Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Jacques "Szermierz krótkich form" Greene, twórca wielobarwnego garage'u, zapisany w naszej pamięci głównie za pośrednictwem wybornego "Another Girl" w końcu wydał swój debiutancki krążek. Ile to już lat minęło, ileśmy się naczekali? Długo. Niegdyś futurystyczny sound pokrył się patyną a całe ciśnienie uszło. Feel Infinite przyszło na świat i trzeba przyznać – jest dobre. Jak na moje ucho absolutnie brak tu olśnień, zaskoczenia, nowości, ale nie przeszkadza to w tym, żeby czerpać z tej muzyki dużo radości. Trudno, aby kolorowe, pościelowo-parkietowe, popełnione z greene'sowskim wyczuciem utwory mi się nie podobały. Zbędny i drażniący gościnny występ How to Dress Well nie wadzi, gdy następny jest piękny "I Won't Judge", a jeszcze parę indeksów później wita nas absolutnie porywający "Real Time", który pokazuje jak mogłoby wyglądać Les Sins, gdyby Bundick nie porzucił frenchtouchowskich tropów. Wyjątkowo przyjemny soundtrack do wyrywania się z przedwiosennego marazmu. –A.Barszczak
Jeśli mnie pamięć nie myli, to na ostatnim longplayu Juan Maclean In A Dream nie pojawił się taki techno-popowy wałek jak "Can You Ever Really Know Somebody". Podopieczni DFA Records dość mocno zbliżyli się do późnych produkcji Luomo (Convival albo Plus) przy kręceniu swoich własnych tańców dla disco-robotów – syntezatorowa melodia jest zimna i groźna jak u fińskiego maestro, wokal wkracza tylko w precyzyjnie wyznaczonych momentach, a atmosferę podgrzewa pędzący szkielet rytmiczny. Nie brakuje tu również ciekawych detali: weźmy moment, kiedy na 2:18 nagle pojawia się syntetyczny electro-chór przywołujący pop z lat osiemdziesiątych – prosty zabieg, a jak świetnie, nawet jeśli na moment, zmienia optykę tracka. Czyli Juan Maclean wciąż w grze jeśli chodzi o parkietowe pewniaki. –T.Skowyra
Najprościej byłoby napisać, że Hyper Flux to rzecz dla miłośników hiperaktywności i powykręcanego IDM-u. Nie oddaje to jednak różnorodności tej płyty, splatającej wątki autechre'owskiej spuścizny i nadszarpniętego footworkowym nerwem, rozpadającego się techno z subtelnie wplecionym dźwiękiem najróżniejszych, często całkowicie autorskich instrumentów, które Hervè Atsè Corti pożyczył od swojego ojca-konstruktora. "Esotic Energy" mógłby nagrać Tim Hecker po usłyszeniu Motion Graphics; "Lly Spirals" bliżej klimatom Aphexa; "Multicone" to z kolei miękki, elektroakustyczny ambient, doskonale obrazujący wyraźny na krążku, kolorystyczny kontrast na przecięciu cyfrowych i tradycyjnych środków wyrazu. Hyper Flux raczej nie zagraża pozycji Instant Broadcast w hierarchii dyskografii Włocha, ale to wciąż świetny album, któremu błędem byłoby nie dać szansy. –W.Chełmecki
Po średnio interesującym Dumb Flesh połowa brytyjskiego duetu Fuck Buttons jeszcze raz próbuje zdobyć moje serce swoim solowym dziełem i tym razem, przynajmniej częściowo, udaje mu się to. Zmasowany industrialny terror poprzednika na World Eater został ułożony i bardziej zróżnicowany. Gdy dwa lata temu grały raczej fragmenty, tak tutaj kompozycja całości prezentuje się znacznie lepiej. Ponownie obecne tyrady hałasu tym razem w intrygujący sposób skontrastowane zostały z takim na przykład "Please", ekwilibrystycznym treningu z herndonowskiej stylistyki, a przy okazji najlepszym numerze na płycie. Nie mogę powiedzieć, że każdy moment nowego wydawnictwa Powera mnie kupuje – czasem ciągnące się w nieskończoność pasaże fabrycznego electro męczą i przynudzają, a "The Rat" brzmi jak nieco ciekawsze wcielenie Death Grips. Można jednak przymknąć na to oko, bo World Eater to mimo wszystko bardzo dobra płyta, zdecydowanie bardziej przystępna niż piesio z okładki. –A.Barszczak
Tabloidy od razu wychwyciły dość oryginalną kreację, którą Nicki miała na sobie podczas Paris Fashion Week, ale chyba nie spostrzegły, że urodzona w Trynidadzie raperka wypuściła przed momentem trzy nowe kawałki. Oszczędny "Changed It", jeszcze bardziej minimalistyczny "Regret In Your Tears" oraz mój ulubiony z tej trójcy "No Frauds", gdzie pojawiają się również Drake i Lil Wayne. Murda i CuBeatz lepią pływający, wychillowany, ale i "mroczny" podkład, Nicki rzuca rapowaną zwrotkę i świetny, przekwaszony hook w refrenie ("I don't need nooo, frauds!"), Drake dodaje kilka wersów, ale i tak show kradnie wszystkim Weezy swoim nieludzkim, "gadzim", melodyjnym flow w ostatniej zwrotce. Myślę, że jeśli w przyszłości pojawi się nowy album Nicki, to "No Frauds" powinien znaleźć na nim swoje miejsce, a sama Minaj może pokusić się o koronę królowej trapu, choć konkurencja w tym roku jest spora. Tym lepiej dla nas. –T.Skowyra
W objęciach łzawego smyczka, jadąc na kliszy młodzieńczej przyjaźni i niejako w opozycji do wypuszczonego równolegle, bardziej sfrikowanego (i również fajnego) ""Witch", Alex Giannascoli snuje prostą historię prostymi środkami: ogniskowym biciem, powstawianym gdzieniegdzie gitarowym slidem, dwoma wokalami. "Bobby" to trochę casus "Harvey", tylko jeszcze bardziej leniwe, bliżej ducha country, ale tak samo jak wtedy urzekająco. Coś jest w tym chłopaku, że nawet gdy odpuszcza sobie kombinowanie i harmoniczne mimikry Elliotta Smitha, to daje radę. I tym razem jest podobnie. –W.Chełmecki
Został mi taki fatalny w skutkach zwyczaj z pięknych, utraconych czasów – sprawdzania prawie wszystkich BNM-ów na pewnym portalu, który kiedyś nadawał się jeszcze do czytania. Przypadek omawianego albumu dość dobrze oddaje bezsens tego nawyku. Jakieś osiem i pół weszło, odpalam reckę, porównanie do Cocteau Twins pada gdzieś w połowie, okej, mają mnie, albo to będzie moja płyta roku, albo w końcu przestanę czytać tych lunatyków. Kończy się to jak w 99 procentach przypadków – przehajpowana średniawka, o której zapomnę najdalej jutro, a z tymi Fraserowymi odniesieniami polecam jebnąć się w łeb. Indeks czwarty to chyba najciekawsza rzecz na całym albumie, wyłamująca się z gitarowego charakteru tego materiału ambient-popowa, hipnotyzująca mgiełka, ale już przedostatni utwór brzmi jak jakieś Skunk Anansie i nie wiem, czy gorszy jest sam kawałek, czy fakt, że wiem, co to Skunk Anansie. Ech, ile razy jeszcze dam się nabrać... –S. Kuczok
Hypnagogiczny sci-fi pop z Zagrzebia? Seems legit, biorę w ciemno. Na wyprodukowanym przez Vinyl Williams Vanilija, kryjący się pod aliasem Svemirko Marko Vuković gra rzeczy, których nie da się nie lubić: silnie melodyjny, gitarowo barwiony synth-pop hołdujący ejtisom, Ariel Pink z Joem Knightem lubią to. Jest w tych utworach coś z The Police, ale amatorski vibe i ludyczna namiętność rodem z naszej strony żelaznej kurtyny podświadomie wywołuje skojarzenia z rodzimymi wykonawcami, trochę z Lady Pank, trochę z Papa Dance – być może dlatego, że dzielimy tę samą wrażliwość, a może dlatego, że moja znajomość bałkańskiej sceny muzycznej pozostawia wiele do życzenia. W każdym razie: za mgiełką lo-fi czai się sporo syntezatorowo-gitarowego konkretu, warto więc poświęcić pół godzinki. –W.Chełmecki
Czarownica z Brooklynu oraz jej koledzy sprzedają nam gitarowy okultyzm w wersji light. Ich interpretacja doomowo-sludge'owej zagłady ma w sobie zaskakująco dużo elegancji i subtelności. King Woman zdecydowanie preferują pieszczenie bębenków niż sianie spustoszenia.
To taki bezbolesny metal sprawiający przyjemność nieskażoną deprawacją mistrzów gatunku. Created In The Image Of Suffering ma w sobie baśniowość gotyckich legend stanowiącą odtrutkę na codzienną szarzyznę. Jeśli więc chcecie przenieść się do krainy czarnego romantyzmu, to powinniście zapoznać się z tą pozycją. –Ł.Krajnik
–W.Sawicki