Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Perry, idąc wzorem porozrzucanych po świecie Poketstopów, chyba przeceniła nieco swoją siłę wyciągania ludzi z domów tylko po to, by posłuchali jej najnowszego singla. Kiedyś Hitler szukał elektro, fani Amerykanki mieli szukać disco (a ściślej: disco kuli). Byłem nastawiony trochę sceptycznie do łączenia wokalu Perry z disco XXI wieku, ale produkcja Maxa Martina wcale nie jest plastikowym niewypałem jak jakieś Random Access Memories. "Chained To The Rhythm" płynie na zgrabnym vaporwave'owym, post-chillwave'owym podkładzie, ma jednak dość schematyczny refren, a udział Skipa Marleya w bridge'u jest zupełnie zbędny (chyba że jego nawijka ma wypełniać etykietkę dancehall'u) i psuje trochę końcówkę. Mimo wszystko, nie ma co narzekać, zwłaszcza, że poprzedni singiel "Rise" zasługiwał na kciuk w dół. –J.Bugdol
Mariah chyba już ogarnęła się po niefortunnej, sylwestrowej wpadce i wraca z nowym kawałkiem. Co prawda nie wysiliła się jakoś specjalnie, bo w "I Don't" nie słychać ani modernistycznych naleciałości modnych obecnie w żeńskim popie (wystarczy spojrzeć na Tinashe, Syd czy nowy singiel Missy Elliott), ani jakiegoś konkretniejszego trapowego kierunku, ale pozostanie przy raczej dość tradycyjnym formacie r&b-ballady nie sprawiło, że coś poszło nie tak. Na miarowym bicie Carey korzysta z możliwości swojego głosu i przy wsparciu YG wykręca solidny numer chwytający od pierwszego odtworzenia. Swoje robią też schowane na drugim planie pokrzykiwania, które w łatwy sposób budują charakter piosenki. Czyli bez większych sensacji amerykańska diva zdobywa mój głos swoją nową propozycją. Miło. –T.Skowyra
Walentynki, więc Crab Invasion zapraszają nas i Was do tańca. I nie jest tak źle, jak może się wydawać przy pierwszym rzucie oka na tytuł – klasyczny przebój z sofomora Whitney Houston w wykonaniu naszych indie-ulubieńców nadal kręci, wciąż buja, z początku uwodząc i relaksując house'ującym podkładem, by po chwili otwarcie wyciągać na parkiet. Trzeba przyznać, że sam proces inkorporacji przebiegł zaskakująco bezboleśnie – euforyczny hymn, przeflitrowany przez wrażliwość autorów "Caps", przeobraził się w zwiewny, idealnie skrojony na święto zakochanych kawałek, który sporo uroku zawdzięcza gościnnemu udziałowi Ali Boratyn. Tak: "So when the night falls / My lonely heart calls " – tańczyłbym, ale ja tańczę przy wszystkim. –P.Wycisło
Przyznam szczerze, że nigdy nie było mi po drodze z koncepcją budowania wartości polskich wydawnictw w oparciu o szereg odwołań i porównań do "zachodnich artystów", no ale w przypadku debiutu Bartosza Zaskórskiego takie transkontynentalne analogie cisną się na klawiaturę same. Mocny hipnagogiczny, akcentowany choćby w samym tytule albumu, wydźwięk całości kieruje mnie na peryferia sztuki uprawianej przez Jefre Cantu-Ledesmę. Z tym, że nie jest to taki pogodny ambient-noise z całą masą organicznych dźwięków i gitarowego przetwórstwa, a raczej jego zupełna odwrotność – obraz millenialsa udźwięczniającego lekturę uwspółcześnionych Dziadów Mickiewicza w wersji "hardware only". Pętle wyrwane z półsennych projekcji gęstnieją wraz z każdym kolejnym indeksem – o przestrzenności "doomed molecular waste" zapominamy ledwie kilka chwil później, słuchając już przysadzistej, dubopodobnej historii Kasi Tusk. Mchy i Porosty wydają się być naturalnym przedłużeniem czarno-białych psychodelicznych rysunków Zaskórskiego-grafika, tym razem oddziałujących jednak na zupełnie inne receptory. I wisi nad tym wszystkim aura tej posępnej ludowości kojarzonej w pewien sposób ze słuchowiskiem I Wtedy Okazało Się, Że Umarłem z pokoi Zamku Ujazdowskiego. W tym roku będzie naprawdę trudno o drugie tak angażujące pętle na naszym rodzimym podwórku. –W.Tyczka
"Everybody wants to belong". Coś się kroi. Izzi Dunn, "singer songwriter cellist ", po trzynastu latach przymierza się do wydania drugiej płyty w swojej dyskografii. A zapowiedź w postaci singla "Belong" sprawia, że będę mocno wyczekiwał na Recycle Love. Jej łączący poważkowe rejony z popową piosenką utwór to wyjątkowa sprawa – mało kto robi dziś podobne rzeczy (najszybsze i najprostsze skojarzenie – Radiohead). Wsłuchajcie się w smyczkowy aranż, który natychmiast przywodzi kapitalny zamysł młodszego z braci Greenwood i zastygnijcie bezruchu, bo co tu więcej można zrobić? Natchniona Dunn śpiewa na tle wiolonczeli pieśń o potrzebie przynależności i wiary, że zostaje tylko milczące słuchanie i nadzieja, że nadchodzący album przyniesie więcej tak znakomitych muzycznych prób. –T.Skowyra
Skakaliście do Chairlift? Porcys co najmniej dwukrotnie. Częścią składową tego amerykańskiego, niedawno rozmontowanego tercetu, była odpowiedzialna za maszyny i spokojne wokale Caroline Polachek. Dziewczyna, która dziś po raz drugi – pod aliasem CEP – próbuje rozgryźć, jak to tak naprawdę jest z tą solową twórczością po karierze w bandzie, tym razem postawiła na lekkie przebranżowienie. Bo o ile działalność artystyczna pod pseudonimem Ramona Lisa orbitowała w znajomych, bardzo bliskich artystce popowych rejonach, o tyle projekt sygnowany inicjałami przesunął się w stronę "sonicznych wrażeń". Drawing The Target Around The Arrow to album sprzeczności. Z jednej strony próbuje być silnym dźwiękowym przeżyciem utrzymanym w duchu post-new-age'owskim, a z drugiej, poprzez swoją oszczędną formę i wewnętrzną niespójność, traci jednostajne, wymuszające element kontemplacji tempo. Do tego stopnia, że nic tutaj nie wskóra nawet koncepcja deep listeningu Pauline Oliveros. Polachek zawiodła na etapie wstępnej selekcji gromadzonego przez cztery lata materiału i wypuściła krążek nierówny, z nieprzyjemnie rozłożonymi wewnątrz niego akcentami. Perełki są tu, a owszem. Niemniej połowa słuchaczy gotowych dać Caroline szansę uśnie zanim doświadczy takiego "Singalong", niestety. –W.Tyczka
Anna Wise – autorka całkiem solidnej, zeszłorocznej EP-ki The Feminine: Act 1, użyczająca też swojego wokalu na płytach Kendricka, najwyraźniej postanowiła poszukać nowych form wyrazu. Tym razem porzuca krzykliwe, feministyczne hasła, opuszcza transparenty trzymane na sztorc nawet w towarzystwie ballad i udaje się na plażę, gdzie w towarzystwie dżezawego, przestrzennego popu, w spokoju może oddać się sielankowym wizjom kobiecej solidarności. Dotychczas waleczne r&b teraz nabiera ogłady, spokojny soulujący wokal kreśli całkiem chwytliwe melodie podparte ambientowym synthem i saksofonem. Choć może przydałoby się tu trochę więcej wyrazistości, to w ogólnym rozrachunku "Coconuts" prezentuje się dosyć niebanalnie i zasługuje raczej na pochwałę. –J.Bugdol
"No i widzisz, to jest cały problem z tym zespołem. Bo zaczęli nawet tak nie najgorzej, ale nie wytrzymali". Chłopaki z Depeche Mode pytają się, gdzie ta rewolucja. Nie chcę być niemiły, ale odwrócę lekko sytuację i teraz to ja się pytam, gdzie ta rewolucja Dave? Chyba tylko najwierniejsi fani wierzą jeszcze, że ten zespół stać na cokolwiek. Bo gdy w "Where's The Revolution" "przychodzi rodzaj refrenu" z rodzajem patetycznego tonu, to niestety jest to strzał kulą w płot − miało być poważnie i srogo, a zamiast tego dostajemy coś na granicy parodii. No ale gdy pod refrenem "ten ich taki, melodyjka wchodzi" i "komputerek", to jednak coś udaje się uratować, potem jest jeszcze wycofany mostek około trzeciej minuty, więc ostatecznie jestem w stanie zaakceptować te "wybryki antenowe" i przechylić kciuk w bok. No i zdrówka życzę. −T.Skowyra
Od kiedy plemienne, afrykańsko-tamilskie bity zostały zaprzęgnięte w służbę anty-popowego noise'u, a później egzotycznego popu, ale pozbawionego jakiejkolwiek siły rażenia, multi-kulti M.I.A. przestało być tak świeże. "P.O.W.A" to znów odgrzewany kotlet, choć z drugiej strony, ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Jak w "Borders", Maya prezentuje bowiem wypracowaną przez siebie muzykę środka. Jej "new lifeforms" stały się skamielinami – można posłuchać, powspominać i to nawet z przyjemnością, ale lepiej wrócić do teraźniejszości. Szkoda, że gdzieś po drodze wyparowała spontaniczność, a nawijka, która kiedyś bombardowała hookami z dżungli, nie potrafi wyjść poza szkolne "spotkanie kultur". –J.Bugdol
Nothing Feels Natural to po trochu odpowiednik zeszłorocznego Deluxe zespołu Omni: odprysk sukcesu Ought i Preoccupations, płyta ewidentnie hołdująca oczywistym wzorcom z przeszłości, ale gnieżdżąca w sobie coś więcej niż tylko szlugi palone na poddaszu i wielogodzinne katowanie "Disorder". W amatorskim zimnie sprośnych (to komplement), post-punkowych trików, Priests upchali dość solidną dawkę melodyki, szczególnie gdy weźmie się jako odniesienie dotychczasowe, krótkodystansowe nagrywki zespołu. Co prawda nie przesadzałbym z tym Best New Music, ale też z ręką na sercu nie odmówiłbym uroku takim kawałkom jak świdrujące "Jj", choleryczne "Nicki" czy najsubtelniejszemu w zestawie utworowi tytułowemu. No big deal, ale wchodzi przyjemnie. –W.Chełmecki