Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Gdy już przyjąłem do wiadomości, że grime to nie tylko rapsy, ale przede wszystkim charakterystyczne produkcje, tak bardzo oparte na rytmie, pojawia się Louis Carnell i po raz kolejny burzy mój światopogląd. Visionist podobno jest grime'em. Podobno, bo choć jest tak kategoryzowany tu i ówdzie, jego muzyka w znacznej mierze opiera się na ambientowych pętlach, strzępkach odgłosów, przestrzennych dźwiękach syntezatorów, a nie na bitach, które, choć gdzieniegdzie występują, nigdy nie grają pierwszych skrzypiec. Trudno rozmawiać o pojedynczych utworach – są one do siebie bardzo podobne i nie wyobrażam sobie słuchania ich w oderwaniu od całości. A ta skupia się na budowaniu specyficznego, kontemplacyjnego, ale nie do końca określonego nastroju. Nie ma do czego potańczyć, ciężko na czymś zawiesić ucho, ale w tworzeniu własnego środowiska utkanego z dźwięków Safe radzi sobie świetnie. Bardziej powściągliwy niż Lotic, ale nie tak bezpłciowy jak M.E.S.H, Visionist lokuje się obecnie w czołówce producentów poszukującej, abstrakcyjnej elektroniki. –A.Barszczak
Straciłem Jaara z radaru dość dawno temu. Space Is Only Noise swojego czasu bardzo mi się podobało, ale dalsze poczynania jego twórcy były mi raczej obojętne. O Darkside zdążyłem już zapomnieć, a tegoroczne Pomegranates umknęło mi i nawet nie sprawdziłem tego tworu. Posłuchałem jednak Fight, singla dla R&S, i biję się w pierś. Ten długi kawałek tętni własnym życiem i co chwilę ewoluuje, czerpiąc przy tym z różnych nurtów współczesnej elektroniki. Nieważne, czy bierze na warsztat pocięty ludzki głos kojarzący mi się z tegoroczną Herndon, czy okrasza całość tanecznym rytmem, robi to w sposób przekonujący i, mimo eksperymentalnych ciągot, bardzo przystępny. Ziomek, zrób teraz taki longplay, to na pewno się dogadamy. –A.Barszczak
Urodzony w Polsce, a obecnie mieszkający w Brooklynie Jakub Alexander wypuścił niedawno swój drugi album. O ile na debiucie Loyal z niezłym skutkiem zajmował się głównie ambientem w rodzaju, powiedzmy, Tima Heckera, tak na sofomorze poszerzył stylistyczną paletę o puls Detroit, wątki minimal techno czy fluid outsider house'u, a wszystko to zostało przefiltrowane przez ultrafiolet Boards Of Canada. Jak dla mnie producent świetnie na tym wyszedł, bo nie dość, że na Body Complex właściwie brak słabszych fragmentów, to jeszcze spokojnie możemy pobawić się w wyłanianie highlightów. U mnie wygląda to tak: wykazujący pokrewieństwo z wyblakłym techno labelu 1080p "Interior Architecture Software", szukający powiązania z house'owymi poematami Music For The Uninvited "Personal Kiosk", pochmurny, przepełniony niepokojem w duchu "Pillowcase" Dntela, ambientowy "Holographic Lodge" i wreszcie wirujący, elektroniczny quasi-shoegaze w stylu wczesnego Seefeel, closer "Thought Palace". Innymi słowy: nie mogę powiedzieć o najnowszym krążku Heathered Pearls złego słowa, a wręcz przeciwnie – na usta cisną się same pochwały. –T.Skowyra.
Trochę szkoda, że Grum zupełnie rozmienił się na drobne, bo przecież takie kawałki jak "Can't Shake This Feeling" czy jeden z moich ulubionych singli obecnej dekady, "Turn It Up", pokazywały, że gość potrafi robić świetny pop. "Trudno, co robić". Ale całkiem niedawno natknąłem się na song, w którym mocno pobrzmiewa vibe ostatniego wymienionego przeze mnie utworu Szkota. Australijski duet GL sklecił tak pyszny, przesiąknięty ejtisowym musem i czarem nagrań wczesnej Madonny, klawiszowy cukiereczek "Number One", że dzień bez kilku jego ripitów uważam za trochę stracony. Nie wiem, czy poznam w tym roku równie przebojowe synth-popowe piosenki (może Annie coś będzie wiedziała, ale zapowiadające EP-kę tracki "Ciao Mia" i "Dadaday", są zwyczajnie bezbarwne), choć i tak już ten jeden numer duetu z antypodów sprawił mi dużo radości. –T.Skowyra.
</p
Nie wiem, czy tytuł nowej, wydanej już nie pod banderą Cascine, a sumptem własnej wytwórni Brennnessel, piosenki Kamp! jest – jak to żartobliwie ujął redaktor Tyczka w kuluarach biurowca Porcys – odpowiedzią na zeszłoroczny album Swans, ale nie pozostaje mi nic innego, jak podpiąć się pod jego przekaz. Krótko mówiąc, łodzianie "mają bessę, to znaczy hossę, to znaczy bessę, to znaczy źle im idzie" (Jacek Gmoch). "No Need To Be Kind" brzmi mniej więcej jak zespół Muse produkowany przez Jamiego xx: melodyczna bezkształtność spotyka tu ograniczoną kreatywność w zakresie produkcji. Niedługo nowy album, miejmy nadzieję, że trio da jeszcze radę choć trochę nas zaskoczyć, ale póki co, po takiej zapowiedzi, szanse na to oceniam jako marne. -W.Chełmecki
"Jet Black, Starlit" – zapowiedź nowej EP-ki A Sunny Day In Glasgow – mogłoby być kakofoniczną, asłuchalną próbą dźwięku, zlepkiem trzasków, lodowatych synthów i nakreślonych gdzieś na ósmym planie gitar. Na szczęście drużyna dowodzona przez Bena Danielsa po latach bojów wie jak okiełznać pozorny bałagan, osadzając go na bardzo przyjemnym szkielecie akordowym i uzupełniając pełnymi dziecięcej euforii melodiami, jakich brakowało mi na niejednym shoegaze’owym rozczarowaniu w tym roku. Mała rzecz, a cieszy. –W.Chełmecki
Z każdym kolejnym wydawnictwem muzyka Autre Ne Veut przybierała coraz to bardziej "ucyfrowionych" barw. Cała brzmieniowa transformacja będąca oczywistym wynikiem śledzenia panujących w najbardziej współczesnym pbr&b trendów, swój punkt kulminacyjny i zarazem upust przebojowości miała gdzieś na wysokości uwielbianego przez nas "Play By Play". Dzisiejszy ANV to zaledwie kalka przeszłych osiągnięć. Owszem, mamy tutaj parę wartych odnotowania momentów: całkiem dobry start, kilka poprawnie napisanych, niemal audiofilsko wypieszczonych od strony produkcyjnej utworów, ale na nasze nieszczęście niewiele później zderzają się one się z nazbyt elektroniczną pop-papką. Przeprowadzka z Software do Downtown Records zaowocowała spłaszczeniem i "zmainstreamizowaniem" artystycznej wizji projektowanej przez niego na poprzednich albumach. Trochę taki casus następnego How To Dress Wella złapanego w pętli czasu bez wszystkich swoich DIY atrybutów. Jak głosi sam tytuł, momentami jest tu niezwykle "przezroczyście". –W.Tyczka
Na początku buksujący quasi-berliner-schule synth, zaraz potem pocięte "Infinity (Part 1 Re-Interpretation)" przypominające w tej aranżacji strzępki downbientu Boards Of Canada wymieszanego z encyklopedyczną post-rockowością, do której przyzwyczaił nas w Jesu Broadrick. Zaraz potem sekcja rytmiczna i szyta grubymi nićmi narracja typowego everymana Kozelka. Sun Kil Moon w pełnej krasie, a i Mark jakoś spokorniał. Trzyma dzieci za rękę, gra fanom do tańca, wychwala pochodzącą od lokalnych producentów nieprzetworzoną żywność, przestrzega przed opłakanymi skutkami nadmiernego używania słodyczy, by wreszcie zadeklamować poruszający e-mail wystosowany do niego przez Tanyę z Sheffield. Najczulszy bydlak w naszym uniwersum. –W.Tyczka
"Hotline Bling" to jeden z wielu świetnych utworów Drizziego opublikowanych w tym roku i chyba najpopularniejszy niealbumowy track (przynajmniej póki co) Drake’a w ogóle. Czy aż tak dobry? Tu bym lekko polemizował, lecz i tak bardzo go lubię i nie mam problemu z wyobrażeniem sobie dlaczego stał się tak znany, w krótkim przecież czasie. Doczekał się też wielu coverów, jednak dopiero wykonanie Badu pozwoliło kawałkowi w pełni rozwinąć skrzydła, a może nawet przeskoczyć oryginał. Wersja Eryki trwa ponad siedem minut i choć początek jest jeszcze na pierwotnym podkładzie, to w drugiej połowie zmiana aranżu pozwala mu rozkwitnąć w pełni. Otula nas tak przyjemnym ciepłem i dostojnym pięknem, że aż nie wiem, co więcej mógłbym napisać. Relacja staje się bardzo intymna, co każe w ciszy i spokoju czekać na zapowiedziany mixtape. –A.Barszczak
DJ Spinn jeden z filarów Teklife, współautor połowy Double Cup wydaje czteroutworową EP-kę dla Hyperdubu. Taki opis powinien zachęcić do odsłuchu większość miłośników juke i footworku, o ile jest to potrzebne i już tego nie zrobili. Pisałem już na łamach Porcys o ostatnim pośmiertnym wydawnictwie Rashada , z tym że... Off That Loud zdaje mi się lepsze. Jest tak zapewne dlatego że produkt Spinna nie jest żadną powtórką z rozgrywki. Każdy z kawałków poszukuje jakichś nowych ścieżek dla swojego gatunku. ”Throw It Back” przygniata swoim ciężarem i z lamusami się nie pieści, ”The Future Is Now” krzyczy pozdro techno!, a utwór tytułowy pozwala na chwilę oddechu przed ostatnią stacją.
Największą kosą w tym zacnym zestawie jest znany już wcześniej, rewelacyjny wałek z gościnnym udziałem Danny'ego Browna na majku oraz nieodżałowanego DJ Rashada w roli, jak mniemam, pomocnika produkcji. ”Dubby” z gracją łączy jungle’owe bębny, dubowe basy i jazzową melodykę sampla z maniakalnie powtarzanymi wersami z ust naszego nie-do-końca-uzębionego przyjaciela. Choćby dla tego utworu warto sprawdzić tę EP-kę, bo na chwilę obecną to moja czołówka singli tego roku. Czyli nie w kij dmuchał. –A.Barszczak