Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Nasza stara znajoma wraca po 2 latach. Moje nadzieje związane z muzyką Ellis-Bextor osłabły już dawno temu, ale całkiem niezła zapowiedź najnowszego krążka trochę zaostrzyła mi apetyt. Nie żebym oczekiwał cudów na miarę "Music Gets The Best Of Me", ale spodziewałem się przyzwoitego "powrotu do korzeni" ("zagrajcie Karla Malone!!!"). Co dostajemy? W większości zestaw uczniowskich ćwiczeń piosenkowych. Całkiem energetyczny opener (piano i synthy na początku jak w "Baba O`Riley") wcale nie zdradza tego, co będzie się dziać dalej. Bo potem mamy niestety tracki trzymające się ogranych motywów ("Death Of Love", "My Puppet Heart" – tutaj nawet spoko refren), niemrawe, akustyczne ballady kontynuujące wątki Wanderlust ("Crystallise", "Hush Little Voices", "Here Comes The Rapture", "Unrequited") i można by tak wymieniać, ale po co? Jesteśmy w Krótkiej Piłce, "kciuk ci prawdę powie".
Pytanie, czy ktoś naprawdę spodziewał się po Sophie popowego albumu trzymającego tak wysoki poziom jak "przysłowiowe" Fever Kylie? Brytyjka chyba już zawsze pozostanie artystką typowo singlową, celującą w środek tarczy za pomocą max. 2-3 potencjalnych singli na płycie. Niestety nawet pod tym względem Familia prezentuje się blado. –J.Bugdol
Gdy wyskoczył news, że przy nowym singlu Lady Gagi będzie majstrował samotny lider Tame Impala, nawet my liczyliśmy po cichu, że z takiej wariackiej współpracy (bo przecież przy singlu działali nie tylko Parker, ale również Mark Ronson czy BloodPop) może powstać coś dobrego. Tymczasem zamiast nafaszerowanego hookami, zwiewnego killera w duchu Currents, Gaga marnuje swoje szanse jak Milik w reprezentacji − wyszedł z tego ociężały, STADIONOWY "elektroniczny rock" z posmakiem ejtisowej taniości. Choć obecność Parkera faktycznie słychać (marsz bębnów i TOŻSAMOŚĆ klawiszy w chorusie), to jego wkład trzeba traktować na zasadzie elementu tworzącego zamieszanie wokół Germanotty, bo mimo wszystko absolutnie nie o taki singiel walczyliśmy − ten kawałek prędzej nagraliby KAZABIAN, a nie Tame Impala. "Perfect Illusion"? No taaaak... −T.Skowyra
Jeśli wciąż myślicie, że muzyka Drake’a wywiera wpływ jedynie na ilość beznadziejnych wyznań w internecie, jesteście w błędzie: oto w dalekiej Szwecji blondwłosa Marlene, opisując swój najnowszy singiel, powołuje się właśnie na Drizzy’ego. Coś w tym jest – minimalizm odsyłającej do UK garage produkcji to wyraz wiary w możliwość wykręcenia chwytliwej piosenki bez upychania kilkunastu warstw w mixie, co popularny miś-mazepa udowadniał wielokrotnie. "Sweet" stawia na wyrazistość groove’u i wyrazistość samej Marlene, bo przecież panna nawija, że czuje się lepiej gdy świeci słońce (i to jeszcze przed wjazdem skądinąd świetnego refrenu), a ja wcale nie mam ochoty jej wyłączyć. Jeszcze słówko: utwór powinien odsłuchać każdy, komu po drodze z Liz i fajnymi zamknięciami. Nowa jakość w szwedzkim popie? Być może odpowiedź na to pytanie poznamy na nadchodzącej EP-ce. –W.Chełmecki
Takie single, jak "Wild Target" dość boleśnie pokazują, że estetyka PC Music była tylko chwilowym trendem, podobnie jak chociażby chillwave czy Pokemon Go. Igranie z dźwiękowym hologramem londyńskiej oficyny A. G. Cooka w 2016 roku jest zupełnie spóźnione, co unaoczniła mi Charli XCX i całkiem niedawno CRJ. Ten sam kłopot z numerem Henrika, gdzie wspomaga go przecież Liz, jedna z księżniczek PC Music (której przy "When I Ruled The World" jeszcze się powiodło) − podklejenie się pod frapującą jakieś dwa lata temu modę nie przesłoni dość banalnego stopniowania napięcia rozwiązanego miłym, ale nudnym dropem. Czyli nic specjalnego, a co do PC Music − mam jednak nadzieję, że Hannah Diamond nagra kiedyś tego longplaya i jeszcze wszystkich nas zaskoczy. Oby tylko uwinęła się w obecnej dekadzie. −T.Skowyra
Trochę inaczej wyobrażałem sobie artystyczną karierę tej filigranowej gwiazdki pop. Po takiej petardzie jak "I Wish" oczekiwałem kolejnych singlowych strzałów, które rozpaliłyby do czerwoności moją playlistę. Niestety, jak dotąd dziewczynie nie udało zbliżyć się poziomem do rzeczonej piosenki, co potwierdza też "Activated". Dość oszczędny, schematyczny pop-trapowy podkład nie przynosi misternie skonstruowanego szlagieru, a jedynie refren, w którym Cher podśpiewuje melodyjnie, nosi znamiona chwytliwości, choć to również nie jest chorus, o którym będę długa pamiętał. W każdym razie: "Activated" nie zachwyca, ale nie jest też ostatecznym zamknięciem drzwi. Dlatego wciąż nie tracę nadziei, że Cher jeszcze kiedyś wróci z oszałamiającym singlem. Oby jak najszybciej. −T.Skowyra
Nie od dziś wiadomo, że Mick Jenkins to jest król wody jak lew jest król dżungli: tym razem jego oceaniczny image realizuje się poprzez funkcjonujące jako centralna metafora tonięcie. Jenkins od początku imponował błyskotliwością i choć pomysł na "Drowning" z pozoru wydaje się dość oklepany, to autor The Water[s] wychodzi z niego obronną ręką kreatywnym budowaniem dramaturgii (ledwie wyduszone "I can’t breathe") i umiejętnym jej operowaniem, w czym pomaga mu nu-jazzowy feeling niezwykle popularnych w tym sezonie BADBADNOTGOOD. Po znakomitym, chilloutowym "Spread Love", raper uderza w bardziej medytacyjne tony – i kolejny raz trafia; coś mi się widzi, że wrzesień będzie wybornym miesiącem dla rapu. –W.Chełmecki
Warto łatać dziury w naszym archiwum, szczególnie jeśli ktoś dzięki temu będzie miał okazję poznać Imperial – jeden z najciekawszych tegorocznych rap-albumów. Denzel Curry, prawdopodobnie najbardziej kompletny raper z tegorocznych freshmanów, mimo młodego wieku nie jest już nowicjuszem. Ex-członek Raider Klan na koncie ma już mnóstwo muzyki, ale dopiero tegoroczny pełnoprawny album w pełni realizuje jego potencjał.
Imperial rozbija się o arcyciekawe zestawienie niezwykle uroczych, melodyjnych i delikatnych (estetyka "cloud" się kłania) podkładów z żądnym krwi MC na mikrofonie. Od cudownego "ULT" (jeden z ulubionych rapowych singli roku), przez niemal równie dobre "Pure Enough" (od 1:47 vs. Jay Rock w "Money Trees"), nawet po nieco inne "If Tomorrow's Not Here" album płynie niebezpiecznie bezproblemowo, a dzięki odpowiedniej selekcji ani przez moment nie utyka na mieliznach. Jeśli jeszcze go nie sprawdziliście, to radzę to zmienić jak najszybciej. "Came up in this game now my idols is my rivals". Ciekawe, co na to Bedoes? –A.Barszczak
Teraz, gdy muzyka popularna stała się platformą do głoszenia wyższych idei, Elysia Crampton czuje się jak ryba w wodzie. Z godną podziwu gracją żongluje odniesieniami do patriotyzmu, rasizmu i seksualności. Nie są to jednak głęboko przemyślane manifesty, a raczej krzykliwe hasła przemaglowane przez wrażliwość widza MTV. Ideologiczny chaos podkreśla intertekstualność utworów, będących pynchonowskim zlepkiem wszystkich skarbów popkultury. Niestety, post-postmodernizm nie wypada zbyt dobrze jako narzędzie propagujące społeczną rewolucję. Być może w tym szaleństwie jest jakaś metoda, ale ja jej nie dostrzegam. –Ł.Krajnik
Jest coś wyjątkowo urzekającego w dziecięcej fantazji, z jaka napisano tę EP-kę. Mamy tu do czynienia z trzema kompozycjami, które bez cienia sarkazmu nawiązują do kosmicznego disco sprzed kilkudziesięciu lat. Słuchając skandynawskiego retrofuturyzmu przenosimy się w cudownie kiczowaty świat gwiezdnych podbojów, międzyplanetarnych pościgów i cyberiady spod znaku ZX Spectrum. Najlepsze, że nie czuć w tym wszystkim ani krzty cynizmu. To jest po prostu taki rodzaj nostalgii, który sprawić może niekłamaną frajdę.
Lindstrom, podobnie jak jego norwescy kumple, odpowiada za renesans najbardziej bezpretensjonalnej muzycznej filozofii. Apostołowie nu-disco zachęcają do zatracenia się w tańcu i przeżycia katharsis na parkiecie. Jest w tym podejściu coś z funkowego hedonizmu, ale przefiltrowanego przez euforię urwisa szalejącego na placu zabaw –Ł.Krajnik
Co tam u Rangers? Po czterech latach spędzonych w San Francisco Joe Knight powrócił do Texasu i dźwiękowym zapisem tej zmiany ma być najnowszy krążek Texas Rock Bottom. Muszę przyznać, że po świetnych Suburban Tours i Pan Am Stories kolejne albumy typa jakoś mi umknęły. Może dlatego, że od pewnego czasu pozostaje gdzieś na uboczu, w zupełnej izolacji i ta sytuacja chyba nie do końca działa na korzyść jego muzyki. Mimo to, od kiedy Rangers wypisał się z drużyny prog-popowej hauntologii, wciąż poszukuje nowych tropów i próbuje swoich sił w różnych stylistykach. Owszem, efekty nie są tak intrygujące jak w przypadku dwóch pierwszych krążków, jednak muzykowi wciąż nie brakuje pomysłów co potwierdzają utwory z Texas Rock Bottom. W założeniu są mini-suitami nawiązującymi do eksperymentów formalnych Marquee Moon i Van Dyke Parksa. Oczywiście porównania są nieco na wyrost, jednak nie można zarzucić Rangers braku umiejętności nadawania pozornie zwyczajnym piosenkom nowej jakości dzięki repetycji, ozdobnikom i modyfikacji formy.
Texas Rock Bottom określiłbym jako autorski blend wielu gatunków nad którymi unosi się duch indie rocka i americany. Mamy tutaj niełatwą do sklasyfikowania mieszankę wątków korzennego southern rocka z gitarowym indie i baroque popem ("Bored To Tears" przypominające Real Estate), akcenty psych-rockowe ("On The Way To Work") i przybrudzony power-pop ("Never Again"). Chociaż za pierwszym razem ten zestaw jakoś mnie nie powalił, to kilku przesłuchaniach zmieniłem trochę perspektywę i okazał się być growerem. Wielowątkowość tych tracków oraz ilość ciekawych momentów sprawiają, że chce się wracać. –J.Bugdol