Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Po wysłuchaniu "Giving Up" od razu pomyślałem: ten ziom to niemal kopia Maca DeMarco. I takie wrażenie utrzymuje się przez całą długość krótkiego longpleja. Ale nie mogę typa zdissować, bo potrafi pisać fajne piosenki, a jak się w nie wsłuchać, to ukazuje się jeszcze ciekawszy obraz (przychodzą na myśl takie nazwy jak Ariel Pink, Real Estate czy nawet Deerhunter, ale w bardziej leniwej, słonecznej i radosnej wersji). Na przykład mój ulubiony w zestawie "The Bread" lekko spogląda w stronę Underneath The Pine, a poza tym ma mocno chwytliwy refren, więc props. Dalej singlowy "Promises", też udany kawałek, i też wbija się do głowy równie łatwo. "Lonely Heart" to właśnie ten wałek, w którym niemal słychać Bradforda Coxa z doklejoną solówką, w "Story Book" też pobrzmiewa deerhunterowa aura, ale bardziej chodzi o przestrzenny, rozmarzony vibe. No i mamy tu też jakieś odrobinę beatlesowskie momenty, do których mogę zaliczyć "Don't Forget". Wreszcie hajlajt "Lady Red" pokazuje, że Travis to niezły songwriter, który za jakiś czas naprawdę może wejść do tej samej ligi, co MdM i może być też hajpowany przez Pitchfork. Waxing Romantic to zdecydowanie spoko rzecz, idealna na letnie spacery czy wypoczywanie na leżaku, gdy temperatura przekracza 27 stopni. −T.Skowyra
Jeśli przy "Touch" przychodziły na myśl porównania do Todda Edwardsa, to przy "Name & Number", choć to track podobnej natury, proponuję szukać punktów stycznych z Prefab Sprout. Od razu uspokajam: nie doświadczymy tu sophisti-popu najwyższych lotów, bo nie w takiej lidze gra Brytyjczyk – po prostu już pierwsze klawisze intra kojarzą mi się z soundem From Langley Park To Memphis przełożonym na house'owy język. Więc czyż to nie jest zadowalająca sytuacja? I nawet jeśli największy hit Shifta szczycił się znacznie większą ilością niczym nieskrępowanych hooków, to najnowsza piosenka pokazuje, że gość wciąż zmierza w dobrym kierunku. Ripit goni ripit, a parkiet wciąż nie ma dość. –T.Skowyra
Rzec można, że los bywa przewrotny. Jeszcze niespełna tydzień temu chwaliliśmy Claire – która swoim wypuszczonym singielkiem-demem przypomniała nam, że w zjawisku pt. Grimes poza modą i nieprzeciętnym stylem bycia, chodzi też o muzykę – a już w kolejnym nasz entuzjazm zdecydowanie opadł. Boucher od czasu "Go" coraz śmielej zmierza w kierunku mainstream popu, co byłoby super sprawą, gdyby oprócz przystępności materiału stawiała także na solidny songwriting. Pozornie "Entropy" taki posiada, bo mamy tam zapadający w pamięć refren, ale jest on na tyle toporny i wymuszony, że zamiast wkręcać zwyczajnie draźni, a banalne zwrotki wcale mu nie pomagają. Nie jest to jakiś wybitnie zły track, lecz daleko mu do lekkości poprzednika, który oprócz całkiem zgrabnego songwritingu, charakteryzował się bezpretensonalnością, której tutaj tak bardzo brakuje. –M.Lewandowski
Podobno Japonia jest teraz na topie. Możliwe, lecz nie mnie to oceniać. Na pewno wschodnie wzorce nie są obce Kero Kero Bonito, którzy pomimo, że są z Londynu (co wyraźnie słychać) to silnie inspirują się azjatyckim popem (co słychać jeszcze wyraźniej). Wszystko fajnie, bo niby mamy tu mieszankę nieco wytartą: bubblegum pop, chiptune, sample z gierek Nintendo, to w przypadku Kero Kero Bonito robi ona wciąż pozytywne wrażenie. Najlepszym tego odzwierciedleniem jest właśnie "Picture This" – chyba najfajniejszy z dotychczasowych wałków grupy – który oprócz nośnych melodii, może pochwalić się też propsami od Maxo. –M.Lewandowski
Chiraq, Chiraq, Chiraq! Tajemnicą poliszynela jest to, że Vic Spencer, czyli gość z takim przebiegiem, biznesowym stażem czy pozycją w chicagowskim podziemiu dopiero teraz zaczyna pukać do drzwi szerszej siatki odbiorców, ustępując do tej pory miejsca młodszym (czy zdolniejszym? jeszcze nie wiem) kolegom: Mensie i Chance'owi. Na swoim bandcampie pisze, że The Cost Of Victory jest idealną propozycją dla fanów Dooma, Sean Price'a czy ODB i tak, tak, na pewno czuć tu pierwiastek każdego z nich, mimo że np. za tym drugim (poza Heltah Skeltah) w ogóle nie przepadam i nigdy nie kupowałem kultu jego ciętego języka. Inspiracja Doomem najbardziej uwydatniona jest w szkielecie podkładów do kilku pierwszych numerów na mikstejpie, gdzie zastosowane zostało to charakterystyczne, typowe dla Daniela operowanie samplami; zagęszczanie ich, powielanie, odtwarzanie, nakładanie na siebie i rozciąganie jednego motywu do granic możliwości, no i, co również bardzo istotne, poświęceniu kilku gościnek swojemu alterego – Vicowi Greenthumbsowi. Może nie skoczne, może nie energiczne, ale dzięki komiksowemu klimatowi dobre. Naprawdę dobre. –R.Marek
Pewnie zdążyliście zauważyć, że większość recenzowanych przez nas w ostatnich latach płyt z rubryki house można przynajmniej częściowo opisać przy użyciu takich przymiotników jak outsider, meta albo left-wing. Coś w tym jest, że pozycje z bardziej regularnego mainstreamu tego gatunku mniej nas obchodzą. I chyba nie powinno się to zmienić, jeśli będą do nas trafiać na tyle porządne wydawnictwa, jak to sygnowane przez Project Pablo. To prawdopodobnie nie najgłębiej sięgająca w pokłady podświadomości płyta jakiej słuchaliście, ale hasło 1080p powinno już otworzyć was na jakieś poczucie niedookreśloności. I Want To Believe jest dosyć równym zestawem taneczno-loungująco-płynących tracków, czasem bardziej ("Follow It Up", "Movin’ Out") , a czasem mniej ("Why, Though?", ogólnie końcówka) skutecznie potrafiących wykręcić coś własnego z niekoniecznie autorskiego ujęcia tematu, ale za to omijających płytkie wody kompozytorstwa rozleglejszego w skali czasu. Co w tym momencie powinno być chyba ważniejsze. –K.Pytel
Powszechne wśród niewiele znajoncych gimbów żarty z Magika uważam za niesmaczne. Chociaż jego neurotyczna wczuta nijak nie przystaje do dzisiejszych ironicznych standardów, a w dodatku wszyscy jego epigoni plasują się w czołówce ludzi, których nie ma, to trzeba mu oddać, że był ciekawym artystą o nietuzinkowej osobowości i niewątpliwych zasługach dla rozwoju hip-hopu w naszym kraju. Gdy okazało się, że do grona szyderców dołączył jego rodzony syn, nagrywając jakże perfidną parodię stylu swojego ojca, żenada osiągnęła poziom dziewiątego piętra i chyba nie pozostaje mi nic innego, niż wyskoczyć z okna. –K.Michalak
Nie znam muzyki autorów “Dynamite”, ale krótka przebieżka po ich katalogu raczej mnie nie rozgrzewa. Tutaj jednak stało się coś na tyle interesującego, że pewnie i w 2013 nie wahalibyśmy się odhaczyć wytworu ich współpracy pomiędzy letniakami od Mausi czy Charli XCX. To nieco zachowawczy numer jak na obecne standardy produkcyjne, zwłaszcza że gołym okiem słychać, gdzie to wszystko zmierza: uderzająca pod disco popowa kompozycja w takim odświeżonym stylu Thibauta Berlanda, chwytliwy refren i udany luzacki feat, celują w cieplejsze dni. Treściwość zgodnie z regułami tej gry, ale bez nadwyrężania swoich mocnych stron. Czyli kawałek może nie do końca według tytułu, a mimo to wciąż łatwo odnajdujący się na ripicie, czemu nadchodzące miesiące na pewno będą sprzyjać. –K. Pytel
Pierwszy longplay brytyjskiego producenta to kolejna część poszukiwań, mająca na celu odnalezienie się w rzeczywistości i stworzenie dźwięku na miarę obecnych czasów. Próba uformowania brzmienia, które mogłoby być uniwersalne dla 2015 roku. Oczywiście tylko w kategorii elektroniki "poszukującej”, "eksperymentalnej”. Choć być może jest to moja nadinterpretacja, bo przecież podobne rzeczy tworzone są od lat (industrialnie zabarwiony UK Bass, think Shackleton, a zresztą sam David Kennedy na scenie też nie jest nowicjuszem), to ulegam jednak wrażeniu, że ta muzyka bardzo mocno próbuje być aktualna, współczesna. I akurat ten zamiar spełnia dość skutecznie. Niestety – to bardzo ostrożna i bezpieczna próbka bardziej awangardowego podejścia do tematu. Utworom na debiucie londyńczyka brakuje indywidualnego rysu, charakteru, o nikłych wartościach kompozycyjnych już nie wspominając (co przecież wcale nie musi być regułą, co pokazał choćby nasz polski Phantom). Wszystkie kawałki są do siebie podobne, próżno tu szukać szerokiego zróżnicowania środków czy nastrojów. I nie zrozumcie mnie źle – nie jest to zła płyta, słucham jej z przyjemnością, faktury i brzmienia tu stosowane intrygują, a całość mimo wszystko potrafi wciągnąć. Nie upatrywałbym jednak w Pearson Sound tworu w jakikolwiek sposób istotnego, wpływowego czy po prostu rewelacyjnego materiałowo. Całkiem przyzwoita płyta. –A.Barszczak
Niech mnie kule biją, ten cały Pharrell to jest naprawdę sprytny gość. Ta połowa słynnego duetu producenckiego Neptunes, niegdyś absolutny gamechanger na poletku mainstreamu, do perfekcji opanował odcinanie kuponów w taki sposób, aby większość ludzi się na to nabrała, tak, ażeby nikt nie spostrzegł, że kolejne przeboje z jego udziałem to de facto ta sama piosenka. "Peaches N Cream" nic w tej materii nie zmienia – dostajemy porcję profesjonalnie przygotowanego, maksymalnie przystępnego, lekkiego funku, na którym sobie (uwaga, ważne słowo) płynie Snoop. Główka się buja, nóżka pracuje, refren, prawdziwy earworm, siedzi w głowie w połowie pierwszego odsłuchu. Nie mogę uciec od wrażenia, że ten kawałek to straszna ściema, niesamowicie precyzyjnie wyliczona na "podobanie się", której nawet sam ulegam. Bądźcie mądrzejsi ode mnie. (Refren = sweterek od Hilfigera, marynarka z Zary + wódka z colą). –A.Barszczak