Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Skoro Wojtek pochwalił nowy kawałek kanadyjskiego duetu Exit Someone, to ja dodam tylko, że piękniejsza połowa duetu, czyli June Moon, również tworzy cudne rzeczy. Zresztą wiedziałem o tym od momentu zaznajomienia się z jej zeszłoroczną EP-ką wypuszczoną pod pseudonimem Forever. Na tym wydawnictwie znalazły się intymne, nieco wycofane piosenki w połączeniu ze zmysłowym wokalem, tymczasem "Falling" jest krokiem ku bardziej tanecznej formule nieśmiałego synth-popu. Wyobraźcie sobie onieśmielającą Kylie z Fever zmiksowaną z czułością i delikatnością Nite Jewel w produkcji Metro Area sprzed dekady (a w rzeczywistości za bity odpowiada Ouri) – takie wyważenie proporcji sprawia, że trudno mi się oderwać od tych zaledwie trzech minut muzyki. Więc oczywiście czekam na kolejną rzecz od Exit Someone, ale czuję, że w albumie z takimi piosenkami jak nowy singiel Forever zakochałbym się od pierwszego usłyszenia. A podobno EP-ka już w drodze, więc pozostało tylko cierpliwie czekać. –T.Skowyra
Daleko mi jeszcze do zajechania Dry Your Eyes (EP), tej anielskiej emanacji 2017 roku, tymczasem para podzieliła się zupełnie nowym utworem, zwiastującym Equal Trouble – ich zapowiedziany, debiutancki longplay. I póki co nie ma zaskoczenia: poprzez cierpliwie budowane zwrotki i rwany, budzący przećpane skojarzenia z "Little Red Corvette" refren, "Absent Lover" odsyła w objęcia ospałych, balladowych niedopowiedzeń, tyleż szykownych, co wykreowanych z uderzającym luzem. Więcej tu miejsca dla ostrożnie dozowanego funku, jest też bardziej lo-fi, ale ogólne wrażenie przypomina pierwsze spotkanie z "Sydney, The List Go On", kawałkiem, który zainicjował naszą niezwykle owocną znajomość z Exit Someone – i na tym urwę, bo dziś to już wystarczająca rekomendacja. –W.Chełmecki
Przyznaję, że tego się trochę nie spodziewałem. Tylko z ciekawości sprawdziłem singiel "Talk To Me", aby upewnić się, że muzyka Kari Amirian nadal brzmi jak podniosły, wystylizowany art-pop, który kompletnie po mnie spływa. A tu niespodzianka: syntezatorowe motywy przypominają Class Actress, a refren daje do zrozumienia, że podopieczna labelu Nextpop zupełnie zmieniła muzyczną ścieżkę, którą dotychczas podążała. Oddychający, pachnący balearycznym powietrzem, sprawnie wyprodukowany, oparty na klawiszach, szukający chwytliwych melodii pop − taka metamorfoza mi się podoba. Nawet jeśli piosenki z I Am Fine nie porywają tak, jakbym tego chciał (moją ulubioną jest orzeźwiający "Sirens", a najmniej ulubioną rozwlekła ballada "Tammy"), to nie mam problemu właściwie z żadnym indeksem (czasem mam problem ze zbyt ekspresyjną, lekko skandynawską manierą wokalu, ale można się przyzwyczaić). Więc powtórzę raz jeszcze: tego się nie spodziewałem, ale nie mam nic przeciwko, aby takie zaskoczenia przytrafiały się polskiemu popowi znacznie częściej. −T.Skowyra
Wygląda na to, że brytyjski mistyk już całkowicie wyeksploatował swój towar eksportowy, czyli nęcącą miłośników nocnych podróży metrem, tajemniczość. Aura niedopowiedzenia, która niegdyś intrygowała, obecnie brzmi jak archaiczna pieśń przeszłości. Dźwięki zawarte na Subtemple/Beachfires to groteskowa mutacja dyskrecji elevator music. Najbardziej w tym wszystkim irytuje niezdecydowanie Buriala, próbującego eksperymentowania na pół gwizdka, tj. takiego, które nie wyalienuje rzeszy wyznawców Untrue. Z obawy przed niespełnienieniem ich oczekiwań, od dobrych kilku lat zamiast wydać trzeci pełnoprawny longplay, artysta wypuszcza epki, singielki i inne pierdółki, których ukoronowaniem w tym roku jest dark ambient do kotleta. –Ł.Krajnik
Wavves najbardziej polubiłem (pewnie nie tylko ja) za beztroski, napakowany hookami King Of The Beach, który kapitalnie nadawał się do roli umilania wakacji. Kolejne wydawnictwa Nathana Williamsa i SPÓŁKI nie wykrzesały z siebie już tyle dobra i właściwie nie wniosły niczego nowego do dorobku bandu. Goście cały czas garściami czerpią z power popowego CZADU i punkowego naparzania po linii Ramones, przez co ich numery są do siebie mocno zbliżone i czasem trochę się ze sobą "zlewają". I to słychać na najnowszym You're Welcome, który po raz kolejny atakuje tą samą dawką gitarowego wycisku prężącego się na rozgrzanej plaży. Choć to akuat jest fajne, ale niekiedy podbicia, melodie czy chórki sprawiają wrażenie wymuszonych i sztywnych, a grajkom zwyczajnie brakuje luzu. Zabierając się za słuchanie miałem tego świadomość, więc mimo wszystko ostateczne wrażenie jest pozytywne, bo przecież nie każda płyta musi być wizjonerska i odkrywcza − czasem wystarczy kilka riffów i nośny refren. −T.Skowyra
Czekałem na moment, kiedy w końcu Grizzly Bear ogłoszą, że nowy album został nagrany i już za chwilę będzie można go posłuchać. Wreszcie w sieci pojawił się niebezpiecznie kojarzący się z Radiohead (najbardziej z In Rainbows) "Three Rings" i stało się jasne, że Amerykanie lada moment zapowiedzą nowy longplay. I rzeczywiście: premiera Painted Ruins już w sierpniu, ale przez kolejny ujawniony singiel nieco obawiam się tej płyty. "Mourning Sound" zupełnie nie przywołuje baśniowej mgiełki znanej z wcześniejszych nagrań Grizzly Bear, a w zamian oferuje dość sztywny, krautrockowy beat, któremu wtóruje zupełnie "niemelodyjna" obstawa. Będę szczery: zwyczajnie ziewam z nudów. W moim odczuciu tylko formalna klasa i pewien specyficzny urok kreowany przez band ratuje nowy numer. Więc jeśli tak ma brzmieć nadchodzący długograj, to zaczynam się trochę niepokoić. −T.Skowyra
Odmieniony Colin Stetson wrócił na stare śmieci. Gdyby potraktować dyskografię Amerykanina eliptycznie i pominąć fragmenty, w których zamieniał się w różne kategorie estetyczne: w redukcjonizm Arvo Pärta albo kampową pompatyczność monumentalnej kompozycji H.M. Góreckiego (Sorrow, 2016), to All This I Do For Glory w porównaniu z trylogią pamiętającą jeszcze poprzednią dekadę, okazałoby się dziełem rewolucyjnym. Bo zdaje się, że koncepcja akademickiego minimalizmu dzisiejszemu Stetsonowi nie wystarcza i jego skrajnie eksperymentalny jazz szuka innych rozwiązań rytmicznych i bawi się tempem jak choćby szarpiący struny Glenn Branca. A to znak z całą pewnością dobry – Stetson za sprawą konsekwentnego stosowania swojej – powiedzmy – "autorskiej" (choć adekwatniejszym określeniem byłoby chyba "charakterystycznej"), nieortodoksyjnej techniki gry na wszelkiej maści aerofonach już osiągnął bodaj największą rozpoznawalność we współczesnym "alternatywnym mainstreamie". To ukonstytuowanie unikalnego stylu z kolei pozwala odbywać trans-gatunkowe wycieczki, efektem których właśnie tak intensywne, tym razem silnie niemelodyjne przeżycia jak All This I Do For Glory. Jest tylko jeden problem, mianowicie metoda Colina Stetsona na przestrzeni lat zmienia się na poziomie mikro, nie makro, tak więc aktywne i zaangażowane słuchanie jest niemal niezbędne by nie ulec iluzji powtarzalności oraz toporności. Z kolei takie, pożądane, obcowanie z muzyka kosztuje nas niestety więcej czasu. –W.Tyczka
Karkołomnym, niemożliwym wręcz zadaniem byłoby zliczyć wszystkie follow-upy do Scarface, jakie wykluł dorobek światowego hip-hopu. Zawrotna kariera Tony'ego Montany stała się źródłem inspiracji dla rzeszy nieopierzonych, chwytających za majka hustlerów rozsianych po całych Stanach, ale młody Gi z Detroit już całkiem poleciał z tematem po bandzie: w zeszłym roku było Sosa Dreamz, teraz Payface z karykaturalnie przedrukowaną okładką i wejściem samplem z zamykającego dzieło De Palmy Morodera. Na szczęście ta monotematyczność zupełnie nie przekłada się na tkankę samego mixtape'u: znajdziecie tu mrugnięcia okiem do west-coastowych korzeni, ciepłe wibracje balladowego r&b, ale i taktownie wtłoczone w g-funkowe schematy echa kodeinowego trapu. Payface nie jest może tak spójne (czytaj: bezczelnie słoneczne) jak zeszłoroczne kolabo z Cardo Got Wings, ale broni się właściwie od każdej strony (flow, hooki, plamiaste podkłady), choć i tak mam cichą nadzieję, że to tylko przedsmak właśnie przed drugą odsłoną Big Bossin.–W.Chełmecki
Norweski disco wąsacz szykuje się do wypuszczenia drugiego studyjnego albumu, a na przystawkę wybrał bardzo nietypowy singiel. "Maskindans" to właściwie prawilny remiks (czyżby Toddowi aż tak spodobała się praca przy The Big Cover-Up?) doprawionego zimną falą, starego minimal-wave'owego kawałka norweskiego duetu Det Gylne Triangel, który działał w latach 80. Choć jego działalność ograniczyła się chyba do wydania tylko jednego singla, więc gdyby nie Terje, to pewnie o tych kolesiach dziś nikt by już nie pamiętał. A co takiego norweski producent poczynił z wiekowym kawałkiem? Odświeżył go, starannie odmalował pordzewiałe części i sprawił, że odnowiona maszyneria ruszyła pełną parą. Oczywiście zużyte tory zamieniono na te, na których lśni progresywne disco i tak oto udało się przywrócić do życia zakurzoną pieśń z norweskich landów. A co będzie się działo na longplayu TT? Musimy jeszcze trochę poczekać, ale wszystko wskazuje na to, że nie będzie nudno. −T.Skowyra
Wiadomo, wypatrywanie nowego albumu Broken Social Scene w 2017 roku to mniej więcej jak czekanie na wydawnictwa U2 w 2000 albo ekscytowanie się Vampire Weekend w 2008, a jednak ogromna siła sentymentu (ślę piąteczkę dla redaktora Gawrońskiego) oraz zaskakująco świeży w swojej nieświeżości koloryt "Halfway Home" autentycznie rozniecił we mnie iskierkę chuderlawego co prawda, ale jednak entuzjazmu. Niestety wraz ze "Skyline" wszystko wraca do normy. Cukierkowa, powtarzająca się w nieskończoność figura raczej zajeżdża mydlinami, a stopniowe nakładanie na nią kolejnych warstw wcale nie dodaje jej wyrazu. Nie żeby ten utwór jakoś szczególnie mnie mierził, ale wydaje mi się, że Kanadyjczyków stać na nieco więcej niż niewyraźnie wyklepana na akustyku, napompowana melancholia dla indie-dzieciaków – i z taką myślą, mimo wszystko, sprawdzę płytkę, choć coś mi mówi, że to nie jedyne drobne potknięcie. –W.Chełmecki