Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Mick Jenkins to jest ziomek: błyskotliwy, konsekwentny, a jednocześnie z naturalnym luzem chwytający za serce. Słuchając jego oficjalnego długogrającego debiutu ma się wrażenie, że niektórzy starzeją się szybciej – z płyty tej bowiem bije wyjątkowa dojrzałość. The Healing Component to formalnie koncept album o różnych aspektach miłości, przemycający jednak dość tęgie rozkminy na gruncie socjologicznym i duchowym. Ponadto nie tylko ze względu na treść jest to zbiór piekielnie spójny: czy mówimy o afrofuturystycznym melanżu "Fall Through", pogrzebowym przemarszu "Drowning" czy neonowym funku "Communicate", utwory snują się powoli w oparach marihuanowego dymu, klimat jest nie do podrobienia; łączy je też lekko eksperymentalny sznyt podkładów. Mam wrażenie, że w zalewie jesiennych premier z krainy rapu Jenkins nieco się zgubił. Nie dajcie się jednak zwieść: The Healing Component to ścisła czołówka, jazda absolutnie obowiązkowa. –W.Chełmecki
Wyobraźcie sobie to cudowne uczucie wpatrywania się w sztuczny świat wykreowany przez ekran monitora. Obserwowanie wyidealizowanej rzeczywistości jest wyjątkowo przyjemne, mimo że każda tekstura to niedoskonały, pikselowaty szkielet. Na szczęście ta nienaturalność już nas nie razi. Żyjemy bowiem w krainie emocji aktywowanych przez odpowiednio szybkie połączenie Wi-Fi.
Ten album jest więc idealnym podkładem muzycznym do wirtualnych wojaży. Wciśnięcie play w odtwarzaczu to w tym wypadku doświadczenie równie intensywne, co podłączenie kory mózgu do jaźni cybernetycznego bytu, faszerującego naszą wyobraźnię słodką, futurystyczną utopią. Krótko mówiąc – sztuka na miarę XXI wieku. –Ł.Krajnik
Zdaje się, że Flames And Figures to oficjalny debiut pochodzącego z San Francisco, siedmioosobowego składu The Seshen. Wcześniej, w 2012 roku, wyszła już płyta, ale raczej nie miała statusu regularnego studyjnego longplaya, więc umówmy się, że dopiero teraz dostaliśmy legitny krążek i sprawdźmy, co właściwie się na nim dzieje. A dzieje się sporo: począwszy od syntezatorowego r&b w openerze "Distant Heart", przez niebezpiecznie chwytliwe "Right Here", nieco przyczajone, synkopowe igraszki na modłę solowego Yorke'a "Other Spaces", bawiące się podziałami metrycznymi, oprawione w przestrzenne synthowe plamy "Already Gone", rywalizujące w podobnej lidze do późnego Bird & The Bee "Firewalker", aż po smakowite klawiszowe harce z kolejnym pysznym refrenem "Periphery". Może całościowo płytka nie wymiata tak, jak wymienione tracki, ale przyjemność z odsłuchów gwarantowana, bo brzmi jak Hiatus Kayiote bez całego tego bagażu kombinatorstwa (i nie chodzi tylko o wokalne podobieństwa). W każdym razie absolutnie się nie zawiodłem i wy raczej też nie powinniście. –T.Skowyra
Zapewne wiecie już, że na początku przyszłego roku wyjdzie nowy longplay formacji, której przewodzi Wayne Coyne. A tak się składa, że Flaming Lips już od wieeeeeluuuu, wieeeluuuuu lat nie zawodzą na długim dystansie. Ok, nie nagrywają już może dziewiątkowych albumów, ale zawsze dostajemy od nich świetne MATERIAŁY. I raczej nic się nie zmieni przy okazji Oczy Mlody, bo zarówno "The Castle" (który zapewne sprytnie, na wzór niepozornych zwiastunów Embryonic, stworzy odpowiedni albumowy kontekst) jak i najnowszy, opatrzony klipem nawiązującym do Spring Breakers "How??", wypadają bardzo dobrze. Zwłaszcza ten drugi, przywołujący lodowaty dekadentyzm i pesymistyczną rezygnację The Terror – zimne syntezatory łączą się tu z pełnym smutku i jakże zdrowego patosu głosem Coyne'a oraz całą menażerią produkcyjnych zabiegów, z czego powstaje coś przerażającego, a jednocześnie pięknego. Czyli Flaming Lips w formie, a to sprawia, że oczekiwanie na styczniową premierę zaczyna się mocno, mocno dłużyć. –T.Skowyra
Waxing Romantic towarzyszyło mi przez dłuższy czas jako soundtrack wiosny 2015. Było to luzackie, DeMarcowskie w swojej filozofii granie, w sam raz na cieplejsze dni, choć w swojej prostocie niepozbawione sophisti-momentów i barok-popowych ambicji. Tegoroczne wydawnictwo po części kontynuuje ten kurs. Większą rolę pełnią synthy, pojawia się też trochę zabaw z lo-fi, lekką psychodelią à la Mild High Club, ale niestety kawałki są nieco mniej wyraziste niż na Waxing Romantic. Bretzer to jednak wciąż typowy piosenkowicz-beatlesowiec, co zresztą słychać wyraźne w "The Snooter" parafrazującym w zwrotce "And I Love Her". Choć jego kawałki czasem posługują się kliszami, a na przestrzeni jednego tracka mogę się jednocześnie zanudzić i wkręcić, to ogólnie Bitter Suites trzyma równy poziom. Bretzer nie przeskoczył tym albumem Waxing Romantic, ale klasyczna popowa nośność której hołduje udowadnia, że ma trochę atutów, które ciężko zlekceważyć, zwłaszcza w perspektywie następnych wydawnictw. –J.Bugdol
Prawdziwy samuraj nieustannie myśli o śmierci. Każdego dnia budzi się, czując jej ciepły oddech na plecach. Nigdy jednak nie spuszcza głowy i zawsze znajduje w sobie siłę by spojrzeć w otchłań. Ta odważna postawa związana jest również z niezwykłą umiejętnością obserwacji otaczającej go rzeczywistości. Ponieważ wyznawca kodeksu Bushido śpi z otwartymi oczami, jego zmysł obserwacji jest wyostrzony jak u myśliwego polującego na zwierzynę. Taki wojownik potrafi w szczery i bezpretensjonalny sposób opisać otaczający go świat.
Prawdziwy samuraj nieustannie myśli o życiu. Każdy dzień to kolejny etap jego samorozwoju. Zamiast oglądać się na innych, skupia się na szlifowaniu swoich indywidualnych umiejętności. Zawsze z dumą idzie pod prąd. Nie jest stworzony do pracy zespołowej ani też do kontynuowania cudzego dzieła. Doceńmy więc tego samotnego wilka, albowiem indywidualizm i wierność własnym zasadom to wartości, których brakuje wielu jego kolegom po fachu. –Ł.Krajnik
26 września minęło dokładnie 10 lat od wydania debiutanckiego pełnoprawnego albumu The Changes, do którego nieprzerwanie wracam, ze szczególnym naciskiem na znakomite dawkowanie łomotu w “Her You And I”, oraz “When I Wake” – jedna z moich definicji kapitalnego, zwiewnego strunowego popu. Niekoniecznie z okazji jubileuszu, ale panowie z Chicago wydali właśnie całkiem udany świeży materiał, w którym jednak brak takiej wyrazistości jak na Today Is Tonight. Nie umieszczę na pudełku naklejki “all killers, no fillers”, jednak wciąż uważam, że na płycie są udane momenty. “Aurora” w duchu The Sea and Cake, “Leo” przypomina mi grzeczniejsze Je Suis France, a tytułowe “Closer Than You Know” to idealna ballada dla wrażliwych mężczyzn w grubych swetrach. Szkoda, że chociaż w jednym numerze zespół z Darrenem Spitzerem na czele nie zaszalał, wycinając na gitarach coś nieokrzesanego w duchu Pavementu, a przecież mogli czerpać inspiracje z samego źródła, bo na trasach koncertowych wspomagali kiedyś Stephena Malkmusa. –A.Kasprzycki
No więc zostałeś/aś zaproszony/a na modną, EDMową imprezę. Stroboskopowe światła odpowiednio mocno gryzą w oczy, a uczciwa ilość alkoholu zamienia podłogę w wirujący podest. Niestety rzekoma muzyczna ekstaza, okazuje się być rozczarowująco przewidywalna. Niby jest przebojowo i energetycznie, ale bezbarwność rytmów ulatniających się z głośników momentami przyprawia o mdłości. Brakuje w tym wszystkim jakiegoś pieprzu, który zabiłby irytujący posmak banalności. Szkoda, że wyszło jak wyszło, bo potencjał imponującej listy płac można było wykorzystać w znacznie lepszy sposób. Jesteśmy więc zmuszeni do zadowolenia się kompilacją wałęsających się gdzieś na drugim planie, nieinwazyjnych melodyjek. –Ł.Krajnik
Pamiętacie taki traczek "Turn It Up" Gruma? No ja pamiętam, a Figgy sprawił, że moja pamięć odświeżyła się jeszcze bardziej. Bo "Take It Back" to taka pocztówka z 2010 roku, kiedy to szkocki producent wraz z Bronwyn Griffin z Electric Youth koił serca sierotom po debiucie Madge. W przypadku Figgy'ego za vox odpowiada Angelica Bess ze znanego i cenionego na Porcys Body Language (jbc jest nowa EP-ka od tych gamoni), która wywiązała się z powierzonego zadanka KONCERTOWO. Mamy tu przecież aksamitny wajb, lekko funkującą gitkę, dostojne synthowe pady i błogi refren, który najcudniej frunie w ostatnim obiegu, gdy producent wkleja punkciki ze ścieżki midi. Mówiąc krótko: klawiszowy pop jaki lubię najbardziej. Swoją drogą ciekawe, czy gdyby panowie z Classixx wzięli się za remiks przywoływanego singla Gruma, otrzymalibyśmy właśnie coś w stylu "Take It Back"? Ale to już czysta GDYBOLOGIA, więc daję sobie spokój, bo mi tu ripity stygną. – T.Skowyra
Remiksuje się Todda, remiksuje i Todd. Wyjęty z folkowo-poważkowego albumu Olego Kvernberga, tytułowy numer, zostaje sprawnie przepisany w oparciu o wątki bliskie Norwegowi – Terje we właściwy sobie sposób akcentuje progresywność tkwiącą w oryginale, a że w tej grze jest nie od wczoraj, to wyszła mu solidnie angażująca, lekka przebieżka po samplach i synthach, z filarami w postaci podniosłych smyków i miękkiego basu. Potencjalne dziesięć minut norweskiego dicho przeobraża się w akustyczny, melancholijny joint pisany alfabetem micro-house’u, który rozwija się nie tak doniośle, jak najlepsze długodystansowe numery Todda, ale doskonale ogrywa zastany pakiet aranżacyjny, zachowując delikatność pierwowzoru. Terje precyzyjnie zagrywa wciąż do środka, ale stara się nie porządkować przestrzennych cykadełek na jednej linii, żeby nie utracić tego spokojniutkiego, lekko podniosłego klimatu leśnych nucanek. Wszystko zamyka się w trybie kontrolowanej metamorfozy, bez ekstaz i wyskoków. Idzie to niby po linii natchnionego 4/4, ale skrzypce i wokale rodem z TV On The Radio sytuują kawałek daleko poza jasno określonym nawiasem. Bite kilkadziesiąt odsłuchów za mną, a ja nadal się nie nudzę. –K.Pytel