Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Ewan Smith, rezydent Berlina, prezentuje luźne, autorskie podejście do house`u. W niektórych kawałkach vibe ten jest nawet niewyczuwalny i płynie raczej w kierunku elektroniki jaka mogłaby wyjść ze studia Radiohead ("Be Good To Me Poly"). Luźna forma służy przede wszystkim jako ewokacja melancholijnej, czasem chilloutowej atmosfery, jak w świetnym "Waiting For L". Youandewan niewątpliwie wiele zawdzięcza Vynehallowi i jego mniej tanecznemu obliczu, a samo podejście do chillowej materii przypomina wizję austriackiego kolektywu Tosca. Zresztą w ogóle tracki na There Is No Right Time ciążą bardziej w stronę nostalgicznego house'u DJ Sprinklesa ("Time To Leave") niż porywającej parkietowości. Jeden z moich osobistych highlightów, przerywany bit "10405 (Alice)" udanie rozszerza pole house'owej faktury i kieruje się w stronę konkretnego ambientu okraszając to wszystko arpeggiem bezwstydnie kopiującym "Your Love" Frankiego Knucklesa. Piosenkowe, ale wciąż repetycyjne podejście do komponowania powolnie rozwijających się ambientalnymi motywami tracków ("Our Odyssey") jest chyba najmocniejszą stroną Anglika. Końcówka płyty prezentuje nieco inne oblicze – "Something Keeps Me Real Quiet" i "Left On Lucy" sprawnie balansują na granicy house'u i rave'owych, rwanych melodii Matta Cutlera. Jakby tego było mało, na deser dostajemy ocierające się o ejtisową hauntologię "Earnest Kelly" i "4D Anxiety" z hip-hopowym, złoto-erowym bitem.
Ilość inspiracji i tropów jakie można odnaleźć na There Is No Right Time nie bierze się z przypadku, bo wszystko wskazuje na to, że mamy tu do czynienia z naprawdę mocnym zawodnikiem, który być może niebawem zacznie deptać po piętach samemu Vynehallowi. –J.Bugdol
Oficjalny debiut duetu Anderson .Paak i Knxwledge bardziej przypomina sklecony na spontanie mixtape z krótkimi, zwięzłymi jointami na pokładzie. Wszystko mknie tu bez spiny, rozgrywa się wolno i spokojnie, nikt nigdzie się nie spieszy. Jeśli ktoś pamięta EP-kę Link Up & Suede (która była zaledwie wstępną zapowiedzią), to mniej więcej wie, czego się spodziewać – na LP mamy sporo miękkich, oldschoolowych sampli, czuć ducha Marvina Gaye'a i Soulquarians, a podkłady budzą skojarzenie z tożsamością produkcji J Dilli. W dodatku duet wie, jak ułożyć wszystkie elementy układanki, aby wszystko zatrybiło, stąd takie wałeczki jak "Best One", "Kutless", "Get Bigger / Do U Luv", "Scared Money" (niezłe ejtisy wjeżdżają) czy "Another Time" można bez pytania wrzucić na pętle. Bo Yes Lawd! to taki wycofany zawodnik, który zamiast udziału w wyścigu po album roku woli wygodnie rozłożyć się na kanapie i mocno wychillować. –T.Skowyra
Przy okazji sofomora Australijczyków wróciłem sobie do Howlin i tak sobie myślę, że jedyne, czego tej zajebistej płytce zabrakło do stałego miejsca w rocznych podsumowaniach to – cóż – gorszego roku w muzyce. Every Now & Then cierpi z kolei na brak dobrego materiału, a ściślej – jest go stanowczo za mało jak na 50 minut. Jagwar Ma nadal bawią się taneczną, manchesterską motoryką, tym razem miejscami wspieraną przez perkusistkę Warpaint i w większym niż na Howlin stopniu przejrzystą pod kątem produkcyjnym, ale przy tym znacznie nudniejszą pod względem motywicznym. Highlighty można liczyć na palcach jednej ręki: house’owo zorientowany, szargający gdzieś głęboko nerw Junior Boys circa It’s All True "Colours Of Paradise", ewokujący szkołę Dust Brothers "Ordinary" czy lepki początek "Give Me A Reason", który gdzieś w połowie niestety zaczyna zmierzać donikąd. A co można napisać o pozostałych 8 indeksach? No właśnie, na tym polega problem, że nic. –W.Chełmecki

-R.Siadaczka-Lizak
Punkt na starcie dla chłopaków za wyzbycie się pokusy bezwstydnego dojenia pieniędzy od nieświadomych ludzi i sukcesywne podążanie pod prąd oczekiwaniom związanym z ciężarem etykietki serialowego bandu nadanej przez rynek. Album z tytułem wziętym wprost z katalogu, jest z jednej strony dojrzalszą i cięższą rdzawo-nastrojową kontynuacją ścieżki wytyczonej przez wcześniejsze nagrania, z drugiej, stosując metodę porównawczą, preferowałbym na starcie abyście sięgali po Mnq026, który w moim skromnym odczuciu wydaje się dużo ciekawszy. Wracając do RR, który, nie będę ukrywać, jakoś szczególnie nie rozpala, tworzy on spójną i zamkniętą kompozycję gdzie utwory zespolone w jedno: brzmieniem, klimatem oraz konwencją, kształtują sensowny ciąg przyczynowo-skutkowy, pozbawiony niestety wyraźniejszych momentów. Nic nie rzuca się tu przed szereg, idealna harmonia w równości bycia lekko nijakimi utworami. Od biedy można posłuchać, ale nie liczcie tutaj na jakiś zmysłowy odlot. −M.Kołaczyk
Kanadyjski band złożony między innymi z byłych członków Tops czy Pat Jordache wypuścił niedawno drugiego długograja. I jeśli miałbym postawić na jeden kierunek odniesień, wskazałbym na czystej wody post-pinkowe granie z okolic Before Today. To oczywiście mocno upraszcza sprawę całego Don't Leave Me In The Dark, na którym, jak już zaznaczyłem, można spotkać piosenki z songwriterskim zacięciem Ariela (sporo tego, ale weźmy choćby tytułowy czy "Flakes"), ale również jakiś art rockowy sznyt w duchu, ja wiem, Japan, przerobiony na indie ("Night Drive"), odrobinę niebieskookiego soulu Hall & Oates (zwiewny "Mirror Held To The Flower"), a nawet coś brzmiącego jak oszczędna krzyżówka Police i Toro z Pine ("Memory Loss"). Całość trwa raptem 29 minut, ale wrażeń i inteligentnych zagrywek znajdziesz tu co niemiara. A jak już przesłuchasz, to wpadaj na gig 21 lub 24 w Warszawie. –T.Skowyra
Poprzednie, dość sztampowe utwory Darii Zawiałow niezbyt zachęcały do kibicowania; wyłaniająca się z nich, w najbardziej toporny sposób alternatywna kreacja również. A jednak od kilku dni "Kundel Bury" jakoś nie chce zejść z ripitu. Co się tu więc wydarzyło? Ano to się wydarzyło, że po niepozornych zwrotkach wchodzi wyrazisty, skandowany refren, rzeczywiście brzmiący jak jakiś manifest, a ja, zamykając oczy i wsłuchując się w jego rozkosznie gęsty aranż, fantazjuję o świecie, w którym "Naj Story" i Tango In The Night cieszą się wśród polskich artystów odrobinę większą estymą. Okej, zgoda, trochę to wszystko na wyrost, ale jeśli w ten sposób zachęciłem choć jedną osobę do odsłuchu, to świetnie się składa – naprawdę warto dać szansę. –W.Chełmecki
Zastanawiałem się całkiem intensywnie jaki kształt Sport przybierze. Nie oszukujmy się – tego rodzaju muzyka zazwyczaj niezbyt dobrze znosi format pełnoprawnego albumu. Aby wyjść obronną ręką z tej sytuacji Powell nieco rozwodnił formułę i ograniczył intensywność znaną z EP-ek. Czy można mu mieć to za złe? Cóż, zdaje mi się, że dzięki takiemu zabiegowi całość jest strawna i nie przyprawia o ból głowy (a przynajmniej mnie). Brzmienie jednak dalej opiera się na sucho zdigitalizowanych bębnach i gitarowych samplach wspieranych kanciastymi syntezatorami. Łatka "industrial techno" jest o tyle prawdziwa, co myląca. Debiut londyńskiego producenta nie ma zbyt wiele wspólnego z na przykład rozdającym karty w tym roku Perc. To raczej forma specyficznego kolażu, w którym nawet typowa dla gatunku motoryka nieustannie jest cięta i miażdżona. Całościowo Sport może nie porywa tak jak "Insomniac" czy "So We Went Electric", ale dalej pozostaje ciekawą, a przede wszystkim bardzo inną propozycją dla wszystkich potrzebujących od czasu do czasu uwolnić się od melodii. Bęc. –A.Barszczak
Nie będę ukrywał i od razu na wstępie napiszę, że debiut norweskiego producenta (oczywiście pod aliasem Lido, bo już wcześniej wydawał on długograje jako LidoLido, heh) okazuje się rozczarowaniem. Nie jest to porażka na całej linii, ale mając w pamięci EP-kę I Love You oraz nagraną z Canblasterem małą płytkę Superspeed, liczyłem na kolejny rozdział wymiatania na future-bass-beatowym polu. Tymczasem Peder Losnegård nie zaskakuje właściwie niczym – jasne, realizacja wałków pierwsza klasa, doceniam trzymające poziom "Murder" z ciekawym igraniem smyczkowymi motywami czy "Crazy" przemycający ten sam ładunek chorej chwytliwości znany z wcześniejszych sztosów oraz kilka fragmentów rozsianych po Everything (rozwiązanie "Angel", środek "Catharsis"), ale większość indeksów to niestety produkcje noszące znamiona kreatywnego wypalenia. Pomijam już to, że nie spodziewałbym się po Lido takiego nudziarstwa jak "You Lost Your Keys" – kaman, ziom, kilka akordów na fortepianie nie zrobi z ciebie Jamesa Blake'a. Ostatecznie więc płytka jest zaledwie "okej" i wątpię, abym w przyszłości wracał do niej z przyjemnością. W końcu lepiej odpalić sobie "Money" albo "Superspeed". –T.Skowyra
Ta płyta to trochę taka wizyta na chacie kumpla za młodu, gdzie jego matka, perfekcyjna pani domu, w stroju jakby pichciła mete, pieczołowicie przeciera po raz piętnasty podłogę. Gdy w końcu usiądziecie, wpadnie wam do pokoju, aby zdzierając farbę przetrzeć jeszcze stół, z automatu rzucając, że ”u nas to zawsze tak brudno” (to zdanie i jego kontekst można połączyć z dominującą więzienną, depresyjną liryką). Wychodząc pozostawi jeszcze za sobą unoszący się w powietrzu zapach nienawiści zmieszanej z chlorem, związany z tym, że masz czelność naruszać to perfekcyjne sanktuarium. Tired to takie mieszkanie, z jednej strony jest tu ultra normcorowo, ładnie, czysto i przyjemnie, z drugiej mamy tutaj posmak drobnomieszczańskiej bezdusznej i zdezynfekowanej gitarowej atmosfery zabijającej jakiekolwiek życie. Wszystko irytująco na błysk, brak tu werwy, jakiejś autentycznej siły witalnej, czegokolwiek co wybiłoby całość z bycia westernową kartonową makietą filmową. Mimo tego, dla kilku naprawdę spoko szlagierów, płaczliwych ballad i świetnych shoegaze'owych momentów, w wydawnictwo z przyjemnością można się zanurzyć, wypić piwo, dwa, pogadać o życiu i wyjść spędzając bardzo miły wieczór, rzucając na pożegnanie kurtuazyjne do widzenia, zostawiając na wycieraczce trochę błota zmieszanego ze słomą. −M.Kołaczyk