Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Słucham, podoba mi się, ale wciąż jestem trochę zawiedziony. Wyszli Coś Zjeść jest jak zapowiadające album "Nie Jestem Raperem" – ma świetną produkcję, energię, flow i linijki okraszone fajnymi panczami, ale w tym wszystkim nie pojawiają się porywające refreny. Jest tutaj wszystko oprócz tej chwytliwości: atmosfera pierwszych albumów Kanye, dobrze dobrani goście i doskonale dozowany luz. Jednak te wszystkie dobre wrażenia ściga ciągle myśl, że w charyzmie Rasa i umiejętnościach Menta słychać potencjał do zrobienia klasyka melanży na następne pięć lat, a wydali oni po prostu bardzo dobrą płytę. I to trochę wkurza. –R.Gawroński
Ostatnie poczynania Mensy sprowadzają się raczej do jasnej konkluzji – inteligencko-osiedlowe rozkminy młodego chłopaka prosto z otchłani przestępczego Chicago, skandującego niegdyś "make money, but the money you make don't make you", zostały porzucone na rzecz odważnych prób podbicia głównego nurtu. Najpierw mieliśmy okazję posłuchać wybitnie klubowego "Down On My Luck", później przyszedł gościnny występ najnowszej płycie Westa i w końcu miesiąc temu w Londynie zaprezentowane zostało "U Mad", które ostatecznie okazało się być singlem z nadchodzącej EP-ki zatytułowanej Street Lights. Jedni płaczą i chcą starego Vica, inni się cieszą, dla mnie natomiast taka mała wewnętrzna metamorfoza nie robi żadnej różnicy, bo kupuję tego chłopaka w każdej odsłonie: czy mówimy tu o Innanetape, czy o okresie "post-westowym". Podkręcony tęgimi synthami bit autorstwa samego Gayfisha rozstawia po kątach wszelkiej maści nieudolnych epigonów i demonstruje, jak powinna brzmieć dziś trapowa oprawa, a Vic i West z pełną charyzmą trzymają go za mordę, bawiąc się przy tym autotune'owymi wstawkami, pierdoląc hejterów czy deklarując swoje wysokie wpływy na mapie współczesnego hip-hopu. To jest rap, od dziś słuchajcie tylko tego, ziomeczki. –R.Marek
Kiedy na jednym tracku swoje siły łączą dwie wschodzące postaci żeńskiego mainstreamowego popu i jakiś flet, który podobno jest nawet gospodarzem, można spodziewać się ładnego klipu i co najmniej solidnego imprezowego wymiatacza. Cóż, jedno i drugie się wprawdzie zgadza, ale wyłącznie połowicznie. Teledysk za sprawą wywijających Charli i Tinashe jest super dla oczu, wiadomo, tylko że właściwie na tym wyczerpują się jego atuty (takie atuty to my lubimy najbardziej, ale bez przesady), bo głowy kotów wirtualnie podstawione w miejsce głów modelek w 2015 roku... no, powiedzmy, że upominają się o małą reprymendę z zakresu dobrego smaku. Za podkład odpowiada Cashmere Cat i tutaj wątpliwości nie ma już żadnych; mimo że ostatnio jakby go troszeczkę mniej, to ten charakterystyczny aranżacyjny minimalizm na parkiecie potrafi zrobić swoje. Ponadto Charli ze swoim przeuroczym brytyjskim akcentem na refrenie, Tinashe sprawująca pieczę nad przebojowym mostkiem, nieprzeszkadzające zwrotki wspomnianego kolegi, który fajnie, że się przedstawił: brzmi spoko i chociaż nadal nie jestem do końca przekonany, czy oparcie całego numeru na wyświechtanych analogiach "pussy/cipka" jest dzisiaj czymś szczególnie odkrywczym, to potem znowu patrzę na Charli i po prostu wiem, że nie miałbym sumienia przyznać innej oceny niż kciuk w górę. –R.Marek
Trochę mi zajęło wgryzanie się w tę kolczastą płytę. Ostatecznie jednak, gdy "scaliłem rozproszoną wiedzę", to ukazały się nareszcie wszystkie "przerażające perspektywy". Jef Whitehead wrócił do całkiem przedwiecznej formy. Nie będę was zadręczać opowieściami o grzechu i występkach typa, bo o tym traktuje każda pierwsza recenzja, poza tym o zawirowanych losach chłopaka z okładki Skate Or Die powstawały już filmy. W kontekście eonów ważne jest to, że po kilku średniej jakości nagrywkach, a zaliczam do nich dwa ostatnie albumy pod tym MONIKEREM, Scar Sighted znów oferuje skrzydlate rozpasanie Tentacles Of Whorror przesycone dodatkowo niepokojącą atmosferą znaną z Lurker Of Chalice. Jest to ten rodzaj kalifornijskiego blacku, który Wrest sam pomógł ukonstytuować na Verräter, lecz z nieco mniej niewyraźnym brzmieniem (Billy Anderson i Sanford Parker). Black żywiący się kontrastem, przemykający gdzieś w ostrym słońcu i rozłożony w plamach ambientowego cienia. Sporo powiedziano przy okazji o demonach: osobistych i tych z głębin czeluści. Rzeczywiście trudno przejść do porządku DZIENNEGO nad tym lovecraftiańskim skrzywieniem. Houellebecq nieźle uchwycił zanurzenie Lovecrafta w dźwięku – te wszystkie mlaskania, charkoty, rzężenia, które doprowadzały jego prozę na skraj onomatopeicznego obłędu. To ten sam pierwiastek. Skrzek, krzyk, szelest, naśladowanie i zwielokrotnienie echa w korytarzach starożytnych piramid. –W.Kowalski
Z warstwy lirycznej Więcej wynika mniej więcej tyle, że ”więcej” to i tak zawsze za mało. Dla Małolata Więcej wydaje się z kolei jak w sam raz – 10 lat po ”klasycznym” (dla tych, którzy w 2005 roku byli dzieciakami), ale nierównym debiucie młody Kapliński wraca z płytą, która z jednej strony bombarduje przestrzennymi, czasem wręcz pompatycznymi i przegiętymi bitami (w ”Dobrze Żyć” to prawie jakaś footworkowa mutacja), z drugiej sięga po rekwizyty i motywy znane z Muzyki Rozrywkowej i Dziś W Moim Mieście – kluby, dupy, hajs, ich błahość i znienacka rodzina, przemijanie, albo i – kto wie – śmierć. Uczciwie rzecz biorąc, Małolat już w wieku 14 lat obrał drogę, która polegała na wyciąganiu słusznych wniosków z patentów brata – nie jest to droga najłatwiejsza, a na tle podziemia naśladującego Mesa, Laika czy Smarka nie aż tak oczywista. Uwikłany w niezwykle przykrą przygodę ciała Pezet daje tu zresztą gościnną zwrotkę, niemal równie gorzką, jak ta z ”S.O.S” Borixona – choćby dla niej warto sprawdzić ten zaskakująco fajny materiał. –Ł.Łachecki
Spełniło się marzenie tych, którzy na ostatnim pożegnalnym koncercie Afro Kolektywu skandowali "wypierdalaj". Afrojax w swoim zapowiadanym wcześniej przez nas solowym rapowym projekcie jest ohydny, wkurwiony i nie przebiera w słowach. Na prostym, chałupniczym bicie ciśnie opowieści o kolejnych panach z kolejnego Providenta i koniec – dla twardogłowych oldskulów wróciły czasy Pilśniowej. Reszta też siedzi zadowolona i gotowa, by głosować na Afrojaxa na prezydenta, bo tak umiejętnie podana frustracja zmusza do ripitowania. Syndrom sztokholmski? Pewnie tak. –R.Gawroński
Parafrazując jeden z najgorszych tekstów w historii muzyki, w karierze muzycznej trzeba wyczuć dobry moment, żeby zejść ze sceny niewyświechtanym. Podobnie jest z powrotami – trzeba się dobrze wstrzelić. Warto trochę odczekać, w międzyczasie odchować dzieci, pojeździć i pooglądać, ale z każdym rokiem rośnie ryzyko, że fani zdążą wyprawić ci pogrzeb. Blackalicious dali sobie 10 lat. Wracają z trylogią, której pierwsza część (Imani, Vol. 1) ujrzy światło dzienne 14. sierpnia. Na porządny rozpęd – niesiony dęciakami kawałek "On Fire Tonight", czyli osnuta ujmującym gościnnym wokalem Myrona wizytówka akrobatyki słownej od Gift of Gaba i dynamicznej produkcji Chief Xcela. Znów udany mariaż hip – hopu i soulu, niebezpiecznie przystępny i spasiony dobrymi samplami. Podobno część druga będzie pełna popisów krewnych I znajomych muzyka, ale Vol. 1 to przede wszystkim ujawnienie nowej perspektywy i przypomnienie starej mocy Blackalicious. –M.Riegel
"Nie mów za dużo, bo inaczej wiatr zawieje" – od dzieciaka słysząc to stare hawajskie przysłowie, Kody Nielson postanawia obrać nieco inny kierunek i stać się w swojej muzyce bardziej oszczędny niż jego brat Ruban, którego znakiem rozpoznawczym jest Unknown Mortal Orchestra. Ba, staje się dużo bardziej lapidarny od siebie samego sprzed trzech lat, kiedy jako Opossom wypuścił całkiem nieźle przyjęty album Electric Hawaii. Silicon ma być ostentacyjną kalumnią rzuconą w stronę popu. Ale jeśli oznacza to tyle, co ciekawe zmiany akordów na tle niefrasobliwej linii basu, która jest tak bardzo funky, to zero żalu. Wręcz przeciwnie, zredukowanie twórczości o zbędną melancholię i zorientowanie się na pozaziemskie brzmienia z podróży do przyszłości, sprawia, że "Don’t want to go out on a Saturday night" to czysta przekora. Całe szczęście można ich posłuchać nie tylko w Wellington. –M.Riegel
Zespół, który do niedawna konsekwentnie mi umykał, dziś wyrasta na cichego bohatera wiosny, odczarowującego złośliwość codzienności niczym tulipany przy biedronkowej kasie. Po świetnym ”Multi-Love” Ruben posuwa się o krok dalej i ostatecznie potwierdza, że wyraźna, acz nienachalna przebojowość poprzedniego singla to część większego planu, który z sukcesem wydają się realizować też Tame Impala. ”Can’t Keep Checking My Phone” to piosenka (no właśnie, tylko i aż piosenka) przejrzysta jak kropla Beskidu: trochę Tarantino, trochę Off The Wall, trochę Greenspan. Zwrotka−pre-chorus−tradycyjny do granic refren pomnożone przez dwa i po sprawie. Co słyszysz, to twoje. Moja jest tu przede wszystkim zwrotka, która w swej strukturze odsyła mnie, przy oczywistych różnicach i wagowej dysproporcji, do ”The Working Hour” Tears For Fears i ”Be Still” Violens, choć proszę nie kazać mi tłumaczyć dlaczego. Wszystko to zacne skojarzenia i nie wstydzę się przyklasnąć z uznaniem. Na niezobowiązującą potańcówkę w cieniu kwitnących mirabelek jak znalazł. −L.Bielińska
Słucham sobie coś na Spoti, aż tu nagle w ramach reklamy wjeżdża Edyta Górniak i poleca edit swojego singla "Glow On". I okazuje się, że Dustplastic całkiem zajebiście podeszli do tematu. Typy w komentach na YouTubie wskazują na podobieństwo do Random Access Memories i mają trochę racji, bo faktycznie jest tu sporo z estetyki lat 80. (nie wspominając o okładce). Tak czy inaczej, producencki duet remiksuje trochę w stylu dawnego Aeroplane − wiedzą, co to groove, mają wyczucie do zmian akordów i jeszcze potrafią to wszystko powiązać z fajnymi melodiami i wokalem. Czyli co, jeden z polskich singli roku? Na luzie. –T.Skowyra