Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Szanuję i popieram takie inicjatywy, jak kompilacja Heartbreaks & Promises Vol. 3, bo w tym kraju wciąż panuje sroga bieda jeśli chodzi o nowoczesne r&b. Jednak po wysłuchaniu całości czuję się rozczarowany poziomem tracków jadących na oklepanych schematach (oczywiście są tu też utwory całkiem porządne − np. Klaves wreszcie zrobił coś dobrego z Justyną z Dumplings!). Jednak rozczarowania zupełnie nie przynosi piosenka Izy Lach, która połączyła siły z producentem Pepe. − zdaje się, że duet zagapił się na Four Teta czy zapracowanego Chaza i uszczknął odrobinę lessinsowej trajektorii do swojego smutnego dance'u. W każdym razie wyszło świeżo, z klasą i polotem. No i mamy kolejny kawałek do nieistniejącej kompilacji The Best Of Iza Lach. Swoją drogą: pamiętacie jakieś zdjęcie, na którym Iza jest w sukience? −T.Skowyra
W tym roku minęło już 20 lat od premiery Biokinetics – bezsprzecznie jednej z pierwszych płyt, która w bezpośredni sposób wpłynęła na europejską techno-rewolucję. Klasyczny kompakt duetu Porter Ricks, w moim odczuciu, położył podwaliny pod cały nurt eksperymentalnych czwórek z późnych lat dziewięćdziesiątych i początku drugiego milenium. Można rzec, że ta odważna dekonstrukcja zaoceanicznej parkietówki z Detroit, czyli w zasadzie próba nadania fatalistycznego wydźwięku stricte tanecznym pętlom z midwestowych offowych klubów, okazała się być myślą tak zaraźliwą, iż na dobrą sprawę dwie dekady temu Mellwig oraz Köner jedną tylko płytą zapewnili dzisiejszemu Berghain bookingi na co najmniej trzy wiosny do przodu. Jak Yellow Magic Orchestra spopularyzowała dziwaczny elektroniczny pop a Beatlesi nauczyli połowę świata pisać piosenki, tak Porter Ricks pokazali berlińczykom naturalny kierunek w którym rozwijać się musi undergroundowa alternatywa dla plastikowej i zbyt EDM-owej fali rave'u spod znaku Love Parade.
Czytana takim kluczem EP-ka Shadow Boat, będąca pierwszym od ponad siedemnastu lat oficjalnym wydawnictwem niemieckiego duetu, stanowi zjawiskową podróż sentymentalną do czasów przed-biokineticsowych, kiedy projekt ten "tłamsił" rozrywkowe techno w najlepsze. Trzy indeksy o wyraźnie zróżnicowanej wartości uderzeń na minutę cechuje jedna wspólna cecha – wszystkie brzmią tak, jakbyśmy wciąż tkwili w 1996. Bas wychodzi na wierzch, industrialna ornamentyka kawałków podkreśla metaliczny wydźwięk całości i potęguje uczucie charakterystycznej eteryczności mieszczącej się gdzieś na skrzyżowaniu szczątkowego dubu oraz drone'owatych pasaży wypełniających tło zrytmizowanych nagrań. Takie techno backgroundu może nie wprawia w osłupienie w schyłkowej epoce Nodata.tv, ale to wciąż moje najlepiej spędzone dwadzieścia minut w tym tygodniu. –W.Tyczka
A Pregnant Light, solowy projekt amerykańskiego multiinstrumentalisty kryjącego się pod ksywką DM, to taki metalowo-4chanowy odpowiednik hip-hopowego Bonesa, czyli: piętnaście wydawnictw na przestrzeni ostatnich trzech lat, ale na odhaczenie dyskografii wystarczą ci trzy wieczory. Trochę meme-black na modłę Liturgy (ogarnijcie choćby social media typa) – niby autorski "purple metal", ale brzmi jak KOLEJNA wariacja na temat "pink-gaze'u" będącego KOLEJNĄ insajderską i sezonową (po-deafheavenową) zajawką stałych bywalców /mu/. Rocky to na tę chwilę opus magnum APL-a. Z dwóch powodów. Po pierwsze – struktura. Nie singlowa, nie płytowe przynudzanie, a coś na kształt *epickiej* progresywnej suity rozpisanej na nieco ponad dwadzieścia minut. Po drugie, DM bardzo instynktownie łączy tutaj post-punkowe gary z chwytliwymi riffami i core'owym skramz na ciężkim reverbie.
Cała konstrukcja niebezpiecznie często ugina się pod naporem groteski tych wszystkich chwytów, ale żeby uniknąć całkowitego zawalenia, artysta postanawia... dolać oliwy do ognia i po ciężkiej ścianie gitar à la schyłkowy Alcest w super-gazie decyduje się rzucić post-rockowym outro przypominającym Lantlôs rozrzucających po scenie różnokolorowe landrynki z nadrukowaną na okalających łakocie papierkach okładką Melting Sun. Żeby zrobiło się jeszcze bardziej awkward, to warto dodać, że Rocky nagrano "ku pamięci" niedawno zmarłego ojca multiinstrumentalisty. Rzewne teksty i jarmarczny gatunkowy mix to iście tragikomiczna konfiguracja, ale w rękach A Pregnant Light – bez bufonady i silenia się "na coś więcej" – brzmi po prostu zajebiście oryginalnie i (choć to nie rap, hehe) autentycznie. Do zobaczenia w następny odcinku, DM. –W.Tyczka
Rozczarowało mnie to New Start i to w całkiem zaskakujący sposób. Kiedy tylko dowiedziałem się o nadchodzącej premierze tego wydawnictwa zacząłem z niecierpliwością na nie czekać. Taso to pierwszoligowy zawodnik, a dobrych produkcji od Teklife'owej familii nigdy za wiele. Witający nas utwór tytułowy, nagrany jeszcze z Rashadem (ile oni mają jeszcze jego nagrań?) całkiem konkretnie miecie i spokojnie można go zaliczyć do jednych z najlepszych jego wałków spoza Double Cup, ale co później? Obok bardzo fajnych, solidnych footworkowych numerów razi na przykład nieco irytujący kawałek z Gant-Manem, nudny dubstep "Murda Bass" (serio?) czy zupełnie nieciekawy pseudo hip-hop na ostatnim indeksie. Szkoda, że ten zestaw okazał się tak nierówny. Liczyłem na zawodnika do listy rocznej, ale niestety nic z tego. –A.Barszczak
No, dziwny to utwór, ale biorąc poprawkę na standardy, do których przez te kilkanaście lat przyzwyczajało nas Flaming Lips, to ten leniwy i otępiały kawałek na antydepresantach, z jednej strony nie wybija się szczególnie z imponującej dyskograficznej stawki, z drugiej, w żaden sposób nie umniejsza fajności Wayne Coyne'a i spółki. Kolorowa estetyka dziecięcych piosenek z "Ziarna" podszyta melancholijnym duchem kontrastuje (w ten dobry, intrygujący sposób) z następującym po nim quasi refrenem, który zdaje się momentem nagłego olśnienia. Tak jakby to olśnienie było punktem przejściowym, w którym sami muzycy orientują się, że zdeczka przeholowali z obrastającą całość warstwą kiczu. Nawet gdyby stworzył to zespół randomów z prowincji, w wyizolowanym od kontekstu kawałku, to i tak czuć byłoby tę pełną kontrolę balansowania na granicy wzruszenia i śmieszności. Nie jest to jakiś szczególnie wybitny singiel, zwłaszcza że wyjątkowo pozbawiony efektownych fajerwerków. Nie zmienia to faktu, że pomimo tego, jest zwyczajnie zadowalająco słuchalny. –M.Kołaczyk
Na For Those Of You Who Have Never (And Also Those Who Have) Brian Leeds zabrał nas na odrealnioną wycieczkę-pułapkę poza czasem, natomiast QTT4 to kontemplacja siarczystego mrozu Arktyki, który przy głębszej refleksji staje się metaforą nieskończonego kosmosu. No cóż, temat w ambientowej branży już dobrze rozklepany i wypróbowany, ale jak można zauważyć, Huerco nie stara się być wizjonerem, tylko zwyczajnie zależy mu na wartościowej muzyce. Dlatego też przy tym półgodzinnym nagraniu można stracić poczucie przestrzeni: po zamknięciu oczu nastąpi teleportacja do najmroźniejszych miejsc planety, w których najlepiej rozmyśla się o nieograniczonym wszechświecie. A więc kończę pisanie, bo palce za chwile przymarzną mi do klawiatuuuuuuuuuuuuuuuuuuu. –T.Skowyra
Widzę, że ta niepozorna kapelka wcale nie zamierza nagrywać chały, za to w głowie im granie przebojowego popu z zapomnianej i nieznanej krainy niezalu. Co byście powiedzieli na powrót Tigercity w 2016, którzy ogarnęli wszystkie obecne trendy i jeszcze nie zatracili umiejętności trzaskania zgrabnych hooków? Nie byłoby tak źle, prawda? No więc posłuchajcie sb ANCYMONÓW z Great Good Fine Ok: falset jest tu jednoznacznym skojarzeniem, cały flow kawałka również podąża ścieżkami dobrze znanymi z Pretend Not To Love, no i nie zapominajmy o refrenie, o refrenie nie zapominajmy! Cóż mogę jeszcze dodać? Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie jeszcze okazja, aby o tych ziomeczkach coś miłego napisać. Wszystko na to wskazuje, więc pozostaje czekać. –T.Skowyra
Zdarza się, że czasem można wyczytać coś ciekawego z syfu komentarzy youtube'a: "If I were to believe the comment section, Parquet Courts sounds like every band that ever existed." Tym razem ktoś wyjątkowo W PUNKT, ale pewnie nieumyślnie, zdissował Parquet Courts. Cóż, w czasie odsłuchu nie potrafiłem uciec od miliona skojarzeń m.in. z Orange Juice (wokal), Pavementem (fragmenty "Already Dead (Digital Only)"), ale to byłyby komplementy, bo Parquet Courts nie wyróżniają się zbytnio na tle całej masy zespołów generacji indie 2.0.
Choć wszystko opiera się na dobrze znanych kliszach (kolejny niepotrzebny post-punk w postaci "I Was Just Here"), to kawałki unikają raczej wad typu: "gramy na pół akorda w zwrotce, wyjemy w refrenie". Zdarzają się jakieś zabawy z naruszaniem schematu zwrotka-refren, noisem ("Dust"), co zapisuję na plus, ale generalnie nie ma do czego wracać.
Zastanawiam się tylko o co tyle szumu, dlaczego lista roczna, czemu "best new music"? Może dlatego, że: "Parquet Courts are definitely a thinking band, and a critical one."? (Jenn Pelly, Pitchfork). Jeśli uważacie, że to główna zaleta Parquet Courts, to sięgnijcie lepiej po jakieś kompendium grega, a nie płytę. –J.Bugdol
Lata temu to Madvillainy otworzyły dla mnie furtkę do świata rapu, mam więc do tej płyty i tego duetu ogromny sentyment. Pomimo swojej legendy, nie doczekał się jednak nigdy kontynuacji, a drogi tych wirtuozów, słowa i MPC, rozeszły się i jedynie sporadycznie znów się przecinały. Teraz niemal znikąd atakują ponownie, puszczając nowy kawałek. Po co? Aby promować kolekcjonerską figurkę. Serio? Nie mam pojęcia o co chodzi, ale jeśli każda taka akcja pociągać będzie za sobą nowy numer, to jestem gotów na całą kolekcję zabawek. A jak się on sam w sobie prezentuje? Wybornie, bo choć może nie dorównuje on poziomem wspomnianemu już klasykowi, to zawsze dobrze jest usłyszeć DOOMa w formie. Gdyby to miało zwiastować powrót, w co szczerze wątpię, to daje to nadzieję, że nie skończyłoby się podobnie do, nomen omen, Avalanches. A jak ktoś jest zainteresowany tym przedsięwzięciem, to zapraszam tutaj. –A.Barszczak
Nie będę ukrywał, że Gavin Turek od razu kupiła mnie zarówno singlem "On The Line" (oczywiście spotykamy się na liście roku), jak i tą wypolerowaną, dostosowaną do obecnej muzycznej dekady krzyżówką Janet Jackson i Pauli Abdul. A wszystko to nie dzieje się przypadkowo – wydaje mi się, a właściwie mam prawie pewność, że Gavin ma dar do wyczucia odpowiednich warunków i personelu (w tym roku każdy jej wybór producentów/songwriterów okazywał się skuteczny), no i oczywiście jej największym atrybutem jest wokal o cudnej barwie, którym włada z lekkością godną prawdziwej r&b/disco divy. Byłbym bardzo rad, gdyby w nadchodzącym roku dziewczyna wydała całego długograja z tak fantastycznymi, catchy piosenkami, jak właśnie "Good Look For You". Zrobisz to dla mnie, Gavin? –T.Skowyra