Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Wojtek wyszukał gdzieś ten numer, który z miejsca wparował na moją playlistę i raczej nieprędko z niej zejdzie. Barwa wokalu niejakiego Le Flexa przypomina nico Stevie Wondera (zwłaszcza w bridge'u na 2:58) albo Bena Westbeecha, ale już warstwa instrumentalna, to wypolerowany, sączący się jak dobre wino, klawiszowy pop z francusko-tanecznym zacięciem. I choć wiem, że letni sezon już dawno za nami, a właściwie już za moment dopadnie nas nieunikniona, zimowa aura, ale wrzucając na głośniki "Where I Wanna Be (Tonight)", można poczuć się tak, jakby wciąż był lipiec i jedyne, co warto w tym czasie robić, to relaksować się przy tego rodzaju jointach. –T.Skowyra
Mam słabość do blondwłosej Norweżki i w zasadzie zawsze wyczekuję na jej każdy kolejny singiel czy EP-kę. Przy okazji Endless Vacation, z okładką kojarzącą się z eurodancem i wykonawczyniami pokroju Sandry nie było inaczej, choć zapowiadające całość dwa single zupełnie nie spełniły moich oczekiwać. "Cara Mia", to piosenka tak bardzo nijaka, nieposiadająca niczego, za co uwielbiam Annie: bezbarwny, letni song kojarzący mi się z przezroczystym remiksem kawałka "I Follow Rivers" Lykke Li popełnionym przez The Magician. Jeszcze słabszy okazał się "Dadaday", gdzie skradzioną melodię z "La Isla Bonita" wdrożono w niezbyt wyszukany, tandetny, obskurny beat. Sytuację ratują dwa ostatnie songi: pełen melancholii, podkreślony urokiem Annie "Out Of Reach" i napędzany 90sowym feelingiem, dance'owy "WorkX2", ostatecznie przywracając mi wiarę w potencjał mojej ulubienicy. Na kolejnym wydawnictwie (może czas już na LP?) nie chcę już wpadek, tylko same trafienia. Ok, Annie? –T.Skowyra
Ostatnie dwa lata w krajowej muzyce folkowej to przede wszystkim revival polskich zespołów zlokalizowanych wokół odpowiednio zakwaszonej, awangardowej etniczności. W momencie, w którym Styczyńskich i Nacher występowali z flagowym projektem, naszym towarem eksportowym – The Magic Carpathians (i można rzec, że swoją baśniowością zjednali sobie publiczność) na OFF Festivalu, Księżyc wracał w Penultimate Press z zremasterowaną wersją jedynego longplaya, który rozszedł się w oka mgnieniu, jak ciepłe bułeczki w osiedlowych dyskontach. Dziś legendarna formacja ongiś związana z Obuh Records powraca z pierwszym singlem promującym Rabbit Eclipse – album zawierający całkowicie nowe, pierwsze od kilkunastu lat kompozycje. I tutaj pojawia się problem: "Mglista" to utwór wybitnie nie-singlowy, stąd pewna powściągliwości w ocenie kawałka. Owszem, projektowany jest nam obrazek ekstremalnie bliski Księżycowi – dobrze znany oddanym fanom zespołu surrealistyczno-mglisty, średniowieczny sound misternie tkany przez Lechosława Polaka (którego sympatykami jest lwa część redakcji Porcys), ale bazowanie na trzyminutowym wyimku i wyciąganie z niego jakichkolwiek daleko idących wniosków wydaje się niestosowne, bo przecież Księżyc poraża w formach rozleglejszych, dlatego też od notki tej bije taka zachowawczość i stąd wynika jej czysto informacyjny charakter. Powiem krótko: mamy na co czekać w listopadzie! –W.Tyczka
Panie z Savages zapowiedziały premierę swojej drugiej płyty na styczeń przyszłego roku, tymczasem od dwóch dni w sieci króluje ”The Answer” – pierwszy utwór promujący Adore Life. Wydaje mi się, że mamy do czynienia z lekką obniżką formy, bo brakuje mi tutaj wyrazistości, arsenału ciętych riffów oraz basowej kreatywności spod znaku LSF, czyli tych wszystkich cech charakterystycznych dla znakomitego debiutu Brytyjek – Silence Yourself. No, ”Strife” to zdecydowanie nie jest. Nie ma jednak co narzekać, bo ”The Answer” to wciąż świetna piosenka i wiele gitarowych składów marzy, żeby taką napisać. Rzekomy gotyk to tylko ułuda, gdyż zza tej ociężałej kotary szybko wyłaniają się typowe dla londynek: bezkompromisowość oraz nawiązania do ruchu riot grrrl na czele ze Sleater-Kinney (”The Answer” spokojnie mogłoby się znaleźć na No Cities To Love), natomiast przebojowy refren ze zdwojoną siłą eksponuje własną wizję post-punku tego londyńskiego składu. Póki co jest nieźle, ale odpowiedź na pytanie, czy Savages wytrzymały próbę drugiego albumu poznamy dopiero w przyszłym roku. –J.Marczuk
Room(s), Vapor City, nie wspominając o wydanym przed blisko piętnastoma laty wybitnym Now You Know, a przecież to tylko niewielki wycinek jego działalności, bowiem Travis Stewart to typ pracusia, który ogarniał w ostatnim czasie mnóstwo rzeczy. Tym bardziej jaram się, że Amerykanin potwierdza swoją klasę produkcją, którą popełnił dla Converse Rubber Tracks w ramach Amsterdam Dance Event. Footwork na "Take Flight” ściele się gęsto, rytmiczny szkielet kawałka budzi respekt, natomiast ścinki sampli wokalnych użytych przez Stewarta od razu budzą skojarzenia z aksamitnymi wokalizami FKA Twigs. To jednak tylko przystawka, bowiem Stewart umiejętnie operując producenckimi trikami w charakterystyczny dla siebie sposób buduje podskórną neurozę. DJ Rashad, Traxman czy RP Boo nie powstydziliby się takiej produkcji. Tak, trzymaj Travis! A wy koniecznie sprawdźcie "Take Flight”, bo znakomitość! -J.Marczuk
Czym właściwie jest nagrany przez Ryana Adamsa cover album całego 1989 Taylor Swift? Świadectwem zagubienia starzejącego się muzyka, który kiedyś tworzył przyjemne, post-Nebraskowe pitu-pitu, a dziś nie potrafi dostroić się do panujących warunków? Próbą pozyskania złaknionej autentyczności publiki Wychowanego na Trójce? Prztyczkiem w nos odnoszącej sukcesy, lecz otoczonej armią sidemanów, Taylor Swift, a może przeciwnie – hołdem dla lubianego albumu będącego skutkiem jej odważnych decyzji? Czymkolwiek by nie był, na pewno nie jest czymś, na co warto poświęcać czas. Autor powołuje się na inspirację The Smiths i ja niespecjalniewiem, co ma na myśli – może gitka w "Wildest Dreams" mogłaby wyjść spod ręki Marra w alternatywnym świecie, w którym Marr jest mniej kreatywnym gitarzystą, ale całe to gadanie zakrawa na gruby nietakt. W dodatku co ciekawsze piosenki Swift zostają tu sprowadzone do poziomu płaskich, ckliwych balladek: zapomnijcie o trademarkowym drivie "Shake It Off" czy wciągającej narracji "Clean". Nie polecam, chyba że jarają Was popkulturowe rozkminki przy kominku. -W.Chełmecki
Musicie mi wybaczyć, że nakręcam hype jakieś 2 miesiące po premierze: musiałem mieć uszy w dupie, gdy pewnego sierpniowego wieczoru słuchałem tego kawałka i machnąłem ręką, bo po odświeżeniu i dzisiejszej sesji niezliczonych ripitów już się od niego nie uwolnię. Fantastyczny, skandowany refren, delikatna, sofciarska produkcja i duża sprawność w dozowaniu środków wyrazu – tyle trzeba, by piosenka o masturbacji przebojem wskoczyła do panteonu tegorocznych singli. Taylor Swift chciałaby nagrywać takie kawałki. -W.Chełmecki
Something nie był może wielkim albumem, ale perspektywa usłyszenia zabarwionych dream popem eightiesowych synthów i panującego nad tym wszystkim głosu Caroline Polachek sprawiła, że wieść o wypuszczeniu zapowiadającego najnowszy krążek duetu singla "Ch-Ching" przyjąłem ze sporym entuzjazmem. Czy to nowe "I Belong In Your Arms" lub "Ghost Tonight"? Nic z tych rzeczy.
Opisywany tu numer przypomina raczej napisany przez Polachek dla Beyoncé "No Angel". Zamglone, zwiewne podkłady zostały zastąpione przeciętnym mainstreamowym brzmieniem. Wybijające się na pierwszy plan dęciaki, nowoczesne bębny i nieznośny tytułowy hook nie należą do właściwości, z jakimi kojarzył mi się Chairlift. "Ch-Ching" ratuje generyczny, ale za to całkiem chwytliwy refren. Miejmy nadzieję, że singiel to tylko zmyła przed prawdziwym powrotem. –P.Ejsmont
Zwrotka drugiego tegorocznego singla Ellie Goulding nie przekonuje – składający się głównie z oszczędnego bitu i delikatnie, ale bardzo przyjemnie pocinającej gitarki podkład mógłby aspirować do bycia czymś więcej niż wypełniaczem sekund, gdyby dać go wokalistce obdarzonej jakąkolwiek charyzmą i wyrazistością. Wobec jej braku, trzeba czekać na refren, w którym Ellie nie jest już tak samotna, a doborowe towarzystwo zapewniają Max Martin, Savan Kotecha i Ilya Salmanzadeh. Doświadczeni producenci sprawiają wrażenie, jakby od niechcenia wypuszczali kolejne hity – tutaj do osiągnięcia sukcesu wystarczy im opakowanie wielokrotnie powtarzanego "Why I got you on my mind" pulsującymi synthami i synkopującymi, trapowymi bębnami. Żeby nie było nudno, podczas stanowiącego kulminację i zapętlającego refren doskonałego finału panowie kontrapunktują główny hook, nakładając wers "You think you know somebody" na zapowiadającą go wcześniej instrumentalną linię melodyczną. Wojtek porównał "On My Mind" do "SuperLove". Jakościowo odczuwam mimo wszystko sporą różnicę, ale podobieństwa są zauważalne – zakończenie obu kawałków nie pozwala odetchnąć z wrażenia, jednocześnie prosząc o zaaplikowanie kolejnej dawki refrenu. –P.Ejsmont
Nie jest to może kolejne Summerteeth, ani tym bardziej kultowe Yankee Hotel Foxtrot, jednak trzeba przyznać, że Jeff Tweedy i spóła od lat konsekwentnie grają swoje i cały czas im to wychodzi. Głos Jeffa wzrusza mnie zresztą od zawsze, ale to temat na osobną dyskusję. Dziewiąta propozycja wydawnicza pochodzących z Wietrznego Miasta muzyków to kolejna dawka rasowego alt-country z domieszką indie popu i choć gdzieniegdzie Amerykanie przynudzają i cały czas bazują na minionych doświadczeniach (raczej nie spodziewajcie się niespodziewanego), to i tak mogą wpisać sobie do CV kilka kolejnych bardzo dobrych piosenek. Wzruszające "You Satellite”, ożywczy, stający w szranki z "War On War” "Random Name Generator” czy czułe "Magnetized” – to tylko pierwsze z brzegu przykłady. I mimo że całość trwa niecałe 34 minuty, to jestem pewien, że ich Star Wars okażą się tymi najbardziej wartymi odnotowania w tym roku. –J.Marczuk