-
J - Krótka Piłka
-
Nicolas Jaar Sirens
(29 października 2016)Sofomora Nicolasa Jaara gubi zbyt ryzykowny eklektyzm. Już na debiutanckim Space Is Only Noise Amerykanin uciekał gatunkowym szufladkom, z tym że wtedy inspiracjami żonglował z wyczuciem, dodatkowo naznaczając materiał własnym muzycznym pierwiastkiem. Na Sirens pomiędzy dwoma ambientopodobnymi trackami upchnięty został "The Governor" – jam z jazzującym klawiszem i junglującą perkusją, w "No" reggaetonowy synth Jaar przerywa w połowie harfą przybrudzoną jego przeszkadzajkami, a całość kończy psychodeliczną wycieczką w lata 60. Jak widać, już na papierze wygląda to ciężkostrawnie, a w praktyce odnosi się wrażenie, że każdemu z tych pomysłów czegoś brakuje. Nie da się być dobrym we wszystkim, a jeśli się próbuje to wychodzi na ogół mniej więcej tak jak na drugim LP muzyka. Oczywiście taka rozpiętość gatunkowa dla wielu może wydawać się atutem i część recenzentów dała się nabrać, ale nie z nami te numery. –S.Kuczok
-
Jagwar Ma Every Now & Then
(21 października 2016)Przy okazji sofomora Australijczyków wróciłem sobie do Howlin i tak sobie myślę, że jedyne, czego tej zajebistej płytce zabrakło do stałego miejsca w rocznych podsumowaniach to – cóż – gorszego roku w muzyce. Every Now & Then cierpi z kolei na brak dobrego materiału, a ściślej – jest go stanowczo za mało jak na 50 minut. Jagwar Ma nadal bawią się taneczną, manchesterską motoryką, tym razem miejscami wspieraną przez perkusistkę Warpaint i w większym niż na Howlin stopniu przejrzystą pod kątem produkcyjnym, ale przy tym znacznie nudniejszą pod względem motywicznym. Highlighty można liczyć na palcach jednej ręki: house’owo zorientowany, szargający gdzieś głęboko nerw Junior Boys circa It’s All True "Colours Of Paradise", ewokujący szkołę Dust Brothers "Ordinary" czy lepki początek "Give Me A Reason", który gdzieś w połowie niestety zaczyna zmierzać donikąd. A co można napisać o pozostałych 8 indeksach? No właśnie, na tym polega problem, że nic. –W.Chełmecki
-
Joyce Manor Cody
(14 października 2016)Joyce Manor to zespół, który należało zauważyć już dwa lata temu, wraz z zajebistym "Christmas Card", wraz ze świetnym Never Hungover Again. Przy okazji wydania Cody o kalifornijczykach zrobiło się głośniej, i choć dla mnie płyta ta porównań do poprzedniczki niestety nie wytrzymuje, to i tak wypada całkiem nieźle. To weezerowe w duchu granie brzmi jak swoisty punkowy pastisz, z lekko midwestowymi odchyłkami i stadionowymi, pop-punkowymi refrenami (singlowe "Fake I.D"). Cody wydaje się zbiorem dość sztampowym, ale na tyle konkretnym, że – o ile typy odwalą się od Kanye Westa – dalej będę ich obserwował. Czy coś jeszcze? Jeszcze zaryzykuję, że fani Wrens w refrenie najfajniejszego w zestawie "Make Me Dumb" mogą znaleźć coś dla siebie. –W.Chełmecki
-
Paul Jebanasam Continuum
(13 października 2016)Styczniowy casus Portera "dynamizującego" swoją kategorię był pozycją na tyle zajmującą, iż nie bez wstydu przyznaję się, że Third Law absolutnie wyparło w mojej świadomości fakt wydawniczego powrotu zza światów innego zawodnika ze stajni Subtext – Paula Jebanasama. A skrępowanie spowodowane wyżej opisaną sytuacją jest tym większe, im częściej uświadamiam sobie o ile "do przodu" w kontekście muzycznego porządkowania orbitalnego świata poszedł Jabba w stosunku do swojego pobratymca.
Autor Continuum z jednej strony zrezygnował z krótkich sekwencji post-industrialnego, agresywnego efekciarstwa na rzecz figur rozwleklejszych, pasażowych – abstrakcyjnie "rozlanych", a z drugiej postanowił nadawać na częstotliwościach bliskich IDM-owym eksperymentom rytmicznym. Pomimo doboru narzędzi w gronie producenckim powszechnych, Jebanasam uzyskał efekt dużo większej przejrzystości, uporządkowania i spójności nagrania, za który w moim odczuciu odpowiada zupełnie pozamuzyczny factor – najzwyklejsze wyczucie. Ale nie ślepy strzał głupca i zaskakująco pozytywny w swych skutkach wypadek przy pracy, gdyż datowane na rok 2013 Rites już przekazywało za pośrednictwem klawiszy pewną MYŚL, a w rozważny sposób zaplanowany stosunek hałasu do bezkresnych pętli i – wreszcie – do minutowego wymiaru całej płyty. Wydaje się więc, że power-ambientowy ruch posiadł nareszcie pozycję równie uniwersalną, co w pewnym stopniu definiującą, która stanowić może doskonały punkt wyjścia dla wszystkich producentów gotowych eksperymentować z tą formą. Pytanie tylko, kiedy z coraz odważniej ożywianych dźwiękowych plam uformują się monolityczne i rytmiczne konstrukcje, i czy historia zatoczy koło – wrócimy do beatowego punktu wyjścia? –W.Tyczka
-
Jam City Trouble
(30 września 2016)Piosenkowy etap Jack Latham ma już chyba za sobą, ale nie znaczy to, że wraca do brzmienia znanego z na przykład Classical Curves. Na tegorocznym mixtejpie oddaje się cięższej, bardziej agresywnej tkance dźwiękowej, nie rezygnując jednocześnie z wplatania gdzieniegdzie swoich wokali i unurzania całości w specyficznej mgle. Pierwsze trzy utwory brzmią jak logiczna kontynuacja Dream A Garden, jednak już mocno bitowe "Boundry" zmienia sytuację, prowadząc do kulminacji w postaci yeezusowego "City Hummingbird". Potem klimat nieco się uspokaja, aż w końcu wszystko wygasa zostawiając nas z chęcią ponownego naciśnięcia play. Jam City biorąc na warsztat UK Bass, cokolwiek by z nim nie robił, jak bardzo by go nie wykrzywiał i dostosowywał do swoich potrzeb, oferuje nam specyficznego rodzaju duchowość i zwyczajnie ciekawą muzykę, której chce się słuchać. I to właściwie tyle. –A.Barszczak
-
Justice "Randy"
(21 września 2016)Francuski duet Justice przede wszystkim kojarzył mi się z chropowatym, jazgotliwym dance-popem, który przeważnie nużył i nie wywoływał większych emocji. Tymczasem nowiutki singiel "Randy" przynosi coś zupełnie innego – zamiast topornej dźwiękowej bryły panowie postanowili na retro pop w wyluzowanej formule. Mamy tu smyczkowe motywy, słychać giętkość Steviego Wondera, pojawiają się skojarzenia z ELO, da się poczuć elektryczny powiew Chemical Brothers, a jeszcze inni słyszą w tym pierwiastki ostatniego krążka Tame Impala. Ale oprawa to jedno, a konstrukcja drugie, więc o powodzeniu kawałka kolesi decyduje też przebojowy refren z soulowym feelem. Dlatego z ciekawością i chęcią sprawdzę, co też będzie się działo na Woman, czyli trzecim longplayu panów Augé i de Rosnay i nie ukrywam, że liczę na więcej takich songów jak "Randy". Rozwiązanie kwestii na początku listopada. –T.Skowyra
-
Jazz Cartier Hotel Paranoia
(21 września 2016)"Książę Toronto"? Raczej: "najbardziej amerykański gracz w Kanadzie". Ciężko bowiem wskazać drugiego takiego rapera, który przy całej tej megalomańskiej otoczce i osobliwym samozwaństwie byłby tak transparentny – nie wprowadził absolutnej żadnej innowacji na swoim podwórku. Jazz Cartier to wypadkowa południowych trapowych potheadów pokroju Travi$a Scotta, neurotycznego pop rapu z najlepszych czasów ćpającego Cudiego i jednocześnie mokry sen truskuli szukających w cloudzie uroczej toporności wczesnych dziewięćdziesiątych. I tu właśnie leży problem – recenzenci zachwycają się "elastycznością" Adamsa, a ja znajduję jego styl co najwyżej ciekawą interdyscyplinarną przejażdżką zbudowaną na podobnym do Drake'a patencie – stałej *EXCLUSIVELY* współpracy na linii producent-emce, tutaj z Lantzem. "Everybody in the states compare me to Drake / cause not many in the city can carry the weight"? Dobra typie, może w następnym odcinku, bo rok 2016 w rapie jest zbyt dobry by tracić więcej niż dwa popołudnia na nawet niezłe półprodukty (jeszcze) przeciętnego tekściarza. –W.Tyczka
-
Mick Jenkins feat. BADBADNOTGOOD "Drowning"
(7 września 2016)Nie od dziś wiadomo, że Mick Jenkins to jest król wody jak lew jest król dżungli: tym razem jego oceaniczny image realizuje się poprzez funkcjonujące jako centralna metafora tonięcie. Jenkins od początku imponował błyskotliwością i choć pomysł na "Drowning" z pozoru wydaje się dość oklepany, to autor The Water[s] wychodzi z niego obronną ręką kreatywnym budowaniem dramaturgii (ledwie wyduszone "I can’t breathe") i umiejętnym jej operowaniem, w czym pomaga mu nu-jazzowy feeling niezwykle popularnych w tym sezonie BADBADNOTGOOD. Po znakomitym, chilloutowym "Spread Love", raper uderza w bardziej medytacyjne tony – i kolejny raz trafia; coś mi się widzi, że wrzesień będzie wybornym miesiącem dla rapu. –W.Chełmecki
-
Junior Boys Kiss Me All Night (EP)
(26 sierpnia 2016)Nie dość, że sprawiają fanom miłą niespodziankę nową EP-ką, to jeszcze wpadają do nas dwa razy w roku (ostatni koncert w Warszawie był naprawdę spooooooko). Ale do Gdańska Junior Boys zawitają dopiero w listopadzie, więc sprawdźmy teraz ich nowe, krótkie wydawnictwo. Nie będzie w tym wielkiego minięcia się z prawdą, jeśli napiszę, że Kiss Me All Night to po prostu zbiór odrzutów z Big Black Coat: słychać tu nastawienie na techniczną rytmikę (swoją drogą zajawki Jeremy'ego odciskają się także na muzyce Jessy Lanzy) i drążenie klawiszowych tematów oplatanych ornamentacyjnymi motywami ("Yes" i "Baby Fat") czy bardziej stonowane wibracje (cover Johna Martyna "Some People Are Crazy"), ale słychać też, że za materiał odpowiada ten, a nie inny duet z Kanady (tytułowy, tu z kolei słyszę jakieś echa It's All True). Więc może faktycznie to są odrzuty, ale słucham z przyjemnością i wam też RADZĘ zrobić to samo. −T.Skowyra
-
Nite Jewel Liquid Cool
(4 sierpnia 2016)Nowe wydawnictwo Ramony Gonzalez sprawdzę zawsze, nawet jeśli mam obawy jak w przypadku Liquid Cool. No i niestety, ani zapowiadające LP single ("Boo Hoo" był z nich najfajniejszy), ani cały album nie powalają. Ok, Nite Jewel stawia na oszczędne klawisze, zimny, przeszywający bas i dużo tęsknoty oraz emocji, i tego nie mogę jej odmówić. Jednak czegoś jej bardzo brakuje i chodzi tu oczywiście o świetnie napisane piosenki. Sorry, ale trochę nie wierzę, że jeśli chodzi o porywające tune'y, to stać ją tylko na pisanie kawałków brzmiących jak "średnie Goldfrapp" (myślę o "Kiss The Screen"). Dlatego dopóki atmosfera/klimat wciąż będą górowały nad songwritingiem, dopóty Ramona będzie nagrywać tak nieprzekonujące krążki. –T.Skowyra