SPECJALNE - Ranking
Najlepsze polskie płyty XX wieku

Najlepsze polskie płyty XX wieku

11 listopada 2014

Wzruszyłem się, ale chyba i Państwo w polskich domach. Podobnie jak w przypadku bestofu lat 90., pomysł stworzenia listy polskiej sięga roku 2002, czyli samych zamierzchłych początków istnienia naszego serwisu. Tradycyjnie, jak przystało na perfekcjonistów, pomimo entuzjastycznych zachęt Zakrockiego ("już robimy, teraz"), postanowiliśmy się solidnie do zadania przygotować, a że bliższe jest nam raczej tempo maratońskie niż Tima Montgomery, oto po 12 latach meldujemy się na mecie. Dzień dobry, jesteśmy!

Naturalnie, przez ponad dekadę towarzyszący krajobraz mocno ewoluował. Kiedy rozpoczynaliśmy projekt od gromadzenia w piwnicach stosów kaset zakupywanych kilogramami na Allegrze (chyba nie było jeszcze takich pożytecznych wynalazków jak chomikuj) i stert sfatygowanych magazynów i książek, nikt z pokolenia młodych, rozkręcających u nas dziennikarstwo internetowe nie dałby za polską muzykę złamanego szeląga, ta kategoria zdawała się nie wzbudzać niczyjego zainteresowania. Jedyna systematyka jaka istniała była systematyką starszego pokolenia, pokolenia Tylko Rocka, stawiającego pierwsze kroki jeszcze w Jazzie i współtworzącego w międzyczasie różne Non Stopy, Rock and Rolle i Magazyny Muzyczne i była to hierarchia stricte rockistowska, nie uwzględniająca krztyny popu, traktująca po macoszemu polski estradowy mainstream i postrzegająca jazz jako element zupełnie odrębnego porządku. Po paru latach klimat był już zupełnie inny. Nagle, gdzieś tak pod sam koniec ubiegłej dekady, na wysokości naszego podsumowania polskich płyt i singli 00s, okazało się, że na muzykę polską zapanował pozytywny snobizm, a szperanie w dyskografii Ewy Bem i odkurzanie Wodeckiego stało się świeże, na czasie.

Rozkwit zainteresowania muzyką PRL-u znalazł ładną puentę w postaci obszernego singlowego podsumowania Screenagers, wraz z całą tą dość znamienną dyskusją, która rozgorzała wokół tego zestawienia na łamach prasy. Sprzyjające okoliczności przyrody zachęciły nas do finalizacji naszego własnego wielkiego projektu. "Oddajemy w Państwa ręce materiał wyjątkowy" – pierwsze w kraju podsumowanie polskiej muzyki systematyzujące w jednym miejscu dorobek szeroko pojętej muzyki rozrywkowej, zarówno gitarowej, jak i niegitarowej, oraz jazzu. Na jednym boisku zmierzyli się tu Kurylewicz i Kombi, Bartkowski i Bajm, Dębski i De Mono, Aya RL i Air Condition.

Wyłączając muzykę poważną, partyturową, staraliśmy się poznać i pogodzić wszystko – wieloletni, gigantyczny risercz objął zarówno najodleglejsze, dostępne tylko na winylach zakamarki dyskografii polskich jazzmanów, jak i, na zasadzie a nuż widelec, wszystkie longpleje przysłowiowego Andrzeja Rosiewicza i Budki Suflera (wspomnienia ryków Cugowskiego na Przechodniem Byłem Między Wami chodzą za niektórymi z nas do dzisiaj). Z wielkim zaciekawieniem zanurkowaliśmy w przaśnej scenie dance/disco-polo wyławiając jedną perłę (miejsce 99), zachęceni przez Maćka Cieślaka zachwycającego się Czarodziejskim Młynem zwiedziliśmy arcyciekawy świat polskich bajek ("Gdy-bym-to. No co gdybyś?") i przez nikogo nie zachęcani wyczyściliśmy do spodu Augiaszową stajnię polskiego punka spod znaku zespołu Włochaty (brrr...).

Warto wyraźnie zaznaczyć, że nie jest to przegląd historyczny, tylko nasz wybór najlepszych, najfajniejszych polskich albumów. Choć jest tu element kompromisu między gustem redakcji a wymogiem różnorodności, którego ofiarą padły usunięte nieco na siłę takie krążki jak Sno-powiązałka, Wiara, Nadzieja, Miłość I Inwigilacja czy O.gród K.oncentracyjny, próżno szukać w poniższym zestawie wielu płyt klasycznych, a jednak, w naszej opinii, niewystarczająco dobrych lub zgoła przeciętnych – nie ma więc między innymi Dżambli, Klanu, Sing Sing, Sośnickiej, a nawet Breakoutu. Wypadło też trochę jazzu, który być może według bezwzględnych, jakościowych kryteriów powinien się gdzieśtam w końcówce zmieścić, ale nie chcieliśmy was tą lista usypiać. I tak zmieściliśmy zaskakująco dużo. A to chyba dopiero początek – efektem naszych zmagań z polską muzyką będzie lista singli na wiosnę, szereg ficzerów, ciekawostek, a może nawet coś na kształt "surowego" leksykonu polskiej muzyki, gromadzącego niezliczone zapiski z przesłuchań i niczym nieskrępowane opisy fonograficznego dorobku bohaterów rodzimego grajdoła. Na razie polecamy nasz albumowy top, jak zwykle w pięciu odcinkach, z wisienką na torcie w postaci kierowanej do zagranicznego odbiorcy skompilowaną i skróconą angielską wersją obu naszych polskich podsumowań – do 99 r. i wspomnianego lat 2000-2009 (już w poniedziałek). Miłej lektury. –Michał Zagroba


T.Love: Prymityw 100T.Love
Prymityw
[1994, EMI]

W 1994 roku po transferach kolejno: Jarosława Polaka, Pawła Nazimka, Jacka Perkowskiego i Macieja Majchrzaka ukształtował się żelazny lineup T.Love. Zespół grał mnóstwo koncertów, zwiedził Stany Zjednoczone, a nowy skład zżył się bardziej niż szeregowi w czasie czołgania się w błocie. Jednocześnie wraz z odejściem Janka Benedeka zespół stracił swojego naczelnego songwritera – jedynego gościa, który potrafił wrzucić do piosenki dobrze zrobiony mostek. Muniek zaś zaczął pielęgnować swoje amfetaminowe hobby. Te wszystkie doświadczenia przekuły się na pewne szaleństwo i totalność Prymitywu. Słuchany po latach album wydaje się… uroczo bezmyślny. Co chwila jest tu serwowane jakieś wrażenie z kategorii WTF – litania żeńskich imion w "To Nie Jest Miłość"" (i fantastycznie zgrani instrumentaliści), zespół skandujący o samych sobie w "T.Love T.Love" i wycieczka do krainy grzybów w "Jednorękim bandycie": "Gdybyś pewnego dnia ranem / poczuł, że już nie jesteś panem / I że masz otwór zamiast laski / I już nie jesteś płaski / Czy pasowałoby ci to?". Ale o dziwo każdy gimnazjalny wrzut mocno chyba fetującemu, ale artystycznie będącemu w życiowej formie Muńkowi uchodzi na sucho. Kolejna sprawa to zmysł obserwacyjny Zygmunta – kibice, mafia, otwarte zachodnie granice, narkotyki, życie w wielkim mieście. Zygmunt jest tutaj Piesełem, który wszystko, czego doświadcza komentuje słowem "wow". Cała rzeczywistość Polski a.d. 1994 odbierana, filtrowana i przekazywana dalej w niezwykle intensywny sposób. A riff na początku "Potrzebuję Wczoraj" otrzymuje moją nominację w rankingu najlepszych "intr" w polskim rocku. –Piotr Kowalczyk

posłuchaj


Kasia Lesing: Wielki Błękit 099Kasia Lesing
Wielki Błękit
[1995, Magic]

American dream w warunkach wychodzącego z komuny Polandu? Proszę bardzo. Album dziewczyny, która zaczynała w chórkach Top One, to pozycja pełna sprzeczności. Już zestaw postaci odpowiadających za Wielki Błękit na papierze wygląda cokolwiek absurdalnie. Teksty: Janusz Kondratowicz (!), Jacek Skubikowski; muzyka: Maciej Jamróz (perkusista i menedżer Top One, polecamy także formację Jamrose); realizacja: Rafał Paczkowski. Jakim cudem udało się tak niecodziennemu gronu nagrać najlepszą polską eurodance'ową płytę? Nie mam pojęcia, ale zgadza się tu wszystko. Przeźroczysta maniera Lesing broni się zarówno w nostalgicznych, variusmanxowych momentach ("Z Daleka...", "Trzeba Żyć", "Po Drugiej Stronie), jak i w tych żywszych (pomnikowe "Nie Zostawiaj Mnie" i trochę madonnowe "Szminka I Tusz"). Każdy otwarty fan 90sowego popu znajdzie tu coś dla siebie, a ci, co wychowali się na "Disco Relax", znajdą tu podejrzanie dużo. –Kacper Bartosiak

posłuchaj


Kult: Spokojnie 098Kult
Spokojnie
[1988, Polton]

Kult stworzył swoje najlepsze, najbardziej dopracowane i równe dzieło na długo przed tym, jak zmęczona twarz Staszewskiego dumnie zawisła na ścianach ciasnych studenckich stancji, stając się ilustracją gustów ich mieszkańców. Na Spokojnie panowie odeszli nieco od suchych, post-punkowych struktur Posłuchaj, To Do Ciebie, wiążąc je z zainteresowaniem doorsowską psychodelią czy floydowskim art-rockiem i nie tracąc przy tym dusznej, dekadencko-fabrycznej aury, tak charakterystycznej dla swoich nagrań. Sam Kazik jest tu z kolei ekspresyjnie w życiowej formie, giętko lawirując między jednostajnymi, letargicznymi melodeklamacjami a sugestywnym zdzieraniem gardła w rozpłomieniających okrzykach. Przede wszystkim jednak zachwyca aranżacyjno-brzmieniowa drobiazgowość i egzotyka, nasuwając nawet myśl, że w trakcie nagrywania swojej trzeciej płyty na zespół zstąpił duch samego Briana Jonesa, a obracając się odważniej w obrębie stonesowskich paraleli, można by powiedzieć, że jako płyta krystalizująca artystyczną tożsamość Kultu, Spokojnie jest ich Aftermath, nawet jeśli nie doczekaliśmy się po niej odpowiedników Between The Buttons albo Exile On Main Street. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Various Manx: Elf 097Varius Manx
Elf
[1995, Zic Zac]





Mój pierwszy raz
–Kacper Bartosiak

posłuchaj


Piotr Figiel: Gdzieś, Kiedyś... Somewhere, Sometime 096Piotr Figiel Ensemble
Gdzieś, Kiedyś... Somewhere, Sometime
[1979, Pronit]

Zwykło się obiegowo uważać, że PRL to była jakaś Pustynia Błędowska muzyki z czarnym feelingiem, że jedyna szansa dla funk-soul-dyskotekowej pulsacji nadarzała się wtedy, kiedy przedzierała się ona jak krzyk rozpaczy przez kiczowaty blichtr i duperelną biesiadę na albumach gwiazd rodzimej estrady, przemycana przez zmyślnych songwriterów nieco pod nosem nie do końca świadomych tej operacji div (casus Jadwigi Strzeleckiej). Nie zapominajmy jednak, że obok takich postaci jak Ewa Kuklińska mieliśmy na naszym kartoflisku sympatycznych Motownowych trzecioligowców, jak Lucyna Owsińska, kapele typu Aura czy Fiesta, Discoland, wreszcie mieliśmy znakomitego Piotra Figla, w latach 70. współpracownika wszystkich możliwych polskich szansonistek, ale z powodzeniem funkcjonującego też pod własnym nazwiskiem, w kooperacji z tuzami pokroju Muniaka, Stańki czy ekipy Ewy Bem (na Gdzieś, Kiedyś... na gitarce sympatycznie przycina pan Winicjusz). Muszę przyznać, że jak słyszę ten zaraźliwy, stuprocentowo rasowy, murzyński motyw "Refleksji" to żałuję, że zamiast za zachodnią granicę nie wyemigrował Figiel do Los Angeles i nie przedstawił się Gordy'emu. Do CV mógłby załączyć błogo jazzujące "Na Złamanie Karku", markowe partie smyków i wycofany ciepły funk z soulowym vibem, wzbogacone o leniwe wokale Novych, a także udzielającego się ludzkim głosem Cugowskiego. Warto jeszcze sięgnąć po ciekawy funky-jazzowy debiut z 71, za to spokojnie można pominąć zbiór lirycznych kawałków skomponowanych przez Figla dla innych, zgromadzonych na Piotr Figiel Music. –Michał Zagroba

posłuchaj


Myslovitz: Miłość w Czasach Popkultury 095Myslovitz
Miłość w Czasach Popkultury
[1999, Sony Music Polska]

W latach 90-tych w Polsce nie było bardziej cool chłopaków od Myslovitz. Po latach kulturalnej separacji Polacy zaczęli mieć swobodny dostęp do zasobów zachodniej kultury, która uprzednio jedynie przeciekała do kraju przez palce wielkiego brata. Owocem tej zachłannej fascynacji bliskością i nawet możliwością jej współtworzenia był m.in. Freshman, a później Myslovitz. Początkująca czwórka muzyków z podkatowickich Mysłowic miała spore szczęście już po dwóch latach działalności współpracować z Ianem Harrisem – mającym w porfolio realizację dźwięku dla m.in. Joy Division i New Order, co zdecydowanie wpłynęło na jakość ich późniejszych piosenek. Muzyka Myslovitz od początku dodawała dumy polskiej scenie, była zachodnia jak przejażdzka w cadillacu Nicolasa Cage'a, która w miarę upływu albumów przekształciła się w seks z Shannon Doherty. Czwarty album jest przecięciem brit-popowych inspiracji z sięganiem po twórczość "amerykańskiej sceny sierot po Nirvanie", uzupełnianych przez post-punkową dosadność, lżejszy, Ride'owski shoegaze oraz poetykę coming of age, wraz z całym wachlarzem towarzyszących jej emocji.

W tych mniej cynicznych czasach Myslovitz nie wstydzili się do swoich muzycznych oraz zwłaszcza filmowych inspiracji przyznawać, z czasem jednak stracili wyczucie, co jest jeszcze wysublimowanym nawiązaniem (weźmy tutaj "Peggy Sue Nie Wyszła Za Mąż", czy "Nienawiść" – nieco zbyt dosłowną interpretację "Disarm" Smashing Pumpkins), ale ten album broni się konwencją popkulturowej widokówki. Myslovitz łączą tu agresywną wrażliwość Oasis ("Dla Ciebie" – polskie "Wonderwall") z glamem Suede w nieco mniej teatralnym wydaniu, co możemy doskonale usłyszeć w "Chłopcach", czy najbardziej znanej "Długości Dźwięku Samotności". Symptomatyczne dla Myslovitz jest to, że uwielbiali kompozycje proste, z chwytliwym hookiem gitarowym na otwarciu utworu, bądź delikatną zwrotkę i głośny refren. Główną inspiracją wydaje się być oczywiście Radiohead, chociaż, jak sama nazwa wskazuje, Myslovitz na tym wydawnictwie miał jeszcze sporo miłości do popu.

"Kiedyś nagrałem ten album w jeden dzień" – miał powiedzieć o Miłości... Noel Gallagher w nieautoryzowanym wywiadzie. Tak czy inaczej: pozycja numer jeden na pop-rockowej liście mojego pokolenia. –Iwona Czekirda

posłuchaj


Krzysztof Komeda: Ballet Etudes 094Krzysztof Komeda
Ballet Etudes
[1963, Metronome]

Mało brakowało, a to niewielkich rozmiarów dziełko nie weszłoby do zestawienia; na szczęście "los chciał inaczej". Ten niespełna dwudziestominutowy zestaw tytułowych, baletowych etiud, który Komeda zaprezentował jesienią 1962 roku na Festiwalu Jazz Jamboree (a który został nagrany w maju 1963 w Metronome Studio w Kopenhadze), stał się dlań przepustką do międzynarodowej kariery — wtedy zaczęły się występy na zagranicznych festiwalach, spływały zamówienia od europejskich wytwórni oraz na muzykę filmową od duńskiego reżysera Henninga Carlsena. Wkrótce potem jazzman wyjechał do Los Angeles, aby tam komponować muzykę do filmów, zwłaszcza do Rosemary's Baby Polańskiego. Wszyscy dobrze wiemy, że pobyt w Stanach zakończył się przedwcześnie tragicznym wypadkiem, który, czy chcemy, czy nie, tylko wzmocnił legendę Mistrza. Ale równie dobrze wszyscy wiemy, że wszelka mitologizacja w obliczu pozostawionej przez Komedę muzyki jest absolutnie zbędna — dźwięki "bronią się same", nawet te mniej znane, czy raczej trochę zapomniane, jak w przypadku Ballet Etudes (przynajmniej tak wynika z moich spostrzeżeń, bo wydaje się, że nazwisko Komedy nadal najbardziej kojarzy się z Astigmatic oraz ze ścieżkami dźwiękowymi; oczywiście nie oceniam tej sytuacji — po prostu dzielę się obserwacją i to wszystko).

Każdy fragment odznacza się tu elegancją, uczuciem (co może trochę paradoksalne, jak na muzykę napisaną do baletu, ale czuć w tych nagraniach kameralny sznyt i atmosferę "zadymionych, jazzowych klubów") oraz dbałością o każdą cząstkę utworu, przy jednoczesnej lekkości w odgrywaniu poszczególnych fraz i motywów. To się dzieje już w krótkiej, prowadzącej urywany dialog z ciszą "Introdukcji", zapowiadającej cały program. Pierwsza z etiud to poetycka, nastrojowa ballada, podszyta jednak jakimś pierwiastkiem niepewności, jakąś charakterystyczną dla Komedy podskórną neurozą, jaką jedynie on jest w stanie przekazać za pomocą muzyki. Druga etiuda, startująca od prostego motywu, przeradza się w jeden z najbardziej znanych utworów Krzysztofa Trzcińskiego — na pewno nieraz słyszeliście ten fantastyczny temat otoczony instrumentalnym bogactwem, który zapamiętuje się z łatwością. Tak jak ciężko nie zapamiętać porażającej wokalizy Wandy Warskiej w kolejnej, bardzo oszczędnej, jeśli chodzi o instrumentarium, etiudzie (mamy tylko kontrabas, fortepian i głos). Nie dysponuję niezbitymi argumentami na korzyść tej etiudy, ale gdy na wysokości 2:50 pojawia się przejmujący, smutny, a zarazem anielski lament, wtedy coś przeszywa mnie na wylot. Mogę to porównać z "The Great Gig In The Sky", choć mimo wszystko ciężko zestawiać obie kompozycje. Ale wracając — zamykająca etiuda to jakby pigułka, streszczenie poprzednich etiud i uroczyste zwieńczenie całości. Całości krótkiej, zwartej, ale za to jakże pięknej. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Ewa Demarczyk: Ewa Demarczyk Śpiewa Piosenki Zygmunta Koniecznego 093Ewa Demarczyk
Ewa Demarczyk Śpiewa Piosenki Zygmunta Koniecznego
[1967, Polskie Nagrania Muza]

O Demarczyk mówi się czasem, że to polska Edith Piaf, ale mi bardziej kojarzy się z Marią Bethanią, elegancko chwytającą jakieś narodowe, rozedrgane idiosynkrazje. Oczywiście więcej na tej płycie wpływów klasycznego szansonizmu niż MPB, ale zupełnie nie o to mi teraz chodzi. Myślę raczej o swoistej nieprzekładalności tych utworów, nie tylko w zakresie lingwistycznym, ale też emocjonalnym; o dystynktywności bardzo konkretnego wykonania. Można je nazywać kanonicznymi, ale nie można ich nazwać standardami – one są opatentowane i zarezerwowane. Kompozycje i aranżacje Koniecznego też mają w sobie dziwny dryg jednorazowości – igrają ze spokojną przewidywalnością, a tak naprawdę rozrywają swoją konwencję niczym brutaliści modernistyczną bryłę, niemal z urzędu wykluczając jakiekolwiek kontynuacje. Trudno zważyć ten album, bo z jednej strony może być potraktowany jako bardzo poważna, domknięta wypowiedź artystyczna, a z drugiej brakuje mu uniwersalizmu. Chyba najlepiej potraktować go jako precyzyjny zapis doświadczeń pewnego pokolenia, wyraz pewnej historii narodowej i osobistych historii ludzi w nią uwikłanych. I nie ma co narzekać, że maniera na dłuższą metę nieco ciężka, że kawałki trochę nierówne. Znacie taki film Kanał? –Krzysztof Michalak

posłuchaj


Dżem: Detox 092Dżem
Detox
[1991, Dżem SC]

Taaaak, ja wieeeem – rzyg, śląskie kluchy w zawiesistym sosie i Przystanek Woodstock. Zresztą nadal jeśli gdzieś przypadkiem zasłyszę refren "W Życiu Piękne Są Tylko Chwile", to mam ochotę zabijać – ja, pacyfista. A jednak będę się upierał, że dwie długogrające pozycje w dorobku tej (generalnie słusznie) znienawidzonej na niezal-dzielni grupy są co najmniej godne uwagi. Cegłę odnalazłem niedawno na kasecie zachowanej z głębokiego pacholęctwa i momentami dostajemy tam równo skrojony post-(tak!)-blues-rock, jakiego nie powstydziłby się O'Rourke na Insignificance naśladując Lynyrd i Allmanów. Jeszcze nawet elegantsze oblicze grupa zaprezentowała na swoim opus magnum Detox (for the record – nabyłem przed laty na CD za grosze). Nie będę rozpisywał się nad mitologią tego albumu – zajrzyjcie se do "Tylko Rocków". Ale jest to wyjątkowe dzieło jak na ten brodaty zespół, świadectwo osiągnięcia dojrzałości tak muzycznej, jak i tekstowej, rodzaj ich Abbey Road, czyli bezskaźna kolekcja symetrycznych, platońskich formalnie utworów. Zachwyca wachlarz stylistyczny: jest patetyczna ballada hard-rockowa a la Guns N Roses ("Ostatnie widzenie"), zaskakująco udany fusion-funk "Mamy forsę – mamy czas", chora auto-adaptacja riffu z "Powiał Boczny Wiatr" w "Jak Malowany Ptak", dwie pełniące rolę klamry, niezwykłej urody miniatury na akustyczne gitary ("Śmiech czy łzy" Otręby i "Letni Spacer z Agnieszką" Styczyńskiego), jazz-blues w tytułowym (kapitalny refren!), wzniosła fortepianowa ballada "Sen o Victorii" (btw splagiatowana z pamiętnej kody Jima Gordona do "Layla" Claptona) oraz oczywiście słynny "List do M." – tak konfesjonalny, boleśnie osobisty numer, że ciężko się go w ogóle słucha. Riedel jest coraz bliższy śmierci z nałogu i w planie literackim ten materiał portretuje jego zmagania. Lecz nie jest to żadne użalanie się i upajanie nieszczęściem, tylko zapis walki z krwi i kości – fantastyczna rockowa płyta na swoich prawach, bez rozmemłania właśnie. Reasumując: TAK WIEM, że Dżem = zło, ale tego akurat krążka będę bronił do upadłego. A zatem wznieście się ponad uprzedzenia i zrozumcie, że – jak palnął niegdyś Crispian Mills – "Hitler też miał dobre strony". –Borys Dejnarowicz

posłuchaj


Jan Jarczyk: To And Fro 091Jan Jarczyk
To And Fro
[1981, Helicon]

"Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca", miał zarapować kilkanaście lat później Kazik Staszewski. Ale w roku 1981, jakby na przekór tej obiegowej opinii o naszym charakterze narodowym i na przekór napiętej sytuacji politycznej w kraju, zespół Jana Jarczyka nagrał w szwedzkim studio zwiewny, słoneczny album, który swą lekkością odsyłał raczej do klasyków brazylijskiego jazzu, niż do polskiej tradycji fusion. Jarczyk był już wtedy doświadczonym muzykiem, mającym na koncie współpracę m.in. z Seifertem, Namysłowskim, Nahornym, Ptaszynem i Stańką, więc o prostym kopiowaniu patentów bossa novy nie mogło być mowy, ale każdy z utworów zawartych na To and Fro emanuje tą specyficzną pogodą ducha i niezwykłą harmonią emocji, znaną z nagrań Stana Getza czy Joao Gilberto. Nawet w melancholijnym kawałku poświęconym pamięci Seiferta, drużyna Jarczyka nie uderza w żałobne tony, tylko zdaje się po prostu mówić "Dzięki, że byłeś". Sam Jarczyk zmarł niedawno, nieco zapomniany, w odległym Montrealu, więc teraz chyba nasza kolej, żeby mu podziękować, że był, bo To and Fro to kompletnie niedoceniona perełka polskiej fonografii. –Krzysztof Michalak

posłuchaj


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Aneta Sablik"Ulalala"
Leh"Łabędź"