RECENZJE

James Blake
James Blake

2011, A & M 6.2

AR: Jak przeczytałem tekst na Screen to oczywiście postanowiłem LP Blake'a jakoś polubić. Rękoma, nogami jeśli nie uszami. Poza tym mam zapisane w kontrakcie, że nie chcę osuwać się w odmęty krytyki negatywnej, bo zależy mi na swobodnym poruszaniu się po miastach Polski i świata przyległego. A jednak nagle okazuje się, że razem z pastorem Blake'iem "I'm falling, falling".

James Blake to zagłębienie się w statyczność depresji i próba rozegrania na metapoziomie stylistyki Ivera, Antony'ego i P.J. Harvey z chwili kiedy siadła w białej sukni i mgliście wpatrzyła się w puste centrum wszechświata.

Rezultat znany i w każdym z wydań nie do końca satysfakcjonujący. Blake dodał sobie jeszcze jeden front i padł na obu, nie dźwigając ambicji stania się szczwanym prestidigitatorem formatu Wayne'a Coyne'a. LP nie wyzwala autentycznych wzruszeń, a jego quasi-dekonstrukcje są dalekie od błyskotliwości niektórych fragmentów EP-ek; może efektem tej drugiej porażki jest to, że niektórzy wolą w nim teraz widzieć swój odpowiednik Antony'ego, dla którego naturalnym, na pewnych poziomach bezrefleksyjnie wykorzystywanym otoczeniem jest zarówno fortepian jak i cyfrowe edytory dźwięku, zamiast twórcy świadomie wykorzystującego postmodernistyczny kontekst recepcji EP-ek, chcącego kontynuować ten korzystny dla niego trop krytyczny, ale wystrzelanego z kreatywności przy pracy nad EP-kami na tyle, że na równocześnie z nimi na zasadzie odskoczni tworzonych utworach składających się na LP w miejsce konkretów jest w stanie dać tylko odpowiednią otoczkę. Wyzwalając się z uogólniania, "jak dla mnie" pocięte, rozedrgane zagrywki i sztuczki mijają, jako się rzekło, bez śladu i nie robią ranek w sercu. Nawet nieliczne wyróżniające się utwory poza kontekstem longplay'a mocno tracą. Przewagę "I Mind" tworzy tylko żywszy motyw wokalny, bardziej dynamiczna rytmika i ambientowe spiętrzenia pozbawione kalkulowanego patosu, który dyskwalifikuje podobne zagrania w innych miejscach albumu, przywodzące na myśl seans spirytystyczny z Richardem Dawkinsem i prowokujące litanie w rodzaju: próżnia, próżnia, próżnia, próżnia, dupa.

Zoom: gdzieś w "I Never Learnt To Share" zaczyna bić serce (nie Blake'a, Antony'ego), organy CMYKają, z bladego mroku wynurza się domowe studio Czesława Niemena, ale co z tego, i tak zaraz pozór dekonstrukcji oddaje się w służbę najprostszej, katolickiej kulminacji. Znowu Szwajcaria, co z tego że w Rzymie i zamiast gór nie porusza się halabarda? Jak nie od razu to na samym finiszu nieudana symulacja podniosłości wytraca ślady dobra i naświetla Blake'a problemy z wyczuciem i z poruszaniem się w kategorii minimalizmu. Dubstep swoją mechanicznością prosił się o chłodne obchodzenie się z jego materią, folk, soul i Radiohead odsłaniają aktualne braki Londyńczyka.

RP: Sprawa jest bardzo delikatna. Na tyle delikatna, że zacznę od krążącej gdzieś wokół właściwego tematu polemiczki z Andrzejem. Mianowicie, jeśli chodzi o podejście estetyczno-literackie, James Blake to wcale nie "zagłębienie się w statyczność depresji", a jako dowód proszę choćby obejrzeć Człowieka, Który Śpi na podstawie Pereca, że sobie cisnę sztandarowym przykładem. James Blake to natomiast dziennik intymny 22-letniego chłopaka, a problemem tej strategii wydaje się być brak podrasowania. Taka strategia nie oglądania się za niczym innym niż w szkle za sobą samym wrażliwym. Strategia redukcji – wywalenie ego ponad zdolności, ponad użytkowe potraktowanie niewątpliwego talentu. Dokonanie wyboru pomiędzy wrażliwością a talentem, a zapominać tu nie można, że Blake'owi ani jednego, ani drugiego, bozia nie poskąpiła. Dokonanie wyboru takiego, a nie innego. Zaryzykowanie szkicowości tylko po to, żeby uzewnętrznić smutek, jakkolwiek by on przy przysłowiowych dzieciach z Etiopii nie wyglądał. Dajcie spokój, to przecież wzruszające!

Z uwagi, że to, czego się tu podejmuję jest tylko ćwiartką, z czystym sumieniem mogę po prostu odesłać do tekstu naszego prezesa honorowego, który sporo trafnie w całym zamieszaniu wypunktował, choćby ta analogia z recepcją Radiohead, też to zauważyłem. Nie wiem jak nazwać czynnik, który o tym decyduje, ale James Blake to sprawa warta zastanowienia i choć jeśli chodzi o sprawy czysto muzyczne, powiedzmy, nie umywa się do EP-ek, to jednak całkiem możliwe skwitowanie jej prychnięciem o niespełnieniu oczekiwań jest błędem. Album – Blake w ogóle – tchnie czymś niebywale świeżym, nie do końca zdefiniowanym, ale świeżym, mimo, że brak tu zdecydowanie rzeczywistej odkrywczości na płaszczyźnie samych kompozycji. Smutne biało-soulowe wokalizy nieśmiałej nastoletniej płaksy, covery na single, wypomniana przez Andrzeja *kulminacja* "I Never Learnt To Share"... Tak, kulminacja, no kto by się spodziewał?, kulminacja! A jednak – czy to przypadkiem nie zdecydowany highlight płyty? Wyświechtany pomysł eksplodował nagle drgnieniem takim, że Blake musiał w tak czczy sposób trochę krwi nam oddać i ja osobiście nie pozostaję na to obojętny. Ta kulminacja – ona jest po prostu taka dobra. A wcześniej w tym samym utworze, czy aby nie ma tam wsamplowanego Neila Younga ze ścieżki dźwiękowej do Truposza? Czy Blake napisał te sekundy z takim wyczuciem ducha jak Young, czy po prostu (tylko?; czy to pytanie ma sens?) potrafił to usłyszeć i wkleić w odpowiedni przedział sekundowy *swojej* organizacji czasu *swojego* niepokoju? Chuj wie, że jeszcze zażartuję.

Powinienem napisać o muzyce? Właśnie nie wiem... (a może Blake używałby wielokropków?) Zresztą już pisali i mam nadzieję, że popiszą. Bo właśnie chodzi o to, że coś się dzieje, albo chociaż mam na-dzieje. I być może ten bardzo urokliwy debiut jest tylko przedwczesny, a jak James jeszcze trochę dojrzeje, okaże się, że nie było o co kruszyć egzemplarzy tego dokumentu, tego, wracając do literatury, bildungsroman.

PM: Historycznie moje ulubione albumy to te, które wykraczają poza sceny z jakich rzekomo wywodzą się ich autorzy, a jedyną szufladką, do której można byłoby je wrzucić, zdaje się być ta oznaczona dużą literą M. Vide Radiohead (piękne porównanie), Remain In Light czy Leaves Turn Inside You na przykład. Debiut Blake'a nie dołączy do nich z prostego powodu – nie porywają mnie osobiście konkretne songwriterskie motywy i motywiki zawarte na płytce. Na miejscu dubstepowców czy fanów Cassa McCombsa nie irytowałbym się jednak gatunkową wieloznacznością muzyki Anglika – w tym przecież tkwi największy atut jego twórczości. Czekam tylko na trochę lepsze piosenki.

FK: Nad Blake'iem ciąży fatum pierwszych EP-ek, na których tworzył dubstep bez dubstepowej motoryki (to cytat ze mnie, wiem, ale nadal tak uważam i nadal mnie taka opcja średnio rusza) i wyśrubował nimi oczekiwania (prorocze słowa MJ o tym, że pod koniec roku będzie o nim głośno). I potem, kiedy nagle – uwaga, spiskowa teoria dziejów: to niezadowolony z siebie ojciec mu kazał, bo sam Blake nie chciał – otworzył japę i podporządkował "Limit To Your Love" swoim strunom głosowym, zaskoczeni wtajemniczeni zrobili "wtf". Ale to nie szkodzi, bo dokładnie w tej samej chwili niewtajemniczeni podlinkowali go sobie na Facebooku. Dlatego owi niewtajemniczeni, którzy są od wtajemniczonych lepsi, bo jest ich dużo, podchodzą do Blake'a bez bagażu oczekiwań i mogą w pełni cieszyć się świetną płytą białego wykształconego wunderkinda, który wprowadza ich w świat zadumy i kruchych emocji powiązanych z użalaniem się nad sobą, zapakowanych w nieoczywiste dźwięki. Łatwo mi takie opowiastki przychodzą, bo James Blake jest pierwszym Blake'iem do którego chce mi się wracać, bo na żadnym wcześniejszym nie było tak słodkiego i chwytliwego kawałka jak "Lindisfarne II", nie było tak fajnego rozwoju napięcia, jak na "I Never Learnt To Share" (faktycznie, to może być punkt kulminacyjny, na pewno przy pierwszym przesłuchaniu najmocniej zapada w pamięć), tak ironicznie przetworzonego wokalu, jak na "Why Don't You Call Me", tak trafnie podsumowanych własnych fascynacji, jak w "I Mind". Tak więc, Drodzy Miłośnicy CMYK, pogódźcie się z tą płytą, bo w tym roku nic innego Blake Wam nie da. Embedujcie.

Andrzej Ratajczak     Radek Pulkowski     Patryk Mrozek     Filip Kekusz    
11 lutego 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie