Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Przy okazji "Gone" Tomek namawiał do śledzenia Snakehips i najpilniejsi adepci porcysowego stylu życia pewnie już wiedzą, że było warto. Dość powiedzieć, że wspomniany singiel mógłby być miejsko zorientowaną odpowiedzią na Jessy Lanzę, a "Overtime" brzmi jak znacznie bardziej mechaniczna i brutalna, zaśpiewana ze ściśniętym gardłem wersja "Giving It All" Bondax. Pozostałe kawałki wcale nie odstają i w efekcie synth-funkujące r&b Forever (Pt.II) to świetnie wykorzystane 15 minut i istna pigułka na stres. Lubicie Chloe Martini, Tony Betties, The Internet i Lone? Polubicie również tę EP-kę. –W.Chełmecki
Niestety, ale czas, w którym singiel "Me And Giuliani Down By The School Yard" rządził (znaczy cały czas rządzi, tylko sęk w tym, że świat idzie do przodu) już dawno się skończył. Ale jak widać Wykrzykniki chyba wciąż się w tym nie połapały, bo dalej sunął nie tylko dance-punkowe płyty, w końcu Thr!!!er wydali w 2013 roku, ale i kolejne single. "All U Writers", to w sumie taki doczepek do tego ostatniego longplaya, który był kompletnie wtórny i nie wnosił tak bardzo NIC do CZEGOKOLWIEK (chociaż miał kilka niezłych momentów), że aż strach. Także nie wiem − jeśli kogoś jeszcze jara wyeksploatowany schemat: podcięte wokale, funkujące gitary i sprężyste basy wplecione w taneczny puls, to okej, niech słucha nowego singla !!!. A jeśli kogoś nie jara, to nawet jeszcze lepiej. −T.Skowyra
Po co Jamie xx nagrywa solo, skoro ten singiel brzmi jak The xx z samplami mash-upu Everything But The Girl (gitka na 2:38), i tym samplem, który pojawił się w "Marijuanie" Kitty (zaśpiew na 1:01)?. To wie tylko on sam, bo zamiast być producentem na miarę Jamesa Blake'a (produkcja "Loud Places" wskazuje, że mógłby), gość bierze do kawałka wokalistkę z The xx właśnie i układa to samo, co ułożyłby i w zespole (może nawet zmiany akordów ściągnięte z jakiegoś starszego utworu − nie zdziwiłbym się). A że te ich piosenki są raczej nudnawe i "klimatyczne", to ciężko, żeby jakoś specjalnie powalały, choć jakiejś wielkiej porażki też nie ma. −T.Skowyra
Jakiś tydzień temu mój kumpel podesłał mi ten kawałek z dopiskiem, że nie rozumie tego kolesia (Douga Martscha), który ma 46 (!) lat, posiwiałą (!) brodę i brzmi tak samo jak kiedyś. I na dobrą sprawę wyczerpał temat, bo co ciekawego można powiedzieć o Built To Spill w 2015? Wiadomo - "Doug nie daje gówna, to chyba oczywiste" (parafrazując słowa pewnego rapera ) i piosenka jest jak najbardziej w porządku. Trochę nudzi, trochę rozczula przypominając o wzruszeniach, które miały miejsce przy There's Nothing Wrong With Love ale w gruncie rzeczy, teraz nie ma to dla mnie większego znaczenia i jest mi z tego powodu trochę przykro. Trochę. –A.Barszczak
Słuchanie Jlin nie należy do najprostszych czynności. Reprezentantka Planet Mu swoim debiutanckim albumem rzuciła wyzwanie wszystkim miłośnikom footworków. W niecałych 40 minutach i 11 kawałkach wywróciła formułę tego gatunku, biorąc z niego skomplikowane i gęste struktury rytmiczne, a usuwając całe ciepło, przebojowość i lekkość, przez co porównywanie jej do Rashada jest mocno nie na miejscu. Wszystkie utwory oparte są na podobnej formule: wściekle atakują słuchacza kaskadą dźwięków, nie rekompensując tej przemocy melodią. Narlei całe szczęście nie udaje, że to motywy mają grać pierwszoplanową rolę w jej muzyce i w zamian oferuje całe spektrum kłujących, industrialnych repetycji. Album rzeczywiście brzmi futurystycznie i świeżo, czego oznaką może być to, że nie potrafię nazwać atmosfery, jaka tutaj panuje, przy jednoczesnym wyraźnym odczuciu, że jednak jakaś ściśle określona unosi się nad nagraniem. Choć to płyta bardzo frapująca i ciekawa, jest niestety bardzo męcząca i na pewno dobrze zrobiłoby jej większe zróżnicowanie intensywności i dynamiki poszczególnych indeksów. Niemniej jednak – dobre gówno. –A.Barszczak
Spoko są takie dziewczyny. Shura, czyli Aleksandra Denton, od miesięcy jest aktywna w moim ajpodzie poprzez satynowe r&b o tytule ”Touch”. Dzisiaj wskakuje do niego podobny w klimacie “2shy”. Może nie jest to zniuansowane i seksowne jak inc., może bardziej wyczuwalny jest tu pierwiastek pierwszych podrygów Jessie Ware, ale jest to komfortowe, niewyniosłe, bliskie mi granie. No i ta Brytyjka o rosyjskich korzeniach ma w sobie dresiarstwo, które wyraźnie kontruje wizerunek diwy, charakterystyczny dla Ware. Liczę na wartą odnotowania EP-kę, choć coś mi mówi, że na dłuższym dystansie zabraknie iskry bożej. –M.Hantke
Andrew Hung postanowił nie być gorszym od Blanck Massa, swojego kompana z Fuck Buttons, i zdecydował się wydać pierwszy sygnowany własnym imieniem i nazwiskiem materiał. Abstrakcyjna debiutancka EP-ka Rave Cave popełniona jest niemal w całości na przenośnej konsoli do gier Nintendo Game Boy i doskonale koresponduje z niedawno publikowaną przez nas bitową propozycją na poniedziałkowy wieczór. To mezalians rozczłonkowanej brytyjskiej elektroniki z nostalgią prymitywnego chiptune’u w nieco bardziej pesymistycznym, mniej cukierkowym (aczkolwiek wciąż silnie dyskotekowym) wydaniu niż absolutny faworyt początku tego roku w pokrewnych dźwiękowych kombinacjach – Leno Lovecraft. –W.Tyczka
Jeżeli Nils Frahm nie gra akurat szczotką do toalet na strunach pianina, to prawdopodobnie forsuje właśnie wzniosłe idee jak wczorajszy dziewiczy Piano Day. Celebrowaniu nowopowstałego autorskiego święta towarzyszyła niespodziewana premiera darmowego albumu artysty – ośmiu impresji składających się na długogrające Solo. I choć nie jest to krążek wybitny, a raczej miejscami bliżej mu do beznamiętnych urywków kompozycji Frahma z czasów złamanego kciuka (Screws) niż przepychu i gracji choćby Wintermusik (nie wliczając frapującego post-minimalismu w najbardziej wyrazistym "Wall" i rozbudowanego "Four Hands"), to wspomnieć o jego istnieniu warto. Bo zadeklarowany fan znajdzie tu kilka kojących sekwencji, a każdy zorientowany sceptyk wpisze w kajet, że za tym wszystkim kryje się jeszcze coś większego – chęć zebrania funduszy na zrealizowanie projektu instrumentu Klavins M450, na którego pobratymcu Solo zostało zrealizowane oraz Piano Day Berlin Festival w 2017 roku mający być ukoronowaniem całego przedsięwzięcia. –W.Tyczka
No i całkiem fajny singiel jej wyszedł. Nigdy nie oczekiwałem od Rihanny niczego wielkiego, może dlatego całkiem podoba mi się zapowiedź nowego krążka, którego producentem wykonawczym ma niby być Kanye. Zobaczymy, co ten buc zdziała z Riri, ale na razie "Bitch Better Have My Money" brzmi jak drink powstały ze zmieszania The Pinkprint i Bangerz, tylko nieco rozcieńczony. Ale ja lubię i album Miley, i album Nicki, więc może nie delektuję się tym trackiem, ale wchodzi mi nawet nieźle (końcówka też). Zalecam pić do dna, zwłaszcza jeśli płacił ktoś inny. –T.Skowyra
Nie ma co ukrywać, że o Nicole Pfeifer stojącej za projektem Devata Daun moglibyśmy nigdy nie usłyszeć, gdyby nie zaopiekował się nią niedawno Ryan Olcott, którego uważa za swoją muzyczną inspirację. Lider 12 Rods ma wyprodukować całą jej płytę i, wnioskując po pierwszym singlu, wykorzystywana przez niego paleta brzmień będzie nawiązywać do jego ostatnich projektów elektronicznych. W nagraniach Nicole łatwo zidentyfikować jednak idiosynkratyczny pierwiastek świadczący o obecności własnego głosu artystycznego, którego zalążków można się dopatrywać już na intrygującej EP-ce sprzed 4 lat wydanej pod szyldem Nicole and the Avalanche. Nad każdą z jej kompozycji unosi się fantasmagoryczna aura uwypuklona dodatkowo na "I’ve Been Here Before" przez silnie przetworzoną produkcję. Nie przyćmiewa ona bynajmniej umiejętności songwriterskich Pfeifer, które najnowsza piosenka ujawnia przede wszystkim zaskakującym skokiem melodycznym na wysokości wersu "So bright they're lit with expectations". Jeśli na longplayu uda się utrzymać tę oniryczną atmosferę, to powinniśmy otrzymać idealny soundtrack do mistycznych i przepełnionych nostalgią wizji. –P.Ejsmont