RECENZJE

Uffie
Sex Dreams And Denim Jeans

2010, Ed Banger 7.5

KFB: Nareszcie! Nie przesadzę jeśli powiem, że na tę chwilę czekaliśmy latami, bo pierwsze konkretne zapowiedzi longplaya panny Hartley zaczęły pojawiać się już w połowie 2007 roku. Ale tak, po drodze zdarzyła się ciąża, zdarzył się ślub (podobno w pakiecie z rozwodem), zdarzyło się też kilka kolejnych kapitalnych singli, które jeszcze bardziej rozbudziły nasz apetyt. Cały czas kibicowaliśmy tej dziewczynie, a jakże, ale myślę, że każde z nas w głębi duszy czuło, że na dłuższą metę cały "projekt Uffie" udać się po prostu nie może, bo ta formuła musi się w pewnym momencie wyczerpać. I to jest dobry moment żeby wyjaśnić meritum, bo często spotykam się z lekkim niedowierzaniem – "jak to? Wy poważnie z tą Uffie? O co chodzi?" – ano chodzi przede wszystkim o POSTAĆ. Oczywiście przedstawiam teraz sytuację z mojej perspektywy, ale mnie zawsze najbardziej ruszała ta inność Uffie przejawiająca się już w samym sposobie bycia - bossowska pewność siebie ("It's little Uffie of course"), olewka wszystkiego i wszystkich ("I never claimed to be an artist / I can't even sing, you know") a do tego deklarowanie mentalności party-girl ("Sometimes when I wake up I don't know where I've been"). W skrócie – zabójcza kombinacja, która opatrzona jedyną w swoim rodzaju aparycją strasznie mnie urzeka, bo sam zupełnie taki nie jestem i w jakiś sposób chyba mi to imponuje (hehe). Nie wiemy oczywiście (i to jest najlepszy aspekt dotyczący postaci Hartley) na ile to wszystko jest prawdą, laska wysyła tyle sprzecznych sygnałów samymi piosenkami ("First Love" vs "Ready To Uff"), że doprawdy, ciężko być tu mądrym. Próby przesądzania sprawy nie mają sensu – nikt nie wie co siedzi w głowie tej dziewczyny i niech tak zostanie. Fascynujący aspekt osobowościowy to jedno, ale to samo w sobie powinno być tylko dodatkiem, bo kiedy staje się główną wartością (jak np. u Gagi) to możemy sobie co najwyżej ziewać – w końcu jesteśmy portalem zajmującym się muzyką a nie dziewczynami!

W przypadku Sex Dreams & Denim Jeans Uffie wsparli "jak jeden mąż" ważni członkowie "stajni Eda" a zespół producencki uzupełnił stary wyjadacz Mirwais, którego do tej pory kojarzyliśmy głównie z średnio udanymi kawałkami Madonny, ale Annie-Katarzynie (która spokojnie mogłaby być jego córką, gościowi w tym roku stuknęła 50tka!) oddał to, co miał najlepsze. O wybornym, łobuzerskim kawałku tytułowym pisali koledzy w niedawnym playliście, ale mnie chyba nawet bardziej zachwyca to, co Mirwais zrobił z brzmieniem "Illusion Of Love". Tak, Uffie zapowiadała, ze ten kawałek to ma być takie "Ray Of Light" na kwasie, ale efekt przechodzi najśmielsze oczekiwania. Nie ma pseudo-rapu, nie ma bossostwa, Hartley "próbuje śpiewać", ale to jak przestrzenne jest brzmienie tego kawałka... Ciągle nie ogarniam, jeśli to naprawdę zasługa kwasu to w hicksowskiej manierze wypada mi tylko podziękować. Podkłady Oizo też sieją niezły rozpizd, samplowanie Morodera w "Mcs Can Kiss" na papierze wygląda karkołomnie, ale z perspektywy całego albumu trzeba przyznać, że to był naprawdę kapitalny pomysł na singiel. Ciekawą nowością jest też lekko daftpunkowe "Neuneu", uroczo polukrowane autotunem – nie pamiętam, żeby Hartley próbowała robić takie rzeczy wcześniej. Właśnie, bo generalnie autotune to często stosowany na Sex Dreams & Denim Jeans zabieg i jakkolwiek w 90% przypadków dotyczących innych artystów takie zabawy potężnie mnie irytują, tak kiedy coś takiego proponuje Uffie to łykam to w całości. Chyba wszystko tkwi w jej głosie, który naturalnie jest dosyć "słodki", ale użycie autotune'a tylko to uwypukla a nie przerysowuje.

Innymi producentami, o których warto wspomnieć, są Feadz (odpowiedzialny za pierwsze przeboje naszej gwiazdy) i SebastiAn, który stworzył pokręcone "Difficult", uroczo nośny, naiwnie popowy w pewnym sensie kawałek, co stanowi pewne zaskoczenie dla tych, którzy znają nieco mroczną twórczość solową tego typa. W szerszej perspektywie należy pogratulować kapitalnego pomysłu, ponieważ taka ilość producentów z różnym podejściem do tematu przekłada na eklektyzm brzmieniowy tej płyty, co stanowi kolejny niewątpliwy atut debiutanckiego albumu Hartley. Kolejnym są teksty – do tej mistrzowskiej maniery zdążyliśmy się przyzwyczaić, niemniej wersy takie jak "You got the new Uffie / And you got right to complain cause I am fucking lazy / But yeah, I look right / And yes I smell right" to ciągle rozkurw w biały dzień. Fragmencik z "Neuneu" : "I am a rockstar / And I party like one / In fact I partied like a rockstar before being one" to już w ogóle jakaś totalna ubercooloza i zupełne uzasadnienie mojej sympatii do tego porażającego szczerością i naturalnością dziewczęcia. Zresztą porażające liryki można wykroić z co drugiego tracka i uwierzcie mi – jest się czym jarać, oj tak.

Słowem – otrzymujemy produkt idealny, w którym nie brak absolutnie niczego. Szkoda tylko, że koncertowa odsłona Uffie do końca nie przekonała, ale tu bardziej zadecydowały warunki zewnętrzne – średnie nagłośnienie i ograniczenia czasowe. Nie mam pojęcia jak potoczą się dalej losy tej dziewczyny, może nie nagrać już nic więcej, ale dla mnie Sex Dreams And Denim Jeans z tego miejsca przechodzi do historii jako jedna z najlepszych płyt rozpoczynającej się dekady. Dzięki, Uffie, dziękuję, dobranoc.

MHJ: Pedro Winter, menadżer Daft Punków, teraz szef labela Ed Banger, podkreśla z dumą, że w karierze Uffie nic nie dzieje się na siłę. Hartley prawdopodobnie nigdy sama z siebie nie wpadłaby na to, żeby udzielać się publicznie, takie pomysły to do Feadza. Co pewne, w projektach z udziałem Uffie liczy się ta jej niewymuszoność i brak premedytacji. Dziewczyna zdaje się mówić: "no skoro tak, to niech już będzie" i jakby rozwinięciem tej niebyłej tezy jest właśnie Sex Dreams – album wyzbyty przytrzymywań i przynudy, tytuł, trafnie i bez przekory, zapowiada ogólne wrażenie całości. Teksty Uffie są proste w przekazie i niosą treści średnio eschatologiczne. Zagwozdkami mogą być wyznania jak to w "MCs Can Kiss" – Uffie od niechcenia rzuca, że nie poczuwa się do spełniania nieistniejących obietnic: "I'm an entertainer, not a lyricist". Podobne nieprzyznawanie się do jakichkolwiek zobowiązań pojawia się w "Our Song" – "I never claimed to be an artist, I can't even sing". Może trochę drażnić to jej stawianie się w roli urokliwca, którego kocha się za "nic". Podług typologi osobowości, autorstwa mojego współlokatora, Hartley mogłaby częściowo pretendować do niechlubnego tytułu "rezolutnego brzdąca" (patrz: Ala Janosz). Trudno mi odciąć się od tej asocjacji i w pełni zachwycać się rozkosznymi lenistewkami, do których Uffie przyznaje się z "rozbrajająco" elementarną rozkminą przedszkolaka – "And you got right to complain cause I am fucking lazy". Kpina z bycia celebrytką i niespecjalne dostrzeganie różnicy między tym, co jest obliczem scenicznym a tym jak ma się ono do życia "naprawdę" oraz jakże obowiązkowa nawijka o miłościach i uczuciach – tyle mniej więcej w sferze merytoryki. "Gdzieś tam" niesforność ową podbiera równie charakterno-zblazowana kontra ze strony niesztampowych zasobów producenckich Ed Bangera. I wychodzi bardzo spójnie to wszytek, wbrew rozmaitościom brzmieniowym, dając w efekcie płytę z melodyjnym, wiertłującym animuszem i przewrotną antytezą dla podejrzewanej u Uffie niesłychaności.

KB: Zwykle ciężko mi ogarnąć Sex Dreams And Denim Jeans za jednym zamachem. Całość jest lekko przeładowana, niektóre utwory dość mocno odstają, a tracklista nie wydaje się do końca spójna (wyskakiwanie "MCs Can Kiss" po relaksie jaki zapewnia poprzedni utwór = zawał, nawet jeśli z premedytacją). Dobrze Uffie w autotunie, ale momentami jest go tyle, że zaczyna boleć głowa, a dodajmy do tego wycie i fałsze. Tylko to są wady, których można było się spodziewać. Nawet jeśli momentami przesłaniają ogólną wysoką jakość materiału, to ciężko tu coś wytykać. "Neuneu" jedzie w podobnym rytmie i beacie, co moje nadal ulubione "First Love", a staje się podobnym tanecznym hymnem, co nieobecne "Hot Chick". "Difficult" śmiga jakimś teen-popowym vibem, ale to nic przy quasi-niewinności (wynucone "We don't give a fuck"!) w "Give It Away". Zdecydowanie najsłabiej wypadają tu produkcje Mirwaisa – ani tytułowy utwór, ani (chociaż z fantastycznym tekstem) "Illusion Of Love", ani wreszcie kompletnie zbędny "Hong Kong Garden" nie robią na mnie wrażenia, a z perspektywy czasu "ADD SUV" jakoś nie powala poza genialnym refrenem. Plusy dla Feadza, minusy dla Mirwaisa, ze spokojną aprobatą dla Mr. Oizo, choć to on jest autorem najlepszych pięciu minut albumu, czyli tych gdy w słuchawkach dudni "First Love". Sama Uffie czasem za wiele jęczy, ale daje radę. Lista roku jest, atomowego rozkurwu nie ma, tylko że ja się go nie spodziewałem.

RG: Co ta Uffie robi, no co ona robi, Kacper przestaje być team playerem i wali jedynkę w ćwiartce, Magda jest mniej poetycka niż zwykle, a Kamil chwali pop atakując go narzekaniami, a moja niewinność jest wyraźnie nadwyrężana od paru paru dni przez Sex Dreams and Denim Jeans i czasem mam auto-tune-hate, ale jednak częściej czuję Uffe-love i nie powinienem tego pisać słuchając "MCs Can Kiss", bo przestaję robić kropki. Bęc więc w "Neuneu" i do spokojniejszego podejścia do zwodzenia za nos i kurcze, w tej płycie o to chodzi, że ona sobie pogada, poudaje albo nie, bezkompromisowo podkreśli, że jest gwiazdą rocka co sobie imprezuje i jak się wycofasz do "First Love" to nagle leci, że ona ma Pana Tajemniczego, który sprawia, że czuje się piękna, ale już w "Art Of Uff" to jest antypatyczną zimną zdzirą. I wszystko oblane doskonale producencko popem, z najlepszymi podkładami, które tak jak Uffie, wykonują ciągłe ruchy Browna i przyjmują tysiąc różnych form: od czystych trąbek radosnych, przez frontalne rozpierdol-ataki aż po jakiejś rozwlekłe ździrowate ściekające "Illusion of Love". No i nie do końca wiadomo co zrobić z tą Uffie, czy się podjadać bardziej czy mniej, czy wierzyć w tego męża, ale kaman, najważniejsze jest to, że to kolejna BARDZO listowa płyta i moment zahaczający leciutko o jakąś popową historyczną chwilę. Słuchajcie tej płyty, a nie nas czytajcie.

Kamil Babacz     Magda Janicka     Kacper Bartosiak     Ryszard Gawroński    
14 czerwca 2010
BIEŻĄCE
Piotr KurekPolygome
Billie EilishWhen We All Fall Asleep, Where Do We Go?