Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Na Ruins Liz Harris odłożyła akustyka w ciemny kąt, usiadła przy pianinie i wyobraziła sobie, że jest Erikiem Satie. Tak przynajmniej twierdzi zachodnia krytyka i ja się z tym zgadzam, o ile odpowiednio grubą kreską podkreślimy słowo "wyobraziła", bo skrajnie introwertyczna propozycja Grouper owszem, ma w sobie coś z nokturnowej, satie’owskiej melancholii, ale – cytując Borysa z jego ćwiartki o Syro – "kunszt jego motywików to inny kosmos". Początkowo miałem w ogóle nie słuchać tej płyty, w myśl tego, co pisałem w przewodniku po tegorocznym Unsoundzie, ale złamałem się pod wpływem wszechobecnego hype’u – jak się okazało, jednego z najbardziej nieuzasadnionych w przeciągu kilku ostatnich miesięcy. Nie chcę przez to powiedzieć, że to jakiś zły krążek. Chcę przez to powiedzieć, że Harris lepiej wychodzą gitarowe drone’y niż nie-gitarowe nie-drone’y i zeszłoroczne The Man Who Died in His Boat cenię sobie znacznie wyżej. Szanuję wyciszenie, pewną harmonię tego nagrania, szanuję również dość ciekawą narrację w "Lighthouse", ale na dłuższą metę laska trochę przymula i z szacunku do swojego czasu raczej nie skuszę się na kolejne odsłuchy. -W.Chełmecki
Brawa dla Krakusów za to electro o gładkim brzmieniu. Na delikatnych klubowych pulsach i minimalistycznie powtarzanych tematach snute są nocne dumania w duchu lirycznego Junior Boys albo the Knife. Zespołowi zdarza się też spojrzeć w kierunku klimatów electro- popowych ("Bones"), ale w moim odczuciu powinni raczej kierować wzrok w mrok, bo im ciemniej, tym efektowniej im to wychodzi (szczególne wyrazy uznania za wersję radiową "In A Swoon", chociaż ambientowy pejzaż "Ecce Puer" też nie jest zły). –M.Zagroba
Nigdy jakoś nie miałem nic do gościa i nadal nie mam, mimo że jako MC jest raczej słaby niż przeciętny i ta jego słabość (a także słabość Czizza) zdecydowała o tym, że ciekawy skądinąd muzycznie Thinkadelic nigdy nie porwał ani tłumów, ani nawet nie był brany pod uwagę w żadnych historycznych zestawieniach hip-hopowych, mimo że nominalnie jako jedni z pierwszych i nielicznych ogarniali jazz-rap i pokrewne. I niedawno koleś powrócił, złapał Donatana za pięty, dostał budżet na wypasione teledyski z celebrytkami i "idzie po swoje" (hajsiwo) melodyjnym rapem ze śpiewanymi wstawkami, kierowanym do "szerokiego słuchacza" (czyli mieszczańskiego grubasa). O ile singiel "Piję Życie Do Dna" był całkiem chwytliwy, o tyle w "Cyklu" za dużo kiczu i uduchowienia w podkładzie się wkrada przy mega-nudnej nawijce a la Ostry na zwolnionych obrotach. –M.Zagroba
Chłopaczyna trochę zmiękł i znormalniał. Jego mixtape &&&&& był na tyle popieprzony i frapujący, że Kanye zaprosił go na ostatnią wieczerzę, a i FKA też mu sporo zawdzięcza. Nie dziwota, że mocno czekałem na longplej typa, zwłaszcza po tym, jak dziesięć miechów temu usłyszałem ten fragmencik (który swoją drogą koresponduje za sprawą motywu z "Failed"). Ale jak przyszedł czas na pełnoprawny album, to wenezuelski wizjoner Alejandro Ghersi zagrał nad wyraz zachowawczo. Nie wiem, czy dostał jakieś wskazówki od Mute, czy to jego własny wybór. Tak czy inaczej, na próżno szukać na Xen momentów iście porażających lub pokazujących coś zupełnie nowego. Arcę ratuje to, że jednak wytworzył swój unikalny styl, będący mieszanką poronionej, narkotycznej elektroniki w duchu Autechre, smyczków i hip-hopowej konwencji, stąd też takie wałki jak tytułowy, "Sad Bitch", "Slit Thru", "Lonely Thugg" czy "Fish", to rzeczy robiące wrażenie. Jednak mimo wszystko oczekiwałem czegoś więcej i dużo bardziej wolę poprzedni, odważniejszy mixtape. Ale nie skreślam Ghersiego, bo w przyszłości powinien rządzić. No i ciekaw jestem, co wykombinuje z Björk. Na pewno warto czekać. -T.Skowyra
Być może kojarzycie nieistniejący już band Women, pochodzący z miasta, w którym odbyły się zimowe igrzyska olimpijskie a.d. 1988. Jeśli nie, to była to załoga sprytnie kombinująca z rytmem, przy pomocy m.in. gęsto tkanych, gitarowych gobelinów. Rodzaj kreatywnego indie plumkania, w którym Luis "całe życie na kontrze" Suarez niespecjalnie by się odnalazł, bo jak tu grać na jeden dotyk, gdy kostka ciągle odskakuje ci na metr od instrumentu. Ale na drugim i ostatnim albumie kanadyjskich Kobiet (kapeli z mniejszymi osiągnięciami od naszych Kobiet, choć chyba równiejszej) wkradały się też inspiracje post-punkowe i ten trop kontynuuje doskonale nazwany projekt Viet Cong, założony w tym samym mieście przez basisto-wokalistę i bębniarza Women wespół z dwoma nowymi wieślarzami. A co są to za wieślarze… Chętnie wyciskają maksimum treści z matematycznych obiegów, ale na luzaku, niedbale, z rezerwą ("Throw It Away", "Unconscious Melody"). Reszta podtrzymuje tendencje dekonstruktywistyczne, żonglując nieraz "ilością taktów w taktach". Inne oblicze tego minialbumu to zamglony psych-pop z przełomu 60s/70s, nad którym jednak unosi się jakaś chwiejna aura współczesności ("Oxygen Feed", "Static Wall", pierwsza część "Structureless Design"); najbliższe skojarzenie to w tym przypadku Deerhunter z Rainwater Cassette Exchange czy konkretniejszych fragmentów Halcyon Digest. Utwory są deczko wielowątkowe, ale nie wyglądają na specjalnie przejęte tym faktem. Finał to miarowa, żałobna pieśń a la Walkmen, wtem przeradzająca się w pełne sprzężeń wyładowanie. Widzę tu parę potknięć, ale Viet Cong ponoć krygują się, że ta kasetowa EP-ka z 2013, wznowiona na winylu w 2014, to zaledwie zbiór odrzutów z sesji do longplaya, który ukaże się w 2015. Więc wpisałem se na przyszłoroczną listy życzeń. –B.Dejnarowicz
W press kicie czytamy, że piosenka "jest manifestem dotyczącym niestety aktualnej sytuacji w kraju, są to tylko słowa – ale od słów zaczynają się zmiany". A brzmi rzeczywiście jak protest-r’n’b, wkurwiona ballada w stylu Destiny’s Child, czyli zabawnie i papierowo. Cleo coś śpiewa o tym, że "nie chce zamku z kart, kaaart, chce normalny dom" (takie nawiązanie popkulturowe jak sądzę) i że "wasze zamki z kart ciągle niszczy wiatr". Jakoś nie przewiduję, żeby od tej pieśni miała się zacząć rewolucja. GDZIE CYCKI? –M.Zagroba
Skończyłem wczoraj oglądać Leftovers, miałem odczucia ambiwalentne. W soundtracku tego arcypompatycznego serialu pojawia się "Retrograde", obok, dajmy na to, "Nothing Else Matters" w wersji chyba bardziej łzawej i rozbuchanej niż ta z S&M, syf, Amerykanie na to pozwalają? Bardzo lubiłem ostatni album Blake'a, ale ryzyko osunięcia się w rejony męczenia buły godne jakiegoś Toma Krella mogło zniesmaczać tych, którzy nie za radioheadyzację cenili dokonania sprzed długogrającego debiutu. A tu znienacka fajnie, Kajnie, trzy zajebiste kawałki i bonusik, w sam raz, co ja gadam w ogóle że "200 Press" słabe. Dobrze by było jakby Kanye szedł w tym kierunku, to są dziwne, acz paradoksalnie kameralne struktury, a nie białasowsko-stadionowy Yeezus, wyczuwam potencjał na przemyconą dziwność (gdyby jeszcze West nie był takim imbecylem), to zresztą by było o tyle łatwe, że mainstreamowy hip-hop od lat idzie w kierunku rytmicznej dziwności i często kuriozalnego melodycznego minimalu. Takie ponure w gruncie rzeczy rzeczy bym aprobował w świecie, w którym Diddy spuszcza wpierdol Drejku za "kradzież" bitu do "0 to 100", na którym przecież nie mógłby zrobić nic ciekawego, chyba że zaprosić Jimmiego Page'a... -Ł.Łachecki
Królowie lata powracają zimą? Do tego follow–upując sztos sprzed lat? To nie mogło się nie udać. Żadnej rewolty względem fanów na szczęście nie planują, ciągle ta sama flegma i laidbackowo przewijane przez Piotrka linijki na firmowych już podkładach patr00. Porównując z Podziemnym Disco, tylko jedna subtelna zmiana – tym razem to ona ma spocone dłonie, a on dzierży srebrny pistolet. No wiecie, parytety… –W.Tyczka
Nie dajcie się zwieść tytułowi: nowa twarz Media Expert może wygryźć Dodę z posady, ale żadnych nowych horyzontów wciąż nie odkrywa. Jej najnowszy singiel jest tak samo upośledzony jak większość poprzednich dokonań. Mógłbym się rozwodzić nad czerstwotą tego szlagwortu, ale mam lepsze rzeczy do roboty niż pastwienie się nad siódmą wodą po kisielu z Paramore. Ubogi pop dla ubogich emocjonalnie odbiorców, zdecydowanie nie polecam. –K.Bartosiak
Na skupionym, metalicznie połyskującym Classical Curves, Jam City tworzył nowoczesne soundscape’y, operując paletą retro-inspiracji, od Prince’a po detroit techno. W chillwave’owym niemal "Crisis" (podobnie z resztą jak we wrzuconym jakiś miesiąc temu "Unhappy") Latham wpuszcza do swoich zamglonych, wysterylizowanych struktur nieco cascine’owskiego światła, choć pierwsze, oziębłe smagnięcia bitu wcale tego nie zapowiadają. Wraz z napływem kolejnych partii syntezatorów i gitar robi się jednak coraz cieplej i gęściej, a wszystko to prowadzi do wspaniałej, niekończącej się kody, będącej jednym z najlepszych tegorocznych wytworów hauntologii. Czekam na longplaya. –W.Chełmecki