Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Dla wszystkich tych, którzy zawiedli się nowym krojem Aluny i George'a mam dobrą wiadomość. Nao wstrzeliwuje się ze swoim nowym numerem wprost idealnie. "Skoro płaczecie i narzekacie na brytyjskie duo, to słuchajcie mnie" – tak można by odczytywać komunikat zamieszczony w "Fool To Love". Bo nie ma wątpliwości, że wokal dziewczyny nie tylko wprost imituje śpiew Aluny, ale jeszcze sama piosenka przypomina radosne, zaopatrzone w fajne refreny tune'y z Body Music. Nie wiem, jak długo uda się jej polecieć na tym patencie, ale jeśli wystarczy songwriterskich umiejętności i hooków, to może być całkiem ciekawie. –T.Skowyra
To być może jak na razie najpiękniejsze wydawnictwo 2016 roku. Odpowiada za nie niejaka June Moon, czyli połowa kanadyjskiego duetu Cafe Lanai. Ten ostatni projekt stawia na wychillowaną, ale wyraźnie zorientowaną tanecznie "elektronikę", natomiast Forever to muzyka duszy: snujące się niespiesznie, często statyczne, ambientowe r&b-pejzaże dopełnione zjawiskowym wokalem June. Ustaliłem trzy wokalistki, z jakimi możecie skojarzyć barwę głosu JM: FKA twigs, ta pani z Late Night Alumni i przede wszystkim Jessy Lanza. Bez wątpienia głos jest jednym z najważniejszych aspektów tych utworów, choć namalowane, wypielęgnowane, ale oszczędne tła są równie ważne.
Poznajemy Forever w sześciu odsłonach: w dostojnym "Every Second" spotykamy intymność wspomnianej już panny Barnett; w "Tonight", w mimo odczuciu, najmocniej rezonuje herbertowska narracja z okolic Around The House; "Michael" to eteryczny trip hop z akcentami w postaci fortepianowych akordów; "Heaven's Mouth" mógłby ze spokojem znaleźć się na Pull My Hair Back i wcale nie odstawałby od najlepszych momentów debiutu Lanzy; pełen delikatnej, synthowej tęsknoty "Sunset" zawiera nawet gościnny występ niezidentyfikowanego wokalisty (może Michel Brock?), ale atmosfera samotności jednak dominuje, a drugą część utworu nawiedza nawet aura Cocteau Twins; i wreszcie osadzony w wygładzonej, fenneszowskiej ilustracji closer "Tonight Is The Night" finalizuje całe Forever. Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem oczarowany i na tym poprzestanę, bo przy takiej muzyce słowa są raczej zbędne. –T.Skowyra
Niemal wszystkie muzyczne media zelektryzował powrót Anthony'ego Gonzaleza. Szanuję kolesia, ale pamiętam, co wyczyniał na Hurry Up, We're Dreaming, stąd info o nowym longplayu przyjąłem dość obojętnie. Natomiast po zapoznaniu się ze zwiastunem Junk, trochę zaczynam mieć cały ten comeback w dupie. Co to ma być? Intro "Do It, Try It" to jakaś parodia-padaka, podniosły refren boli niemal fizycznie, a śmieszno-pretensjonalny przerywnik na 1:51 jasno daje do zrozumienia, że Gonzalez jest totalnie zagubiony jak dziecko we mgle. Cóż mogę dodać? Nie warto było zrobić nic... co by... się... –T.Skowyra
Tak często nazywano Kate "brytyjską Arianą Grande", że coraz bardziej zaczyna się w nią przeistaczać, a w "Be Without You" do przejmowania zaśpiewów i manier wokalnych bardziej popularnej koleżanki dokłada jeszcze domieszkę inspiracji Aguilerą. Wyprodukowany przez MNEKa numer może niczym wyjątkowo nie zaskakuje i przegrywa starcie z "Keeping You Up", ale brzmi jakby został napisany specjalnie po to, by przyznano mu na Porcys łapkę w górę. Chwytliwego popu i dobrych refrenów nigdy za wiele, więc warto przy okazji najnowszego singla KStewart przetestować wprowadzoną niedawno na YouTubie opcję "odtwarzania w pętli". –P.Ejsmont
Michael Greene nagraniami z ostatnich lat pokazuje, że na dobre odszedł już chyba od stylistyki znanej ze swojego debiutanckiego magnum opus, ale na szczęście nie schodzi poniżej solidnego poziomu, więc jego kolejna EP-ka zdecydowanie warta jest uwagi. Niczym wąż z okładki melodie na Secret & Lies wiją się bez końca. Łatwo wsiąknąć w te powoli rozwijające się motywy, które zanikają w tle, bo po chwili znowu się odrodzić. Ten muzyczny uroboros najbardziej hipnotyzuje w "Seventyfour ". Mimo bezustanności w powtarzaniu głównego motywu, ani na chwilę nie przestaje być on obcy, a w połączeniu z sugestywnym teledyskiem sprawia wrażenie doświadczania dźwięków pochodzących z innej cywilizacji. –P.Ejsmont
Kanadyjski skład balansujący na granicy post-hc i hałaśliwej (momentami) "kinder" punk rockowej alternatywy postanowił się wreszcie nieco bardziej określić. Dziś grają trącący garażem power-pop i wykręcają jedną z najfajniejszych melodii w swojej historii, bo nie przypominam sobie na Deep Fantasy ani jednej tak dobrej konstrukcji mostek-refren (notabene niesamowicie catchy – "Baby, you’re weak, baby, you’re starving / the star will melt, she’ll melt"). Faktycznie jest to trochę słabsze wydanie Pretty Girls Make Graves wymieszane, jak kolega Wojtek Sawicki słusznie zauważył, z "cure'owską" fantazją (począwszy od 2:17), ale ta mała wolta dobrze rokuje na przyszłość. Premiera Paradise już na początku maja. –W.Tyczka
Hendrik Weber zdradzał w wywiadach, że nowa płyta zrealizowana pod aliasem Pantha Du Prince będzie mocno "człowiecza" w porównania z poprzednimi dokonaniami artysty ("I wanted to cut through the digital dust that surrounds us"). Singiel promujący The Triad zdaje się potwierdzać tę tezę. Jaśniejsze, silnie taneczne oblicze minimalu Niemca z okresu współpracy z The Bell Laboratory spotyka tu kojące partie rozmytego wokalu Scotta Mou. Pierwsza tak ciepła i błoga zima w dorobku artysty, a zarazem strzał w dziesiątkę jeśli chodzi o dobór promującego nadchodzące wydawnictwo utworu. Mamy na co czekać! –W.Tyczka
DIIV debiutowali w 2012 całkiem udanym Oshin. Na sofomorze Is the Is Are nowojorska formacja rozwija pomysły z pierwszego LP przy znacznie mroczniejszych kompozycjach, przez co płyta jest o wiele ciekawsza. Jako przykłady posłużyć mogą gęsta środkowa część "Take Your Time", która rozwija się jak coda, żeby chwilę przed końcem utworu powrócić jeszcze raz do głównego tematu, kontrolowany chaos w "Mire (Grant's Song)", czy agresywne, przesterowane partie gitary w przedostatnim "Dust". A w takim "Blue Bordom" Ferreira serio brzmi jak Gordon z jakiegoś wczesnego Sonic Youth. Mamy tu jeden WTF moment w postaci zupełnie niezrozumiałej próby sprzętu w "(Fuck)", ale ogólnie album utrzymuje naszą uwagę bez większych mielizn przez godzinę z hakiem, a to dziś nie lada osiągnięcie. –S.Kuczok
Primal Scream promują swój nowy album Chaosmosis, który ukazać ma się już w marcu tego roku, singlem z gościnnym udziałem Sky Ferreiry. Zestawienie bandu dowodzonego przez ponad pięćdziesięcioletniego Gillespiego z młodą artystką nie okazuje się jednak zbyt przekonujące i nie chodzi tu jedynie o różnicę paru pokoleń. Wokalny dialog w zwrotce wypada mocno przeciętnie, a przez wysunięcie go na pierwszy plan, męczy jeszcze bardziej. Kawałek wyciąga nośny refren, w którym nawarstwiają się całkiem zgrabne basowo/synthowe motywy, na tle których wokaliści w końcu przypominają sobie, że śpiewają tu razem i zaczynają brzmieć wyraziście. Na koniec dostajemy jeszcze krótką gitarową solówkę i wyciszenie z wyeksponowanym akustykiem. Na przestrzeni tych niespełna czterech minut dzieje się więc sporo, ale niestety nie zawsze dzieje się dobrze. –S.Kuczok
Zdarzyło mi się już zaznaczyć moje fanbojstwo dla tego urwipołcia w rekapitulacji, ale być może nie było mnie słychać, to powtórzę jeszcze raz: koleżka jest absolutnie nieprzeciętny i jeśli tak ma wyglądać "SOME SHIT I MADE FUCKING WIV MY LIVE SET" to boję się pomyśleć, jak mogłaby brzmieć jego muzyka po pełnym rozwinięciu skrzydeł. Teoretycznie jest to powtórka z rozgrywki i wariacja na temat zeszłorocznej EP-ki, szczególnie "Gold Coat" (ponownie głosu użycza cushee), ale ciągle jest to kosmiczny poziom i muzyka tak wyjątkowa, że naprawdę nie wiem czy kiedyś słyszałem coś podobnego. Wątki takie jak wonky, glitch, bubblegum pozostają jedynie wątkami i mało konkretnymi tropami, bo dźwiękowe uniwersum tego młodego Brytyjczyka jest czymś całkowicie odrębnym. PS: Utwór może niedługo zniknąć z Soundclouda, więc ściągajcie póki jest to możliwe! –A.Barszczak