Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Uh, wczorajszy koncert Torche był dobry, że strach i pewnie to się tak łatwo nie przekłada, bo nie ze wszystkim to zasługa Restarter, ale jeśli ktoś miał wątpliwości, że goście to obecnie pierwsza liga wymiatania, że dzierżą, ekhm, pochodnię po pogrzebie Hydra Head, to, serio, ten miks jaskrawego popu, pirackich hooków i bardziej niż zazwyczaj muskularnej, hipnotycznej nawet, nadbudowy powinien te wątpliwości szybko rozwiać. To tylko starter przed naszą rozmową z Torczami, więc stay tuned! –W.Kowalski
Madi Diaz, kto to był, kto to był... Aha, aha, aha, aha, AHA. Znów to samo ćwiczenie co wtedy: puszczamy sobie oryginalny numer i zaraz potem remix Jensenów. :O :) B| (y)
A gdyby tak zrobili swojej koleżance z Nashville cały album? Oto aż się prosi, to się samo nasuwa. Choćby wziąć gotowce – Madi ma już trzy longplaye – i podobnie zremiksować, a czasem też, jak tutaj, coś swojego dośpiewać. Nawet małe dziecko wiedziałoby kto to Madi Diaz. Do usłyszenia, dziewczyno. –M.Hantke
Witaj maj. Wkraczamy w piękny wiosenny miesiąc z najbardziej konkretnym z dotychczas opublikowanych kawałków, zapowiadających Currents, trzeci album Tame Impala. Numer przypomina bardziej teaser, są to zaledwie niecałe dwie minuty, natomiast na reapicie z nim przespacerowałem dziś z biura Porcys do domu i znów poczułem to coś. Te przyciasne przestrzenie między budynkami, wybuchowe kolory miejskiej flory, topiący się asfalt. Na razie jeszcze w mojej wyobraźni, ale na to wszystko wyostrzony miało się wzrok, słuchając Innerspeaker i Lonerism. Data wydania nowego albumu jeszcze nie jest znana, ale powinna się wstrzelić w pełnię lata. –M.Hantke
Kiedyś Paulina i Natalia Przybysz działały jako Sistars. Teraz wszystko się pozmieniało. Natalia, która zgarnęła Fryderyki w najważniejszych kategoriach (za m.in. takie dzieła) wraz z Pauliną tworzą obecnie projekt Archeo. Ostatnim owocem siostrzanej współpracy jest cover nieśmiertelnych Talking Heads. I trochę z definicji wiadomo, że to nie mogło się udać. Wszystko, co decydowało o świetności "Burning Down The House", rozpłynęło się w kanciastej elektronice, która od jakiegoś czasu jak rak toczy polski pop. A najgorsze jest to, że pewnie już niedługo każdy DJ w każdym klubie będzie to puszczał, a kawałek stanie się prawdziwym hitem. Sami więc powiedzcie, czy nie lepiej było, gdy gdzieś w radiu leciało "Jeżeli jutra nie ma / ja nie przestaję śpiewać"? –T.Skowyra
Musiałem się chyba stęsknić za duetem AlunaGeorge, skoro zamiast spokojnie czekać na jakiś nowy singiel, wsłuchuję się w nagranie z koncertu duetu sprzed dwóch dni, na którym zaprezentowali kawałek "Heartbreak Horizon". Uwagę przykuwa niezwykle żywiołowa perkusja, w którą w kulminacyjnym momencie bębniarz łoi prawie jak u Richa Harrisona. Być może to tylko urok wersji live i po obróbce studyjnej będzie to brzmieć mniej organicznie, ale nie zmieni się inny element decydujący o tym, że bez wahania przyznaję piosence kciuk w górę. To przebojowy neptunesowy refren, który jest gwarantem tego, że "Heartbreak Horizon" zostanie kolejnym hitem Francis i Reida. –P.Ejsmont
Po całej serii różnych wydawnictw Abraham Orellana wreszcie prawilnie follow-upuje Electronic Dream. Nowy krążek będzie prawdopodobnie kontynuacją debiutu w równej linii, na co wskazuje już tytuł, Dream World, ale chyba i zawartość, o czym świadczy singiel "Day Dreams". Może to nie jest potężny klubowy banger, ale i tak sporo tu tańca. Z tym tylko, że w kawałku pobrzmiewa nostalgia lat dziewięćdziesiątych znana z house'owych czy transowych hitów z list przebojów (spoglądam na rzeczy w stylu "King Of My Castle"). Jest w miarę spokojnie, rześko, klimatycznie, ale dresiarski target też będzie ripitował, bo araab dostarczył hooki dla każdego i liczę na to, że na nowym długograju dostarczy ich jeszcze więcej. –T.Skowyra
Ciężko mi zrozumieć, że są tacy, którzy słuchają tej płyty i ze szczerością w sercu im się podoba. Nie chodzi nawet o to, że longplay jest tragicznie żenujący, tylko po prostu jest śmiertelnie nudny. Waxahatchee gra gitarowe indie przypominające formą jakieś szanty, a jeśli już próbują nieco łagodniejszych, folkowych form, to wychodzą bezbarwne szkice bez krzty pomysłu. Ani fajne się tego nie słucha, ani nie jest to poruszające, stąd dziwi w ogóle fakt, że komuś chce się przez to przechodzić. Zresztą przecież wychodzi tyle dobrych płyt, więc naprawdę nie ma sensu tracić czasu na słuchanie tego typu projektów. Smutne, ale prawdziwe. –T.Skowyra
Nie mam zupełnie problemu z tym, że Giorgio Moroder całkowicie jawnie czerpie z komercyjnego sukcesu ostatniej płyty Daft Punk, i że z dużym prawdopodobieństwem można przewidzieć, z czym będziemy mieli do czynienia na Déjà Vu. Również plejada towarzyszących mu gwiazd zagwarantuje dokładnie to, do czego została powołana. Na przystanku z Sią jest może trochę słabiej od tego, co miało miejsce z udziałem Kylie, ale to wciąż solidny poziom. W kreowanych przez Włocha euro-popowych warunkach Australijka sprawdza się bardzo dobrze (w drugiej części zwrotek jest naprawdę fajnie), gitarka podcina, bo co innego miałaby robić, nadal towarzyszy jej dawka groove’u, i hajda, do przodu. Refren solidnie wyciska esencję tracka, więc możemy mówić o sukcesie. Osobiście czekam na piosenki z Kelis i Britney na pokładzie, jednak na tym etapie znów nie mam nic przeciwko rychłemu powrotowi tego pana z wąsami. –K.Pytel
Drugi singiel zapowiadający nowy album Ciary pojawia się właściwie w przededniu jego premiery i każe mi się zastanawiać, w jakim celu. Kogo miałby przekonać do sięgnięcia po Jackie? Co miałby zapowiadać, jeśli nie tylko przyzwoitą przeciętność materiału? Przecież “I Bet” wypada w porównaniu jak rasowa ballada z chwytliwym refrenem i wciągającym podkładem, który można śmiało ripitować, chociaż i bez tego właściwie nią jest. Ale tutaj, ja przepraszam, to jest trochę jak hymn mundialu, który cierpi na niedostatek ludożerstwa. Jak C. R. Jepsen, która zapomniała czym kupuje się fanów. Dokąd ma to ostatecznie zmierzać? Początek jest w porządku i chce się w coś fajnego rozwinąć. Niestety kończy się na wchodzących chwilę później bębnach, które, jak się okazuje, niwelują jakiekolwiek nadzieje na odchylenie amplitudy w górne rejony. A co wprowadza mostek? Niestety nie mam pojęcia. I czy to wszystko jest w jakikolwiek sposób wartościowe, oprócz tego, że nie uprzykrza życia? Może i jest, a ja tego jeszcze po prostu nie wiem. Dlatego nie mam zamiaru tutaj nikogo przekreślać, chociaż czuję, że nowy kawałek od Ciary jest tak mocno naciągany. –K. Pytel
Dacie wiarę, że od wydania ostatniego albumu Scuby, wyznaczającego wówczas granice transowej zajawki, minęły już trzy lata? Użyję tu kliszy: gdyby muzykę porównać do depresji dwubiegunowej, to okresem manii zdecydowanie byłby ekstatyczny materiał na Personality, a epizodem depresyjnym właśnie czwarty LP Paula Rose’a — gorączkowa Claustrophobia. Scuba przyznał, że ma za sobą ciężki rok, stąd też nie dziwi album poszukujący solidnych środków wyrazu, stawiający na najbardziej trwałe, odporne na sezonowe mody, filary muzyki elektronicznej — techno i nieśmiertelny idm. Claustrophobia zdaje się dominować podgatunki, w których się porusza, przez większość albumu jest jednak pasjonującą refleksją na temat techno spod znaku Kenny’ego Larkina i Richiego Hawtina, wzbogaconą o idm-owe pejzaże w duchu Tangerine Dream i trip hopu oraz trademarkowy reverb.
Wymowne "All I Think About Is Death" udanie przywraca do życia formuły napoczęte na Triangulation, natomiast przywodzące na myśl Incunabule i dobrego starego Aphexa Twina, szlachetnie wyprodukowane, dynamiczne, nieco obłąkane i po prostu pięknie melodycznie repetycje w "Drift" to najlepsze cztery i pół minuty w dotychczasowym katalogu Scuby. –I.Czekirda