. The answer is always some greeting card bullshit about "death, hate, sadness". Pięć petard, łącznie siedem minut, a potrafiłam uwikłać się w płeć. Sprawa jest prosta: chciałabym napisać, że ta EP-ka trwa tyle, co przeciętny utwór Swans, ale jest trzy razy krótsza. I tylko żal, że już nie nagrają swojego "Fagetarian And Dyke". Punk is not universal. Punk is hyper-specific. –P.Wycisło
Można by rzec - kolejne, podobne indie gitarowe granie. Perks to jednak inny przypadek – piosenki trzymają zaskakująco wysoki poziom i co najważniejsze, z zadziwiającą sprawnością unikają szablonów typu: zwrotka-refren-zwrotka i ogranych progresji. Weźmy choćby takie "Hard Work" z prowadzoną "pod prąd" harmonią czy bogatą melodykę wokalu w "Spare Me". Album Australijczyków wypełnia specyficzny feeling przypominający wolniejsze kawałki Yo La Tengo, jesienną melancholię Clientele (partia gitary w "Ride It Out"), czasami też leniwe pieśni Real Estate ("Spare Me", "Convenience").
Z takim klimatem premiera Perks wręcz idealnie przypadła na początek lata, szkoda tylko, że australijskiego, hehe. Tak czy siak, jest coś wciągającego i nieprzewidywalnego w tych spokojnych, luzackich utworach, poza tym dzieje się w nich "na oko" więcej niż powinno. To duży plus. –J.Bugdol
W zasadzie trudno powiedzieć, że warszawski raper zawiódł – to nadal świetna propozycja dla fanów słabego hip-hopu. Każdy wielbiciel znajdzie tu coś dla siebie: przydatne repetytorium dla maturzystów ("W duszy żyje młoda Polska / Serce bije w rękach / Mam swój los /A świat nie zna granic #Nałkowska"), wyborne nawiązania do klasyki polskiej piosenki ("Son of the blue sky w swojej tułaczce"), czy spécialité de la maison Leszka K., czyli zjawiskowe dwuznaczności ("Bo pięknie jest żyć / Pięknie jest latać / Pięknie jest po chmurach skakać"). Ręce same składają się do oklasków, by po wszystkim złapać za głowę.
Całkiem znośny bit nie zamaskuje faktu, że od prawie dwudziestu lat jesteśmy skazani na kulawe flow, przy którym Filipek wydaje się wirtuozem latania na podkładach. Spójrzmy prawdzie w oczy: PSI rozjebie (>3.0/10.0) tylko wtedy, gdy Bud da. I nie jak Fidel na Kubie, ale jak Donald w USA, panie prezidento. Elo, Eldo, to nie pokemony, chociaż rozcieramy cię w pył niczym Ketchum; piosenki Eldo szanuje tylko za-bity, a końca nie widać #Infinite_Jest. –P.Wycisło
Na Häxan znajdziecie wiedźmy, demony, odprawiane w ciemności gusła – i to dosłownie, bo album ten stanowi alternatywną ścieżkę dźwiękową do Przygód Księcia Achmeda, niemieckiego filmu animowanego z 1926 roku. Kolejnym epizodom z historii Achmeda towarzyszą utwory podszyte tajemnicą i nutką grozy. Niezależnie czy mówimy o rytualnym bluesie "Trollkarlen Och Fågeldräkten", urodziwej repetycyjnej uczcie "Jagten Genom Skogen" czy patetycznym, procolharumowskim "Kalifen", muzykę spowija aura czarów, a jednocześnie specyficznej melancholii i jak można się było spodziewać, Ejstes z ekipą czują się w takim anturażu doskonale. Dungen instrumentalnie? A jak najbardziej, jeszcze jak. –W.Chełmecki
Donald Glover to taki trochę człowiek renesansu, bo choć nie jestem przesadnym jego fanem, to szerokiej rozpiętości jego działań nie można mu odmówić. Aktorzyna, niegdyś raper (już Kauai oderwało się od jego poprzednich nagrań), teraz śpiewak. Trzeci album kalifornijskiego nicponia prawdę mówiąc nieco mnie zaskoczył. Po zapowiedziach spodziewałem się raczej eklektycznego zbioru różnych pomysłów, a otrzymałem pełnokrwisty pomnik dla funkowych bohaterów sprzed 40 lat. Nie ma nic w tym z lamarowego afro-mesjanizmu, "Awaken, My Love!" to psychodeliczna odyseja rozkosznej retromanii, która z dużym wdziękiem i skutecznością naśladuje funkadelicowe klimaty. Robi to bezbłędnie bez popadania w nudziarstwo i tandetność. Całość prezentuje raczej równy poziom, konsekwentnie eksploatując obraną stylistykę. Wyróżniają się singlowy "Redbone", zamykający "Stan Tall" (obydwa na plus) oraz "California" (na minus, strasznie irytujący numer). Brakuje może większej przebojowości i nieco mniejszej odtwórczości, ale nie jest to szczególną wadą.
Podobno Questlove zadzwonił do D'Angelo w środku nocy, aby rozpłynąć się nad tym albumem. Cóż, myślę, że to trochę przesadzona reakcja, mimo niepodważalnej jakości tej płyty. Ale jeśli zachęci ona kogokolwiek do sięgnięcia po, dajmy na to One Nation Under A Groove, to nie pozostaje mi nic innego jak przyklasnąć. –A.Barszczak
Ultimate Lounge to w dużym skrócie lo-fi wariacja na temat r&b/downtempo, bedroom popu à la John K. i hauntologicznych eksperymentów z "anty-produkcją" ("Purple Room"). Wymieniłbym również kilka innych tropów, np. "Sun Lounger" przypomina rozkręcony przez chillwave jazz-house Introduction, zresztą momentami dorównuje Heardowi subtelnością zmian harmonicznych (1:36 i w outro na 2:25 – dla mnie highlight). "Waterdown" i tytułowy to z kolei ciekawe połączenie r&b i balearycznego lounge'u, ale daleko im do sielskich obrazków takiego Marka Barotta czy Nightmares On Wax (choć smyki od 1:10 w tytułowym to wręcz kopia z "Les Nuits").
Baron rzeźbi wielowątkowe utwory, dużo się w nich dzieje nie tylko kompozycyjnie, ale zwłaszcza na poziomie produkcji ("płynna" faktura "Getaway", początek "Waterdown"). Przy okazji poprzedniej EP-ki trafiłem na dziwaczne porównanie do Erika Satie (lol, częstość występowania Satie jako punktu odniesienia w wielu reckach – lekki niesmak), ale ja w optymistycznej wersji widzę Barona produkującego kawałki dla mainstreamu i podbijającego festiwale, tak jak kolega z Goldsmiths College – James Blake. –J.Bugdol
"Ej, dobra", wiem, co sobie pomyśleliście, jak przeczytaliście pseudonim typiarza. Wazonek? Że co, kurwa? Wazonek? Serio? Serio. Ale luzik, to nie jest żadna nowa lamerska niezal gwiazda z PL, jakich ostatnimi czasy się tu narobiło. Adam Wazonek jest z Kanady i podsłuchuję go sobie już od jakiegoś czasu (wam też zalecam, bo na przykład ma jeszcze taki projekt jak Soliterre). A co najważniejsze, kolo jest całkiem ogarniętym songwriterem zaciągającym dług w ejtisowym sophisti-popie. Ale nie tylko. Bo weźmy jego najnowszy numer, czyli "Christine": referencje wprost padają na 70sowy soft rock i takich kolesi jak np. Todd Rundgren czy przede wszystkim Steely Dan (no przecież, że refren, że solo). No i ogólnie trochę tu beachboysowskich harmonii i beatlesowego powabu. Sami posłuchajcie jak wyrazisty to song. No i sprawdzajcie, co wyroście z tego Wazonka, bo kolega może jeszcze wszystkich nas bardzo mile zaskoczyć. OBY. –T.Skowyra