Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Najnowszy nabytek legendarnej wytwórni Flying Nun (co ciekawe, pierwszy w katalogu spoza Nowej Zelandii), na swoim sofomorze pozostawia pewien niedosyt – momenty urzekające pasją świeżego, nastoletniego twee mieszają się z piłowaniem podobnych do siebie schematów w odcieniu łagodnego riot grrrl na słodkawym spodzie posmarowanym hojną warstwą reverbu.
"Może jestem nienormalny, za krótko byłem w wojsku", ale pomimo wszystkich wad, trochę wciągają mnie te słoneczne, surfujące gitary i melodyka bliska Aislers Set czy Alvvays. Eh, czuć powoli powiewy wiosny, co oznacza, że słabość do banalnego, niezobowiązującego grania będzie się u mnie nasilać. Po dużych wahaniach, ale bez złudzeń i kredytów zaufania, daję wymęczony WIOSŁOWANIEM kciuk w górę. –J.Bugdol

–W.Sawicki
Reptiliańska masakra gitarą elektryczną powraca w niecały rok po Nonagon Infinity, ale niestety z już dużo mniejszym impetem. Na swoim nowym albumie Australijczycy wydają się bardziej skupieni i może w tym właśnie tkwi problem: bliższy bluesowym ideałom, kreujący więcej przestrzeni do jamowania charakter muzyki średnio się sprawdza w przypadku zespołu jadącego na nieskrępowanej charyzmie i maskowaniu kompozycyjnych delicji pod płaszczykiem niedorzecznego, postapokaliptycznego strumienia świadomości. Materiał zebrany na Flying Microtonal Banana dużo lepiej sprawdziłby się na koncercie niż na płycie, i o ile nie sposób odmówić tej wesołej gromadce kunsztu (bo trudno zignorować takie utwory jak choćby "Rattlesnake" czy "Melting"), tak tym razem efekt finalny jej psychodelicznych pół-wygłupów wypada zaledwie przyzwoicie. –W.Chełmecki
Oto Hiax, w pierwszych sekundach, wjeżdża z soundscapem rodem z bezkresnych interludiów Boards of Canada. Ale to nie bracia Sandison i Eoin, a duet Mark Clifford oraz Scott Gordon stoją za tym dopiero debiutującym w pełnometrażowych zawodach duetem. Choć na wysokości drugiego, trzeciego, a potem siódmego indeksu zdamy sobie sprawę, że to również dobrze mogła być kooperacja ciepłych, przerzedzonych glitchem drone'ów Fennesza, wypadkowa promiennego IDM-u Ovala oraz software'owych algorytmów Autechre generujących dźwięki na podstawie pierwszych sześciu "zagranych" przez zespół wyimków. Syntezatorowa tkliwość pierwszej części płyty doskonale koresponduje z nieco mroczniejszym jej zakończeniem ("Lowlan" i perkusja na kształt dark ambientowego EAI zamykającego jakieś Supersilent).
Tego rodzaju atmosferyczna schizma w kościele patchworkowej elektroniki nie jest zabiegiem z urzędu skazanym na powodzenie. Ostatni raz te subiektywne impresje muzyki konkretnej, czy też power-ambientowej (o ile oczywiście nieco rozszerzymy ramy pojęciowe tego newspeakowego terminu), na szerszą skalę porwały mnie jedynie przy okazji kolejnej sesji z dyskografią Wolfganga Voigta, którego duch z całą pewnością wisi nad tymi co bardziej mirażowymi fragmentami LP Oto Hiax. Bardzo dużo tutaj formalnych sprzeczności, które jednak koniec końców okazują się angażować bardziej, niż jakikolwiek inny joint wypuszczony w Mego na przestrzeni ostatnich kilku lat. Tu jakiś flirt z minimalizmem i zelektryzowany Glenn Branca, tam paluch na klawisz i akord rodem z ejtisowego kosmische musik. Nieoczywista pod względem konstrukcji wyklejanka, po prostu. –W.Tyczka
Martin Kuchen to prawdopodobnie jedyna osoba na skandynawskiej scenie awangardowego jazzu, która może stanąć w szranki z Matsem Gustafssonem. Szwedzki kompozytor i saksofonista, po trzech latach od studyjnego debiutu, kiedy jego estradowy kolektyw Angles na stałe zerwał z formułą czystej improwizacji i przeobraził się w regularne Angles 9, powrócił z zupełnie nowym materiałem. Na pierwszy rzut ucha Disappeared Behind The Sun brzmi podobnie do poprzedniczki – bardzo zgrabnie przedłożono tu słuchaczowi czym tak naprawdę zgraja muzyków pod przewodnictwem Kuchena emocjonuje się od lat. Są odloty skierowane w stronę najlepszych w historii lat free jazzu, próba organizacji na wzór Liberation Music Orchestry genialnego Charliego Hadena oraz bardzo dużo rozwiązań rytmicznych rodem z muzyki etnicznej Czarnego Lądu. Jeżeli ktoś szuka jakiejś wizytówki brzmienia Angles, to od dziś odsyłałbym do kompozycji zatytułowanej "Ådror". A najlepsze w tym wszystkim jest to, że paradoksalnie ta dziewiątka muzyków brzmi jak szesnastka. Świetny materiał by poćwiczyć swój słuch i spróbować doliczyć się ile instrumentów słyszymy w momentach, w których Kuchen na plac boju wypuszcza wszystkich swoich żołnierzy. Osobnego propsa łapie jeszcze Mattias Ståhl, o którego twórczości nie mam bladego pojęcia, ale w creditsach to jemu przypisują te wibrafonowe czary. –W.Tyczka
Wiele można zarzucić twórczości Borixona, ale na pewno nie nudę. W tej uroczej mimikrze przelotu Belmondo (a może nawet Oyche Doniza z uwagi na wiek), autor kultowych "Papierosów" kolejny raz zaskakuje i wygrywa nieskomplikowanymi wieloznacznościami ("Nie schodzę z topów / Zostaję i palę jointa roku"). Popularny Borygo na trzecim singlu ze zbliżającego się długograja udowadnia, że jako jeden z niewielu weteranów sceny bez problemu odnajduje się na niuskulowych bitach – za to szacunek. Skłamałbym, gdybym napisał, że jakoś szczególnie czekam na album, ale ten utworek pewnie odpalę jak papierosa palę czy tam parę razy, i mimo że nie piję yerba, meeeejt, nie rzucę tego ścierwa. –P.Wycisło
To, że DJ Khaled jest świeżo upieczonym tatuśkiem, łatwo poznać po jego miniaturowej kopii na okładce singla. Ponieważ pozostała dwójka z tego tria też należy do raczej rodzinnych typów, to zebrali się, żeby wspólnie coś spłodzić. Gdyby fakt, że kończy się karnawał jakoś specjalnie wpływał na mój harmonogram imprez, to pewnie płakałabym, że nie będzie mi dane tańczyć do tak pełnokrwistego bitu. Queen Bey obeznana już ze swagiem i trapem po "Formation", Jay-Z pewny siebie jakby Kanye klepał go po plecach. Krążą pogłoski o jakimś wspólnym albumie królewskiej pary, pozostaje nam powiedzieć jedynie:

–A. Kania

–W.Sawicki
Po Syd i Martiansie przyszła kolej na Steve'a Lacy'ego. Jak wiadomo, w Internet jest on odpowiedzialny głównie za "obsługę gitary", nie ma się więc co dziwić, że w najnowszym singlu zapowiadającym Steve Lacy's Demo na pierwszy plan wybija się właśnie ten instrument. "Dark Red" to dosyć surowa kompozycja, przy okazji jawi się też jako indie-rockowa interpretacja r'n'b. Miłym zaskoczeniem po nieco statycznych zwrotkach i refrenie jest krótki, ale zapadający w pamięć bridge (2:03), który wprowadza odrobinę więcej ruchu do rockistowskiego szkieletu. Przyznam, że na początku byłem trochę zbity z tropu gitarowym charakterem "Dark Red", ale po kilku odsłuchach uległem tej mantrze po linii odchudzonego D'Angelo i kciuk powędrował minimalnie w górę. –J.Bugdol
Tak jak pisałem przy okazji plejki Jamiro – "Automaton" nie był numerem, który powalił mnie na kolana. "Cloud 9", drugi singiel z zapowiadanej płyty, też nie okazał się olśnieniem, ale zdecydowanie bardziej mi się podoba. Nietrudno zgadnąć dlaczego: zamiast retro-futuro anturażu nosi znamiona charakterystycznego dla Jamiroquai stylu: basowe groove'y, disco-funkowy feeling, wyluzowaną nawijkę i śpiew Jaya, no i nośny, zapamiętywalny chorus. Ale nawet siostra Penélope Cruz nie sprawi, że zakwalifikuję ten numer do killerów, zwłaszcza jeśli zestawimy go z wcześniejszymi highlightami z dyskografii zespołu. Ale mnie i tak cieszy fakt, że w 2017 mogę słuchać nowego singla Jamiro i ripitować z całą przyjemnością po mojej stronie. Nowa płyta wyjdzie już w marcu (prawie w kwietniu). Czekam więc. –T.Skowyra