Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Okazuje się, że niewiele trzeba, by Grimes wróciła do kręgu moich zainteresowań. "REALiTi" to zaginione demo z 2013 roku w wersji jeszcze przed miksem i masterem. I choć jakość dźwięku pozostawia nieco do życzenia, to paradoksalnie jest to na swój sposób fajne i sympatycznie nawiązuje do pięknych czasów sypialnianych wałków Nite Jewel i reszty. 80sowe inspiracje dość jednoznacznie kojarzą się tym, co wówczas dogorywało w obrębie chillwave'u, ale czy to zarzut? W żadnym wypadku, to były dobre czasy! Przed zbliżającym się longplayem Boucher możemy sobie życzyć tylko więcej tego typu eksperymentów. –K.Bartosiak
Wracanie po takim Lonerism nie należy pewnie do najłatwiejszych. Jeśli w ostatnich latach jakiś gitarowy album otoczył się aureolą chwały, hype’u (tym bardziej zasłużonego) i nadziei, to właśnie ten. Zastanawia mnie zatem, i trudno chyba mieć pretensje o tą delikatną podejrzliwość, ile tu trzeźwomyślenia i kalkulacji, a ile zwykłej potrzeby serca i trzewiomyślenia, bo dyskoteki panowie jeszcze nie grali i raczej nikt sam by tego nie wymyślił, że bosostopy Parker zechce bawić się brokatem. Skąd więc, jak i po co? Przekąs to i fraszka, czy wszystko na poważnie? O ile pierwszy odsłuch zbił mnie z tropu jak niegdyś ”Pyramids” Oceana, tak teraz kciuk mój waha się gdzieś w okolicach solidnej godziny dziesiątej trzydzieści, czuć tu bowiem jakiś większy zamysł i choć przejechany polerką, koniec końców nie różni się on specjalnie od strzelistości, dajmy na to, ”Apocalypse Dream”. Przede wszystkim jednak z radością obserwuję lekką nieśmiałość wobec nowych środków, kiedyś ledwie produkcyjnych ornamentów, teraz głównych składowych. Ktoś tu wyraźnie sprawdza, czy mu wolno, i wygląda na to, że chyba tak. Niech się dzieje. –L.Bielińska
Czy w 2015 roku wypada jeszcze trzaskać silnie laserowe soundtracki do dokumentalnych filmów o nieletnich dzieciakach ładujących wódkę w obskurnych, śródmiejskich bramach? Pewnie już nie przystoi, ale jeden z francuskich retro-rewitalizatorów, w prostej linii odwołujący się w swojej twórczości do kinematograficznej spuścizny Johna Carpentera, zdaje się być zgoła odmiennego zdania. Carpenter Brut, bo o nim mowa, w styczniu wrzucił do sieci kompilację Trilogy, na którą składają się jego trzy dotychczas wydane EP-ki. A cóż to za nagrania wypełniają te krótkograjki… Wiksiarskie, zakochane w ejtisach numery charakteryzujące się tym, że w kluczowych momentach poniżej 120 uderzeń na minutę schodzić im nie wypada. Na wokalach gościnnie vocoder, support stanowią głębokie, analogowe linie basowe, a gwoździem programu perfekcyjnie prowadzona, wysoka, syntezatorowa narracja. Szczerze, electro rytmy bez buractwa i z dansingiem. –W.Tyczka
Drugi singiel promujący nadchodzącą płytę Dear Tommy to nic innego, jak to samo urokliwie lśniące synthpopowe Chromatics. Kolega Wencel zauważył przy okazji recenzji Kill For Love, że wydawnictwo to było "najbardziej oczywistą stylistycznie kontynuacją muzyczną" względem nocnej jazdy z 2007 roku. Wszystko dookoła, a przynajmniej na pewno ta piosenka, dowodzi, że najprawdopodobniej kilka tygodni po premierze najnowszego krążka formacji z Portland znów będziemy mogli użyć w tekście omawiającym materiał tego samego, jakże trafnego spostrzeżenia, bo raz jeszcze wisi nad nami wczesny, mglisty wiosenny poranek, a Anthony Gonzalez niezmiennie przekonuje, iż soboty to tak naprawdę młodość. –W.Tyczka
Ariel i Soko jak Jane i Serge, tyle że z komiksu, którego kasowej ekranizacji nikt by się nie spodziewał. Ona w poważnej pozie, z nisko osadzoną barwą głosu i zdystansowanym niedowierzaniem wypisanym na twarzy. On już zawsze będzie chłopcem z wybujałą fantazją. Jej zwrotka, jego refren, jej "shadow of the doubt", jego spontaniczna beztroskość. Spotkanie w romantycznej scenerii, której konwencjonalne ramy każde z osobna rozsadza swoją nieprzystawalnością. Współczesny lovesong spoza walentynkowych składanek, a jakże słodkawy, jaki uroczy, szczególnie wówczas, gdy pamiętamy, że to taka gra, że się nie dzieje na serio, ani naprawdę. –P.Gołąb
Nie wiem czy Westkust zwiastuje skandynawską ofensywę na mgławe salony shoegaze’u, wiem za to, że "Swirl" to pozycja obowiązkowa dla wszystkich sympatyków gatunku. Szwedzi zgotowali tu zaprawiony tauryną, bulgoczący od kłusujących melodii i spazmujących motywów wywar z MBV, "Teen Age Riot" i najżwawszych fragmentów debiutu Alvvays. Ten kipiący charyzmą, pędzący kawałek jest jak ulotny powiew wolności, jak dźwiękowy zamiennik lotu kradzionym odrzutowcem w losowym kierunku. Niedługo longplay, po cichu liczę więc na jakiś shoegaze roku. –W.Chełmecki
Proces rozmieniania się na drobne jest w przypadku Gang Of Four ściśle powiązany z postępującym wykruszaniem się pierwotnego składu zespołu. What Happens Next zdaje się wpisywać w ten trend, bardzo wymownie dotykając dna i jednocześnie – po zwinięciu manatek przez Jona Kinga – będąc właściwie solową nagrywką Andy’ego Gilla. Wyobraźcie sobie wszystko, za co uwielbiacie Gang Of Four: bezlitośnie regulującą zasady gry sekcję Allem-Burnham, wściekle rozgoryczone szczekanie Kinga, maszynowo siekająca riff za riffem gitara Gilla, niepowtarzalne brzmienie i klimat, oszałamiające nowatorstwo. Na "ich" nowej płycie nic z tego nie ma. Są za to teutońskiej urody echa najbardziej obleśnych trendów najntisowego industrialu, tandetna produkcja i ciosane tępym tasakiem kompozycje, przy których trzeba się solidnie napocić, by znaleźć choćby zalążek czegoś ciekawego. Wraz z What Happens Next Gang Of Four definitywnie rozpada się jak domek z kart, a z tegorocznych powrotów legend post-punku znacznie lepiej wypada Pop Group. Panie Gill, niech pan tu kończy to spotkanie! –W.Chełmecki
"DEMOCRACY CONVERSATIONS ! TAMILS ARE STILL WAITING ! AND NO MY BEATS ARE NOT BETTER WITHOUT MY POLITICX", krzyczy M.I.A. w opisie swojego pierwszego od dwóch lat kawałka. Mnie osobiście jej polityczna krucjata ani ziębi, ani grzeje, ale z takim postawieniem sprawy pełna zgoda - jeśli usuniemy ideologiczną nadbudowę, ten bit nie będzie nawet odrobinę lepszy. Trzeba by go nagrać od nowa. –K.Michalak
Sernik z chili
Składniki:
120g sera ricotta
120g kremowego sera kanapkowego
50g kremowego sera z koziego mleka
1 jajko
1 łyżka cukru
1 słodka, czerwona papryka
1-2 papryczki chili
50g dżemu morelowego
sól i pieprz
Przygotowanie:
Nagrzewamy piekarnik do 180C, a w tym czasie wykładamy tortownicę folią aluminiową i opalamy słodką paprykę, aby łatwiej się ją obierało. Miksujemy wszystkie sery z jajkiem, solą i pieprzem, a następnie dodajemy pokrojoną w cieńkie plasterki słodką paprykę i poszatkowaną papryczkę chili i mieszamy ręcznie. Tak przygotowaną masę przekładamy do tortownicy, którą umieszczamy w większej formie wypełnionej wrzącą wodą, tak by sięgała to 3/4 wysokości tortownicy i wstawiamy wszystko do piekarnika na 60 minut. Po godzinie uchylamy dzrzwiczki piekarnika i zostawiamy sernik do całkowitego wystygnięcia, a następnie dekorujemy dżemem morelowym. Miłych snów! –K.Michalak
Polski producent nie zwalnia tempa. Oczywiście, w kontekście wypuszczania nowych rzeczy, ale po kolei. Po znakomitym zeszłorocznym longplayu (który zajął w naszym podsumowaniu najlepszych płyt roku dziewiąte miejsce) i równie udanym sofomorze, Bartosz Kruczyński znowu daje pokaz swojego talentu i zdolności. Jego najnowsza propozycja to przepiękna, monumentalna dualna kompozycja, która, jak mówi tytuł, została poświęcona Europie. Mimo to wyłaniający się początkowy motyw natychmiast każe szukać odniesień w tradycji muzyki minimalistycznej, zwłaszcza w Reichu, którego echa brzmiały już przecież w nagraniu "Łazienki Park". Cały wątek muzyczny, ubrany w połyskującą warstwę produkcyjną (mam jakieś skojarzenia z Tangerine Dream), wypełnia połowę kompozycji, bo w drugiej części cały tok wnika w marzycielską, ambientalną aurę w duchu (nie w stylu, ale W DUCHU) bvdub, wybornie uzupełniając całość. A wszystko to oznacza, że Phantom potwierdza swój kunszt i klasę, nie pozostawiając złudzeń, kto obecnie rządzi w polskiej (a tak właściwie nie tylko polskiej) muzyce.–T.Skowyra