SPECJALNE - Ranking
100 najlepszych płyt 2010-2014

100 najlepszych płyt 2010-2014

14 września 2015

Oto nasze ulubione płyty z pierwszej połowy trwającej dekady. Tym razem nasz ranking obejmuje zarówno nagrania zagraniczne, jak i te powstałe w Polsce. Zapraszamy do lektury.

 

Britney Spears: Femme Fatale

100Britney Spears
Femme Fatale
[Jive, 2011]

(tekst pisany z perspektywy roku 2XXX)

W roku 2011 rząd Ziemi, próbując powstrzymać falę przemocy w dalekich koloniach kosmicznych, przedsięwziął wypuszczenie na rynek nowej płyty Britney Spears. Zachęcony nowymi, dobrze prosperującymi odłamami podziemnej muzyki podjął się zadania zbudowania sztabu ludzi, którzy mieliby być odpowiedzialni za wyprodukowanie płyty. Twarz i maskotka muzyki odsunięta została daleko w cień. Eksperyment wymknął się spod kontroli, a jego efekt przerósł najśmielsze oczekiwania.

Dłużej tego nie wytrzymam…

Atak nastąpił błyskawicznie, podkręciłem bas i zostałem mistrzem. Konkrety ślizgają mi się w dłoniach, to było jedyne wyjście. Zaadoptowanie tych paskudnych dubstepowych basów uważałem za strzał w stopę, ale z szefem nie było dyskusji. Okazało się jednak, że miał rację. Jak zwykle. Ta cała dehumanizacja… Nie zrozumcie mnie źle, ale jesteśmy jeszcze młodzi. Może jesteśmy jeszcze na to zbyt młodzi, ludzie są na to zbyt młodzi. Jeśli masy pojęłyby nasz cel, nic by z nas nie zostało. Chcieliśmy nagrać tylko dobry album pop. Taki, jakich nam teraz bardzo brakuje. Padło na Spears – trochę tych hiciorów miała i na wpływy podatna jest strasznie, idealny obiekt. Ale wy to wszystko wiecie. Potrzebowaliśmy jeszcze tylko hooków i nie mam pojęcia, jak to się udało, ale zrobiliśmy je. Kozackie i soczyste. Pozostało tylko lekko dopieścić całość, różne takie techniczne bajery. Tu dodać jakieś pasmo, tam poskakać wokalem po oktawach. To było jak park rozrywki i nawet ten debil will.i.am stał się niezbędnym, pasującym do całości elementem. Być może dzięki nam to właśnie Britney nagrała Kid A dla osób niewiedzących, czym Kid A jest. No wiesz, ta śmieszna płyta. –Antoni Barszczak

posłuchaj »

przeczytaj recenzję


Flying Lotus: Until The Quiet Comes

099Flying Lotus
Until The Quiet Comes
[Warp, 2012]

Od ujęcia klarującego i uszlachetniającego ("All In" jak gdyby zapowiadało płytę klasyczną) w stronę natywistycznej biegłości w konstruowaniu składni na wzór Cosmogrammy w numerze tytułowym. Ellison niejako po fakcie chwyta nas za rękę i prowadzi – na tyle, na ile to możliwe – do sedna poprzedniego albumu. Until The Quiet Comes oswaja i tłumaczy język, którym posługiwała się gargantuiczna Cosmogramma, dając nam odczuć tętniącą pomysłami twórczość FlyLo w odpowiednio strawnych porcjach. Pozostajemy więc w okowach pozornie chaotycznego umysłu Steve’a i stworzonego przez niego idiosynkratycznego świata, na który składają się gęste bity, które jak zwykle są narracjami na własnych prawach, nieodwołalne partie basowe Thundercata, klawiszowe aranże, wokalne partie-miraże, digitalne konstelacje i jazzowe efemerydy. Jednak jest to środowisko, które odrzuciło swoją pierwotną surowość na rzecz przystępności i niekiedy zwraca się w stronę "elektroniki środka": w pewnym stopniu dochodzi tutaj nawet do zamierzonego "odmuzykalnienia" znanych nam patentów, tak, by zrobiło się trochę swobodniej i znalazło więcej miejsca na rozkminę. Jeśli Amnesiac, jako kontynuator swojego wielkiego poprzednika, miał być wejściem do płonącego lasu i zmianą perspektywy z obserwatora na uczestnika, to tutaj będziemy chyba mieli do czynienia z czymś dokładnie odwrotnym. –Krzysztof Pytel

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "20 najlepszych nagrań 2012"


Grizzly Bear: Shields

098Grizzly Bear
Shields
[Warp, 2012]

Podobno piąty album Grizzly Bear zatytułowany More Adventurous ma ukazać nową stylistyczną drogę zespołu. Jeśli natomiast spojrzymy na ostatni jak dotąd krążek grupy Edwarda Droste'a, to możemy dojść do wniosku, że recepcyjny konsensus powstały wokół płyty jest tak jednolity, że aż nudny: "logiczna kontynuacja wspaniałego Veckatimest, "bardziej przygnębiająca, wymagająca i surowsza", "bardziej przestrzenna", "mniej Beach Boys, więcej Talk Talk i Radiohead" etc. Równie nudne jest to, że trudno się z tymi wszystkimi opiniami nie zgodzić: Shields to album pełen uroczystego niepokoju przelanego w piosenkową formę wykształconą przez brooklyński kwartet. Przeważają momenty, w których frenetyczne zrywy gitar opowiadają słuchaczowi pełną bolesnego piękna narrację (otwierająca płytę, obfitująca w wyładowania burza "Sleeping Ute", przepełniony żarliwym natchnieniem "Yet Again" czy kończący całość ekstatyczny epilog "Sun In Your Eyes"), ale zdarzają się też fragmenty bardziej wycofane i smutne (naznaczony rezygnacją, przejmujący "The Hunt" lub wsparta organowymi strumieniami neurotyczna pieśń "What's Wrong"), a nawet skoczne i jakby weselsze (celebracyjny hymn "A Simple Answer" albo łagodny jak słońce wychodzące zza chmur "Gun-Shy"). Jednak chyba lepiej patrzeć na czwarte studyjne dzieło Grizzly Bear całościowo, od początku do końca według klucza wyznaczonego przez tracklistę − wtedy wylewające się z dźwięków emocje działają z największą mocą. I choć działanie tej mocy jest już znane, to wciąż działa oczyszczająco. I o to właśnie chodzi. –Tomasz Skowyra

PS: Zapomniałbym o "Adelmie" − jeśli dożyłbym momentu, w którym "słońce stanie się krwawym rubinem w zenicie południa", to chciałbym wtedy słuchać właśnie tego.

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "50 najlepszych nagrań 2012"


Ford & Lopatin: Channel Pressure

097Ford & Lopatin
Channel Pressure
[Software, 2011]

Już pół roku przed tym albumem ciekła nam ślinka, kiedy w sylwestrowy wieczór 2010 recenzowaliśmy EP-kę That We Play. Przebojowo zatrybiło w połączeniach retrofuturyzmu Dana Lopatina oraz tanecznego groove’u Joela Forda, niesionego jeszcze falą zajawki na nieodżałowane Tigercity. Channel Pressure był już albumem co się zowie – zauważył go ktoś poza kilkoma blogerami i większa ilość krytyków z aprobatą kiwnęło głową na tak. Stało się to po rebrandingu na niewyszukane Ford & Lopatin i wpasowało się wydawniczo między dwa klasyki new-age’owego ambientu ostatnich lat autorstwa Oneohtrix Point Never. Stojący za tymi wydawnictwami Lopatin, ów miłośnik zakurzonych syntezatorów wszelkiej maści, pokazał na Channel Pressure nową, rytmiczną, synth-funkową twarz. Razem z Fordem zabrali nas do kosmicznego pojazdu spowitego niebieskawą poświatą kineskopowych ekranów. Ta rozhukana, analogowo-syntezatorowa muzyka jest jak przejażdżka kosmiczną autostradą. Jak chillwave u Jetsonów. Tak się to zawadiacko zaczęło i tym samym skończyło. Duet ucichł. Kanał lewy, kanał prawy. –Michał Hantke

posłuchaj »

przeczytaj recenzję


FKA twigs: EP2

096FKA twigs
EP2
[Young Turks, 2013]

Jeśli poświęcić minimum energii na zrozumienie tekstów FKA Twigs na tej trwającej równo kwadrans EP-ce, dostaje się przede wszystkim kronikę prostego bólu i wtórnych problemów tożsamościowych. Ale czy warto? I teledyski, i oniryczne, około trip-hopowe podkłady Arki, i sam wokal Twigs kierują pierwsze skojarzenia w oczywistą, erotyczną stronę. Na swoim najlepszym dotąd zestawie Barnett, przy pomocy Ghersiego, zagląda w rejony, o których The Weeknd tylko marzy, a Jason Derulo nigdy się nie dowie. Rajd przez EP-kę jest tyleż rozkoszny, co bolesny, więc jeśli już macie uprawiać stosunki zestandaryzowanej polskiej długości, to chociaż róbcie to z klasą. –Filip Kekusz

posłuchaj »

przeczytaj recenzję


Savages: Silence Yourself

095Savages
Silence Yourself
[Matador / Pop Noire, 2013]

Les Savy Fav w spódnicach – takie określenie padło z naszej strony przy okazji recenzji Silence Yourself. Stwierdzenie zarówno trafne, jak i cenne, bo wysyłające klarowny komunikat, stojący w opozycji do oczywistych, flirtujących z gotykiem, art-punkowych tropów, a odsyłające bezpośrednio ku tej drugiej stronie medalu – mniej oczywistej (przynajmniej dla zachodnich mediów). Jej emanację stanowiły przede wszystkim sposób podejścia do aranżacji oraz osobliwa intensywność – obie tak bardzo pokrewne tej charakteryzującej Harringtona i spółkę. Jednak to, co mnie wówczas najbardziej uderzyło w tym prawie klasycznym debiucie, a przy tym pośrednio stanowiło determinantę wyżej przytoczonych cech, to niesamowita spójność bijąca od tego grania. Fascynowało mnie, jak zgrany i ocierający się o perfekcję jest to kwartet, jak tutaj wszystko się ze sobą zgadza, jak jest na właściwym miejscu. Nie sposób przywołać w pamięci zbyt wielu męskich składów, które radziłyby sobie tak dobrze jako CAŁOŚĆ. Inna sprawa, że jeżeli rozłożymy Savages na czynniki pierwsze, nie znajdziemy słabego punktu. Gdyby się uprzeć i takiegoż na silę się doszukiwać, to rzeczywiście Jehnny Beth (na tle koleżanek) wypada chyba najmniej korzystnie. Paradoksalnie działa to na korzyść bandu, podkreślając, jak cholernie mocny jest to skład: jeżeli uświadomimy sobie, że postać pokroju Berthomier – charyzmatycznej liderki (do tego – oddajmy to – bardzo urodziwej), bezbłędnej wokalistki i interpretatorki (która oprócz tego, że dysponuje niezłym warsztatem, to dzięki Bogu jest bardzo świadomą artystką) – jest najmniej angażująca pod względem muzycznym, to dopiero wtedy stanie się jasne, z jakim sortem bandu mamy do czynienia. Dodajmy do tego symbiotyczne, przenikające się nawzajem linie basu Hassan i partie bębnów Milton, oraz dołóżmy niemal natchnioną, złotą rękę G E M M Y T H O M P S O N (której postaci tutaj szerzej nie skomentuję, bo pewnych rzeczy robić nie wypada), a otrzymamy konglomerat niezwykle spójny i pełny, tworzący na przestrzeni tych niespełna 40 minut tak pozytywne wrażenie, że momentami szczena opada samoczynnie. –Marek Lewandowski

posłuchaj »

przeczytaj recenzję


James Blake: James Blake

094James Blake
James Blake
[A&M / ATLAS, 2011]

Czy zdigitalizowanie idiomu zagubionego, introwertycznego barda to strzał w stopę czy jednak w dziesiątkę? Czy James Blake, dekonstruując czarną muzykę i sklejając ją na post-dubstepowym spoiwie, tworzy nowatorski muzyczny język, który po latach okaże się być jednym z kluczowych w recepcji mijającego dziesięciolecia? Czy medialna buźka Blake’a jest furtką poszukującej elektroniki do mainstreamu, nawet jeśli jedzie na wytartych z perspektywy znawców gatunku patentach? I wreszcie: czy najbardziej fascynują nas dzieła, które zaskakują, wywołują mieszane uczucia i nie dają się jednoznacznie ocenić? Długogrający debiut Brytyjczyka już zawsze kojarzyć będę z całą tą znamienną, nabitą mnogością optyk dyskusją, jaka się wokół niego wytworzyła, i której historia jeszcze nie całkiem dopisała post scriptum. To nie jest ścisła czołówka dekady, to nawet nie jest najlepsze wydawnictwo Blake’a, ale niewiele było w ostatnich latach płyt, które – podobnie jak kiedyś Kid A i Amnesiac, że tak pożyczę analogię – tak bardzo zmuszałyby do zajęcia jakiegoś stanowiska. Moje stanowisko jest takie: James Blake jest albumem piekielnie ważnym, ale nie byłoby go tutaj, gdyby nie intensywność doznań przy słuchaniu "I Mind", "I Never Leartn To Share" albo mojego ukochanego "Unluck". To są rzeczy wybitne. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »

przeczytaj recenzję


Uffie: Sex Dreams And Denim Jeans

093Uffie
Sex Dreams And Denim Jeans
[Ed Banger, 2010]

To taka płyta, którą się kocha albo nienawidzi czy coś takiego. Ja w sumie raczej przychylałbym się do "uwielbiam", a awersję do krążka kumam tylko na poziomie teoretycznym – ewentualne zarzuty nie są trudne do określenia, ale nic nie poradzę na to, że jak tego słucham, to nie umiem się postawić w roli osoby, której się ta muzyka nie podoba. Gdy pierwszy raz doświadczy się czegoś takiego, to mózg prawdopodobnie błyskawicznie rozpoczyna poszukiwania jakiegokolwiek punktu odniesienia i odpowiedzi na pytania: "czy ja lubię taką muzykę?", "jaka to jest muzyka?", "to jest muzyka?". W końcu trochę wymięka i przychodzi moment, żeby się określić. Oczywiście wydaje nam się, że jesteśmy w stanie rzetelnie przeanalizować czynniki wpływające na nasze odczucia, ale takie kwestie jak otwarty stosunek do nowości, zaciekawienie fajnym wizerunkiem piosenkarki z jednej strony i przywiązanie do pewnych absolutnych kryteriów wartościowania czy powiązane ze sobą niezrozumienie, podejrzliwość, zazdrość (w większości negatywnych recenzji, które czytałem, pod płaszczykiem poczucia wyższości dostrzegam frustrację tym, że dziewczyna, która w młodości chciała być tancerką albo dentystką nagrywa sobie trochę od niechcenia skrajnie porąbany i zyskujący rozgłos album i zdaje się zupełnie nie przejmować miażdżącą momentami krytyką) z drugiej wprowadzają sporo zamieszania. Od premiery minęło pięć lat, wspomnianych wyżej odpowiednich referencji nie przybywa, a sama Anna Katarzyna nie przymierza się chyba do nagrania drugiej płyty, więc jej debiut jeszcze przynajmniej przez jakiś czas pozostanie fascynującym dla jednych i odpychającym dla innych kuriozum. Ja wiem tylko, że raz na jakiś czas Sex Dreams and Denim Jeans posłuchać po prostu muszę, bo żadnego skutecznego substytutu jeszcze nie znalazłem. –Piotr Ejsmont

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2010"


Godspeed You! Black Emperor:
Allelujah! Don't Bend! Ascend!

092Godspeed You! Black Emperor
Allelujah! Don't Bend! Ascend!
[Constellation, 2012]

Pogrzebane cielska post-rockowych lewiatanów, które po okresie chiliastycznego oczekiwania przełomu wieków osiadły na mieliźnie i zakopały się w łachach, wraz z powracającym pływem znów bliskie są aktualnym prądom. Coś drgnęło i ponownie muzyka katastroficzna dobrze wpisuje się w historyczny widnokres. Wydane w najbardziej schyłkowym 2012 roku albumy Swans i GY!BE reprezentują właśnie monumentalne, siłowe rozwiązania, a choć koniec świata wtedy nie nastąpił, to przecież był cholernie blisko. Zresztą wszystko wskazuje na to, że dojdzie do niego raczej prędzej niż później. Powrót montrealskiego składu po dekadzie milczenia to pierwszy ze znaków. Trzon tego albumu stanowią dwa długie utwory: "Mladic", którego tytuł celuje palcem w kata Srebrenicy, to kocioł orientalnych elementów, którym bliżej do ekstatycznego "My Father, My King" Mogwai, niż do często nudnych kompozycji Sliver Mt Zion. "Mladić" znaczy po serbsku tyle co młodzieniec (wcześniej utwór prezentowano pod roboczym tytułem "Albanian") i słuchając nagrania, można dać się ponieść dawno niespotykanej w skostniałym gatunku witalności.  Nie inaczej jest w przypadku "We Drift Like Worried Flies", w którym jednak zrezygnowano z nawały na rzecz podszytej świdrującymi partiami gitar i smyków atmosfery zagrożenia. Przenosi się ona w finałowe momenty i naprawdę niepokoi mnie to, jak płynnie ten wieńczący kilkuminutowy hałas wraz z ostatnim taktem wdziera się w rzeczywistość. –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj »

przeczytaj "50 najlepszych nagrań 2012"


ALIZZZ: Sunshine

091ALIZZZ
Sunshine (EP)
[Mad Decent, 2014]

Jest coś takiego w maksymalistycznym popie Alizzza, co wywołuje we mnie wrażenie pewności. Poczucie bezpieczeństwa przyjętej konwencji. Podczas włączania Sunshine EP nigdy nie zdarzyła mi się ta dziwna sytuacja, kiedy dobrze znana płyta nagle wydaje się całkowicie obca, a przetarte ścieżki zaczynają prowadzić w zupełnie inne i do tej pory nieodwiedzane miejsca, wykręcając twoje dotychczasowe wyobrażenie słuchanej muzyki. Z jednej strony jest tu zaplecze Mad Decent: ceniąc kilkoro wiadomych faworytów z tego katalogu, część po prostu akceptując, a pozostałych lokując w przedziale "tych pojebanych kolesi od Diplo, których nie chcę i nie potrafię zrozumieć", mogę się cieszyć, że przynajmniej większością kierują dość podobne motywy. Z drugiej, już chyba samo perwersyjne wywlekanie konstrukcji na wierzch i wyrzeczenie się typowo popowej gładkości, formuła przeładowania środkami w modernistycznym popie ostatnich lat, "usystematyzowały się w mojej głowie na tyle, że mimo ciągłego zdziwienia, że w tę grę gra się samymi asami, zasady łapię od razu: Maxo będzie wymagał chociaż odrobiny analizy, za to w przypadku Alizzza – "słucham jak jest". Bo bez względu na to, w jak pokręcone rejony czasem zmierza, nie muszę się obawiać, że za zakrętem czeka mnie wysiadka. To doskonały przykład popowej moderny dla każdego. Takiej, którą bardziej się wchłania, niż konstatuje. –Krzysztof Pytel

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2014"


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Daria ZawiałowA Kysz!
Young MarcoSelectors 002