Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Sprawa jest poważniejsza, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Jak się okazało, ten krótki mikstejp raczej nie jest zbiorem odrzutów pozostałych po współpracy z Björk nad jej nowym, przedwcześnie wyciekłym albumem. Owe szkice zostały wykorzystane do jakiegoś poronionego pokazu mody projektantów z Hood By Air (z którymi to Arca był już związany wcześniej). Swoją drogą, ta kooperacja dobrze koresponduje z jego lekko niedorzecznymi wywodami na temat seksualności. Jednak mniejsza o to, bo to, co nas interesuje, to ten zlepek pierdów, który mimo jego przeznaczenia zostanie jednak raczej zapamiętany przez ludzi jako plik na Soundcloudzie. Dzięki krótszej i luźniejszej formie Sheep znacznie bliżej do pozostałych po Yeezusie odpadów w postaci &&&&& aniżeli do zeszłorocznego Xen. Jedni się cieszą powrotem do bardziej przypałowych eksperymentów, inni narzekają na kolejne wydawnictwo niezorientowane bardziej bitowo-rapowo (jak obydwa Stretche dla UNO NYC). Ale warto jednak zauważyć, że jeszcze nigdy Arca nie był tak niebezpiecznie blisko cieszącego się obecnie dużą popularnością industrialnego techno.
Ciężko powiedzieć, czy to chwilowa zmiana kursu, efekt konieczności dostosowania muzyki do pokazu, czy może jednak kierunek, w jakim ten kolo zmierza. Charakterystyczne, maksymalnie intrygujące brzmienie, wykrzywianie rzeczywistości, osobliwa wrażliwość – to wszystko zostało po staremu, brakuje może jedynie klawiszowych, minimalistycznych wprawek, które pojawiły się na ubiegłorocznym debiucie. Nie ma jednak chyba sensu rozwodzić się nad pojedynczymi trackami (w ogóle podzielenie tego tworu na kawałki to niezłe wyzwanie) i wydaje mi się, że próba opisywania takiej muzyki skończyłaby się na tworzeniu rebusów w suahili, dlatego pozwolę sobie spasować. W dalszym ciągu jest to przejebany kolaż potłuczonych bitów, powykrzywianych sampli z przeróżnych źródeł, ambientu i testu nowych wtyczek VST. Ogólnie to "chuj nie funk", a jak ktoś lubi te klimaty, to polecam. Tak się składa, że ja lubię, chociaż te chóralne sample uważam za jego najgorszy pomysł po umieszczeniu Snoopa na poprzednim mikstejpie.
Warto trzymać kciuki i liczyć, że Arca jeszcze przyłoży swoje wenezuelskie dłonie do czegoś ciekawego, a nie popłynie, tworząc coraz bardziej nieprzystające do rzeczywistości szwindle. Obserwujmy sobie rozwój akcji w spokoju, a jak dobrze pójdzie, to w 2020 i w Polsce spotkamy skejtów w pończochach. –A.Barszczak
Tak jest, to ta cnotliwa niewiasta z pękającego w szwach od intelektualnego napięcia reality show Ekipa z Warszawy. Jakby komuś dalej nic się nie kojarzyło — to ta od Trybsona. Więcej już nie potrafię pomóc, bo sam w zasadzie trafiłem na ten kawałek przez główną stronę YouTube'a. No cóż, kliknąłem, bo taki już jestem, choć dobrze wiedziałem kto zacz. Ale okej, słucham, wchodzi wymęczony saksofonowy motyw, a zaraz potem dresiarski beat wraz z Elizą. Taki polski "Problem" Ariany Grande, tylko znacznie bardziej cebulowy, nadający się idealnie do wielkomiejskiego klubu odwiedzanego przez chłopaków odzianych w ortalion i niewylewające za kołnierz dziewczyny z ordynarnym makijażem. I uwierz Elizko, że gdy tak sobie myślę o tej muzycznej próbie, automatycznie "wmawiam sobie, że jesteś chujowa", itp., ale jednak okazuje się, że to wcale nie taki fatalny song. Może podrasowany chórkami refren do zjawiskowych nie należy, to jednak nie można powiedzieć, że nie zostaje w pamięci. Serio, czemu wszystkie te nachalnie promowane polskie produkty (i nie chodzi mi wyłącznie o muzykę stricte komercyjną) nie mają przynajmniej takich chorusów? "Ale to nie o tym, nie o tym, nie o tym była mowa", więc wróćmy jeszcze do saksofonu, bo pod tym topornym motywem da się znowu odnaleźć fajne pady klawiszy. A gdy wchodzi funkowa gitara, najlepiej słyszalna tak gdzieś na wysokości 2:30, to robi się już całkiem ciekawie, rzekłbym, że nawet synergia się wkrada. Także chcąc nie chcą, muszę sprawiedliwie przyznać, że na uzależnienie nie ma szans, ale i tak blondyna się wybroniła. –T.Skowyra
Dziwnie ogląda się ten klip. Wiadomo, że przy takim bicie zwykle leci nawijka o dziwkach, hajsie i koksie, tymczasem tutaj mamy jedenastoletnią Sophię Grace, która rymuje o swojej najlepszej przyjaciółce, a zamiast wyjebanych, drogich samochodów, imprez z wódą lejącą się strumieniami i gołych dup w każdym kącie, mamy przebieranki w gronie dziewczynek, wycieczkę do sklepu z ubraniami, więcej przebieranek, powrót z zakupów z torbami, potem wspólne robienie makijażu, i żeby nie było monotonnie — dziewczynki cały czas tańczą między ujęciami. Wygląda to trochę jak nakręcona na potrzeby najmłodszych wersja Spring Breakers, puszczona w antenowym czasie wieczorynki w Stanach. Wiecie, coś takiego jak szampan Piccolo, który dzieci piją na Sylwestra, żeby móc choć odrobinę poczuć się dorosłym, więc na pewno z socjologicznego punktu "Best Friends" jest zajmujące. Ale żeby nie było — to całkiem kozacki swag-track, bo mała Sophia śmiga po quasi-musztardowym bicie jak pro, właściwie robiąc ten numer. Serio, rzadko kiedy udaje się odnaleźć tyle melodyjnych wokali w podobnych produkcjach. Tak że jeśli ktoś mnie zapyta, na kogo stawiam w przyszłości: na Tinashe, Arianę, Ritę czy Iggy, ja powiem: "Daj spokój, ja tam wolę jakieś młode z podstawówki" –T.Skowyra
Nie pytajcie mnie, jak rozumieć fenomen Tedego. Ja nie mam pojęcia, podobnie jak nie jestem do końca pewien, co sądzę o Kanye Weście. Wiem tylko, że raperowi z Warszawy dużo bliżej teraz do autora Yeezusa niż do jakiejkolwiek z jego poprzednich fascynacji (Jay Z, Rick Ross, no, podstawcie sobie tu kogo chcecie). Jest zatem dość... nietypowo. Jest pstry podkład, są też dość poważne rozkminy podane w komiksowej (4chanowej?) formie. Tylko nadęcia aż takiego nie ma, choć z drugiej strony kim trzeba być, żeby śpiewać DO Władimira Putina? A czy to dobre jest? Nie wiem, ja nie wiem... –K.Michalak
Londyński producent Hiko Momoji zapowiada swoją debiutancką epkę całkiem uroczym, choć niepozornym kawałkiem, na który zaprosił amerykański duet Father & Abra, na co dzień związany z Awful Records. To znaczy, że jest trochę rapowo, ale brzmienie Late Nights to coś innego niż Twój everyday trap. Mi ten kawałek kojarzy się z zespołem mum, który jakimś cudem poszedł w r&b, a także z tymi bardziej zrelaksowanymi podkładami Kitty (być może za sprawą delikatnego wokalu Abry). Nie wiem, czy będzie z typa kandydat na listy roku, ale chyba warto mieć na niego oko. –K.Michalak
"Doda NAGO na koniu!" alarmowały serwisy plotkarskie zapowiadając nowy singiel samozwańczej królowej. Spoko, tylko każdego w miarę ogarniętego słuchacza średnio takie pierdololo obchodzi. Ja również "nie paczę" tylko słucham i to co usłyszałem okazało się niezwykle intrygujące. Po obiecującym "Wkręceni (High Life)" Doda zdaje się iść śmielej w kierunku miękkiego popu i trudno tego nie propsować. Wreszcie nie ma darcia ryja znanego z Virgin i z czasów ostatniego LP. I choć samo to byłoby podstawą do łapki w górę, to chciałbym zwrócić uwagę, że naprawdę fajnie zrobiony jest ten wałek od strony producenckiej i nie miałbym nic przeciwko, gdyby takie oblicze miał przybrać polski mainstream w 2015 roku. –K.Bartosiak
Być może do reszty ogłupiałem, ale totalnie kupuję wszystko to, do czego w tym roku łapska przyłożył Popek. Jeżeli ktokolwiek w ciągu minionych dwunastu miesięcy zasłużył na tytuł na naszego czołowego krajowego rapera, to bezapelacyjnie właśnie Paweł Rak. Ja wiem, że Oskar, że PRO8L3M, że mamy do czynienia z najlepszym pod względem skillsów ulicznikiem w historii i mixtape’em, który praktycznie z miejsca zadomowił się w rodzimym hall of fame, ale wskażcie mi drugiego takiego prymitywa cechującego się takim eklektyzmem. Monster 2 potwierdził znakomite ucho do bitów, śpiewany refren w "I Am Calm" już pod koniec lutego zaanektował podium w tej kategorii, a remiksowanie hitów sprzed dwóch dekad okazało się strzałem w dziesiątkę. Dodajmy do tego pierwszy poważny amerykański featuring na naszym podwórku – Game’a w "Connect" i apeluję byśmy w końcu zaczęli traktować Monstera w nieco innych, mniej błazeńskich kategoriach. Zwłaszcza, że dziś wieczór tańcować będziemy do godnej ukoronowania dotychczasowych osiągnięć Popka – syntetycznej, hedonistycznej (jak zwykle) petardy "La Da Da Dee Da Da Da Da" będącej swobodnym "coverem" parkietowego hitu, szlagieru niemieckiego eurodance’u autorstwa La Bouche. Kawałka, który zmusza do skierowania pierwszych z mojej strony pochlebnych słów pod adresem Roberta M, bo zaledwie jednym podkładem potrafił zrehabilitować się za 25 niemrawych indeksów zrealizowanych we współpracy z Janem Borysewiczem w ramach płyty Bal Maturalny. Także mam nadzieję, że nikt już nie płacze po zaniechanych singlowych końcówkach roku z duetem Laik/BobAir i śmiało, pod rękę z Królem Albanii, wchodzi w nadchodzący 2015. –W.Tyczka
Przyznam się bez bicia, że produkcje okołoSkwerowe/Rap Addixowe wzbudzają mój niepokój, bo nigdy nie wiem czy to jest tak trudne, że ja nieogarniam i mam gówno w uszach, czy to są niezrozumiani geniusze, czy jednak jest to ekipa pretensjonalnych gości, którym los poskąpił talentu, uciekających jak najdalej od wszystkiego co może być uznane za przystępne, nagrywających jakiś oleisty kał ze słabym (przerost formy nad treścią) rapem i pałujących się pod szyldem ambitnej muzyki. A może ekipa gości z dobrymi intencjami, którzy chcą robić coś nowego, fajnego, własnego, oryginalnego, ale… no po prostu nie wychodzi (myślę, że Kidd). Zostawiam to osądowi czytelników, bo nie przesądzam. Wiem tylko, że w przypadku "Walking Dead" ten surowy, przemysłowy bit nijak nie został udźwignięty przez Junesa, Kidda i chyba nawet Jeża. Czy to możliwe, żeby członkowie OH starzeli się tak brzydko? –M.Zagroba
Ślizgowa ludożerka czekała w napięciu, Duchu był anonsowany jako młoda nadzieja, a recepcja o dziwo też bardzo pozytywna. Zupełnie tego nie rozumiem. Koleś mieszka w UK, no ale jednak siara jest siarą. No bo siarą jest taki refleksyjny emo-rap w typie 18L spotyka Gutka, nawet jeśli w podkład wepniemy egzystencjalne boleści Casha, odgłosy zapalanych zapałek i refleksyjne pianinko. –M.Zagroba
Aż prosiło się o to, aby tych dwóch szajbusów zgrało się przy jakimś wałku. Skończyło się tak, jak skończyć się miało: Alizzz w swoim stylu wdarł się pod ścięgna emanującego Underworldową siłą openera EP-ki I Love You i bezpardonowo sprał go po nerach. Lido nie za bardzo mógł się wybronić, bo tak potężną, a zarazem precyzyjną serię nu-trapowych ciosów niełatwo jest odeprzeć, nie mówiąc już oddaniu czy skutecznym kontrataku. Ale pamiętajmy, że w ciele okładanego narwańca płynie norweska krew, więc gość tak tego nie zostawi i pewnie już myśli o zemście. To kiedy rewanż, Lido? –T.Skowyra