SPECJALNE - Ranking
100 najlepszych płyt 2010-2014

100 najlepszych płyt 2010-2014

14 września 2015

Deathspell Omega: Paracletus

50Deathspell Omega
Paracletus
[Norma Evangelium Diaboli, 2010]

Urok francuskiego blacku, jeśli mogę pozwolić sobie na tak wątpliwą kategoryzację, przejawia się moim zdaniem przede wszystkim w utożsamieniu muzycznego ekstremum ze specyficznie pojętym intelektualizmem. Dwa najbardziej znane tamtejsze projekty, Deathspell Omega i Blut Aus Nord, prezentują podobną konsekwencję w tematyzowaniu własnej twórczości wokół teologicznych i filozoficznych zagadnień, dzielą też, jak można wnosić z tytułów, zamiłowanie do języków antycznych. W obrębie swoich sztandarowych trylogii (odpowiednio: cyklu "metafizycznego", którego ostatnią odsłoną jest właśnie Paracletus, oraz serii 777) podejmują odważną grę z zastaną symboliką, proponując metal heretycki, zrywający więź z legendarną, nordycką Europą i wkraczający w uniwersalny świat umysłowości średniowiecza. Pojawiają się więc późnoantyczna gnoza, jakieś szalone reinterpretacje trzynastowiecznej scholastyki czy referencje do ruchów mistycznych. Choć oba cykle szukają patronatu Georges'a Bataille'a, to nić porozumienia z metalową ortodoksją wydaje się bardzo silna – jest to avant-black nierozcieńczony, w gruncie rzeczy poruszający tematy w najlepszym razie uznawane dziś za poważne, w najgorszym – za egzaltowane.

Tego typu uwiarygodnienie pozwala sztandarowym reprezentantom francuskiej sceny prezentować w sferze muzycznej bardziej mimetyzm blacku niż jego rzeczywistą realizację, bez uszczerbku na środowiskowej reputacji. W przypadku twórczości Vindsvala ten eklektyzm środków rzuca się w oczy nieco bardziej. Panowie z Deathspell Omega posługują się nieco inną metodą, zastępując typowe rozmycie struktury kompozycji i surowość brzmienia wystudiowaną i pedantyczną odmianą chaosu. Ten kamuflaż przechodzi często niezauważenie. Paracletus, będący ukoronowaniem serii poświęconej Diabłu, Bogu i ludziom, jest też najbardziej wystudiowanym z trójki. Zaskoczenia i kontrasty nie są tu tak ostro zaznaczone, więcej jest prób operowania repetycjami, co sprawia, że album jest też łatwiejszy w odbiorze – choć warto chyba spróbować umiejscowić go sobie w obrębie całej trylogii. Zwłaszcza ci, co nienawidzą black metalu i lubią to uczucie, będą tą płytą zachwyceni. –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj »

przeczytaj "Rekapitulacja roczna 2010: Metal"


Drake: Nothing Was The Same

049Drake
Nothing Was The Same
[Cash Money, 2013]

 

 

 

 

Protoplasta rapowej subtelności i (z przymrużeniem oka) quasi-queeru z Take Care na Nothing Was the Same udowodnił, że emocjonalność gołowąsa, lecące ciurkiem łzy i chroniczna, będąca antonimem TEJ GRY zniewieściałość stać się mogą domeną nie tylko skonfundowanych, nieśmiałych amatorów Teen Choice Awards, a równie dobrze archetypicznych mężczyzn z prawdziwego zdarzenia (chyba że przytoczony tu wysoki, barczysty, spotykający się z Łuczenko Wojtek Szczęsny do takowych nie należy). Drake położył łapy na niezagospodarowanej dotychczas (przynajmniej nie w należyty sposób, nie płytowo, bardziej singlowo) niszy. Śpiewane refreny, ultraświeża produkcja oraz hook goniący hook zbudowały twór, który za sprawą swojej przebojowości pozostawia wszystkich innych raperów daleko w polu, z ręką w nocniku i kciukiem wetkniętym w rozdziawione usta. Synteza pożądanej przez ciemnoskórą część obywateli wierszowanej Ameryki z post-r&b-przystępnością. Young Money Cash Money Billionaires na luzie w radiu? O stary, nigdy bym nie pomyślał! –Witold Tyczka

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "Rekakitulacja roczna 2013: Hip-hop"
przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


Coyote Clean Up: 2 Hot 2 Wait

048Coyote Clean Up
2 Hot 2 Wait
[100% SILK, 2013]

Fabularna gra Neuroshima osadzona jest w realiach świata wyniszczonego przez bunt maszyn, które wymknęły się spod kontroli, zdegradowanego, przygnębiającego i zatopionego w ciągłej walce o przetrwanie. Kiedy miałem kilkanaście lat, neuroshimowego bakcyla złapał mój starszy brat i któregoś dnia przywlókł do domu regulujący rozgrywkę podręcznik, który okazał się atrakcyjną lekturą nawet dla kogoś, komu nie w głowie było wirtualne hasanie po post-apokaliptycznych pogorzeliskach, zawierając obok zasad i wskazówek dla graczy pełno humorystycznych, napisanych z lekkością opowiastek, uwydatniających wykoncypowane uniwersum i twarde, rządzące nim reguły. Jednym z szerzej opisywanych przez autorów miast zdezelowanej wojną Ameryki było Detroit, wykreowane jako stolica wszelkiej maści pojebów, na co dzień zajmujących się wyścigami samochodowymi i rozjeżdżaniem ludzi.

Katuję "Lyk U Use 2" Moodymanna, zerkam na okładkę jego ostatniej płyty, odpalam trylogię Nighttime World Roberta Hooda i doprawdy potrafię wyobrazić sobie ten ponury, przerysowany scenariusz. Tylko gdzie w tej wizji umiejscowić 2 Hot 2 Wait i jego multikolorowe, rozmyte chill-housowe pejzaże? Detroit – jego taneczna tradycja, przemysłowa sceneria i zakorzeniony w mieszkańcach idiom ciężkiej pracy – stanowi dla Christiana Sienkiewicza ogromną inspirację (co najlepiej słychać chyba w mechanicznym "Fall Layers Focused"), ale równie chętnie artysta sięga po bulgoczący romantyzm My Bloody Valentine czy field-ambientowe ekskursje Oval, co sprawia, że ten fascynujący, uwodzący zmysły album pulsuje bardzo głębokim, ludzkim ciepłem. W tym miejscu wyobrażam sobie cynicznych, neuroshimowych mieszkańców Detroit, odnajdujących w tym cieple furtkę do zagubionego gdzieś pośród spadających bomb pierwiastka człowieczeństwa – może doceniliby ten stworzony przez lokalsa album, który dla mnie jest jak na razie (sorry Leon) house'em dekady. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


Lone: Emerald Fantasy Tracks

047Lone
Emerald Fantasy Tracks
[Warp, 2010]

Wydany na początku ubiegłej dekady Emerald Fantasy Tracks nie jest moim ulubionym albumem Anglika, jednak z pewnych powodów jest mi bliski. Za sprawą tej płyty zacząłem interesować się na poważnie jego twórczością i akurat trafiło na pozycję w pewnym stopniu wyjątkową, ponieważ czwarty długograj tego pochodzącego z Nottingham artysty stanowi pewną cezurę w kontekście całej twórczości Cutlera. Dokonana na Emerald Fantasy Tracks wolta stylistyczna nie jest może aż tak spektakularna, jak na początku mogło się wydawać, jednak to wtedy na dobre uwypukliły się ciągoty Anglika do house’owych podrygów czy inspiracji rave'em. Lone uwodzi swoimi subtelnymi i wytrawnymi dźwiękowymi pejzażami. Skąpane w słońcu, prześliczne ”Cloud 909”, rozmarzone, nasycone połyskliwymi Rolandami ”Aquamarine” czy nawiązujące do Ninety nieodżałowanych 808 State ”Pineapple Crush” – można tak wymieniać i się zachwycać. Ciągle unosi się nad tym wszystkim duch nieodżałowanych Boards of Canada, a i Cutler gdzieniegdzie przewinie swój instrumentalny hip-hop z początków kariery. Jednego jestem jednak pewien – Emerald Fantasy Tracks wciąż ma się wspaniale i choć nie jest asem w rękawie Anglika (za takiego uważam wydane w 2012 roku Galaxy Garden) to wciąż zajmuje bardzo wysoką pozycję w hierarchii jego kart i tego się trzymajmy. –Jacek Marczuk

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych plyt 2010"
wywiad z Lone


Oneohtrix Point Never: Replica

046Oneohtrix Point Never
Replica
[Sotware, 2011]

Daniel Lopatin w ramach swojego flagowego projektu wymyślił muzykę, której nikt inny nie robił, a zarazem jakby nieodzowną dla współczesności. Wyjdźmy od ambientu jako idei muzyki "wsłuchującej" się w audialne mikro- i makrokosmosy oraz próbującej z nimi współgrać lub je imitować – podszywać się pod muzykę intensywnego doświadczenia przyrody (bo najczęściej chodzi o przyrodę) albo szukać uniwersalnych zasad rzeczywistości i ukrytych struktur, tak jak Mondrian szukał ich przy pomocy płótna i farb. Lopatin znacznie zmodyfikował zasady gry, bo stara się wsłuchiwać w ekosystem szumu informacyjnego, układów scalonych, wirtualnych śmieci. W świat zdecentralizowany, w którym człowiek jest wytrącany z roli głównej siły sprawczej i w którym główni aktorzy są nie tyle nawet nieludzcy, co symulakryczni, rzeczywiście nieistniejący. Muzyka kosmosu medialno-technologicznego, jaką proponuje Lopatin, może zatem w naturalny sposób – naturalny, skoro w zamierzeniu skupia się na elementach świata stworzonych przez człowieka, ale wymykających mu się spod kontroli – budzić w słuchaczu wrażenie dehumanizacji i makabry. Jest przecież we właściwym sobie sensie muzyką duchów. I tutaj najlepsze – albumy Oneohtrix Point Never często robią wrażenie, że rzeczywiście słyszą gdzieś poza człowiekiem. Utwory Lopatina (a niemal każdy z nich jest dopracowanym innym pomysłem; muzyk wyraźnie nie lubi powtarzać patentów) z tego, czego się boimy i co wydaje nam się tak dziwne i obce, potrafi wydobyć struktury foniczne sprawiające wrażenie jakiejś wyższej harmonii. Mówiąc prościej – muzyka Lopatina bywa straszna, ale również piękna. Mimo wielkiej roli, jaką odgrywa w tak pomyślanej twórczości chaos, dźwięki generowane przez Oneohtrix Point Never wydają się być na swoim nienaruszalnym miejscu. Jak dla mnie Daniel Lopatin to razem z Jorge Elbrechtem dwie najciekawsze osobowości muzyczne spośród tych wciąż świeżych, co wydaje się tym bardziej interesujące, że obaj twórcy mają ze sobą sporo wspólnego. –Radek Pulkowski

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2011"


DJ Quik: The Book Of David

045DJ Quik
The Book Of David
[Mad Science, 2011]

Na okładce The Book Of David DJ Quik zachowuje spokój i naturalną dla siebie klasę: nie jest żadną zgorzkniałą prawie-gwiazdą, nikomu nic nie musi udowadniać, a jego smutny wzrok nie wynika z braku należytego fejmu, tylko z faktu, że rodzina go obsrywa, gdy ten odmawia jej darmowej kasy. To jego ósma płyta, jeszcze dwie i stuknie mu obiecana słuchaczom, ale przede wszystkim samemu sobie dyszka, choć gdy patrzy się przez pryzmat dosyć rozczarowującego The Midnight Life, to właśnie The Book Of David mógłby być eleganckim zamknięciem wspaniałej dyskografii Blake’a. I nie jest to tylko kwestia doniosłości tytułu – ten krążek to zgrabnie lawirujący między pozytywną autoreferencyjnością a rozważnym zerkaniem starego wygi na najświeższe trendy, zbalansowany zbiór zażerających west-coastowych instant-classiców. "Luv Of My Life", "Real Women", "Boogie Till You Conk", "Nobody" – praktycznie każdy indeks tutaj ścina z nóg, a z każdym kolejnym coraz mocniej rozkwita potrzeba niesienia G-Funkowej dobrej nowiny i zrehabilitowania wreszcie twórczości Quika. Ktoż nie chciałby zwieńczyć swego dorobku z taką pompą? A dla zainspirowanych witalnością Blake'a taka drobna rada na przyszłość: jeśli się starzeć, to tylko w morzu hooków. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2011"


Ariel Pink's Haunted Graffiti: Mature Themes

044Ariel Pink's Haunted Graffiti
Mature Themes
[4AD, 2012]

Wszystkie Odloty Ariela, reżyseria: A. M. Rosenberg

Na Mature Themes surrealistyczne, VHS-owe jazdy Ariela spotkały się (pierwszy raz tak mocno) z poprawnością i ogładą w stylu 4AD. Doskonalona przez lata umiejętność operowania nie najłatwiejszą estetyką, jaką jawi się lo-fi, ustąpiła miejsca "konwencjonalnym" (użycie tego terminu w kontekście twórczości takiego fiksata brzmi jak policzek wymierzony wszystkim szalikowcom artysty – z miejsca przepraszam) rozwiązaniom. Grzebanie w muzycznych odpadach, wydobywanie na nieraz pompatyczny wierzch bezczelnego w swej formie pastiszu i kabaretowych zagrywek przestało kojarzyć się z fascynującym chaosem rodem z eksploracyjnych wypadów praktykowanych w Trash Humpers, a przybrało wzór bezpiecznego, kontrolowanego i nawigowanego freeganizmu. Wiadomo, gdzie szuka i mniej więcej czego. Jeszcze moment, a zaczęłyby powstawać podręczniki o tym psychodelicznym, popkulturowym impresjonizmie uprawianym przez muzyka od tych kilkunastu lat. Pytanie tylko, czy cały ten proces ocieplania wizerunku pokręconego jankesa to coś na modłę niekorzystnej (dla zakochanych po uszy w "bałaganiarskim" brzmieniu Worn Copy oraz Doldrums) wolty? Nie ma mowy! Niezmienna osnowa, osobliwy sznyt i roller coaster mknie przez kolejne dekady, najprzód wybierając z nich to, co pierwotnie nie uchodziło za najlepsze, czy nawet dobre, następnie przetwarzając, by finalnie zaserwować słuchaczom doskonale spreparowany piosenkowy kolaż. I choć ostatniej "zespołowej" płycie Kalifornijczyków do elastyczności kompozycyjnej Before Today nieco brakuje, to wciąż jest to egzamin z dojrzałości całego ruchu glo-fi zdany na piątkę z plusem. Każdy belfer z dyplomem, bez zająknięcia, potwierdzi. Największy songwriter ostatnich dziesięciu wiosen. –Witold Tyczka

posłuchaj

przeczytaj recenzję
przeczytaj "50 najlepszych nagrań 2012"


Friendly Fires: Pala

043Friendly Fires
Pala
[XL, 2011]

Przykład Friendly Fires zahacza o najstarszą prawdę świata: nigdy nie oceniaj książki po okładce. Jeszcze przed pierwszym kontaktem z twórczością brytyjskiego tria miałem odgórnie zakodowane, że Pala to miły, ale generyczny, nieinwazyjny, nietworzący żadnego spoiwa z tym, co działo się ówcześnie w świecie muzyki jeden z wielu umilaczy wizyt w supermarkecie, skrojony na miarę typowo pod osoby, które nie mają zbytnio czasu, żeby wiedzieć, co jest cięte. Dziś kajam się najmocniej, bo pozostawienie tej sytuacji w tak niewygodnej pozycji nie rzucałoby na mnie najlepszego światła, a co najważniejsze, straciłbym mnóstwo radości z samego słuchania; rany, jak ja bardzo się wtedy myliłem. Podoba mi się przede wszystkim to, że chociaż płyta w ogólnym wydźwięku jest momentami już wręcz mainstreamowa, głośna, nastawiona na przebojowość, to mimo wszystko przez cały czas unosi się nad nią ten osobliwy duch intymności, który mógłby sugerować, że Pala była nagrywana dla jednej osoby. Właśnie: weźmy najprecyzyjniejszą, uwypuklającą każdy szczegół, technicznie bezbłędną produkcję, muśnijmy to rozmytymi syntezatorami, disco-funkującym basem, pochodem ciężkich bębnów, zepnijmy całość konstrukcją rytmiczną pozwalającą przeskakiwać po takich obszarach, jak chillwave, house czy electro-synth-pop, a na koniec zainfekujmy tę mieszankę szlachetną melancholią i egzotycznym vibe'em Tropików. Pala –Rafał Marek

posłuchaj »

przeczytaj brudnopis


Panda People: Secret Pleasure (EP)

042Panda People
Secret Pleasure (EP)
[AdP, 2010]

W jak bardzo absurdalnych czasach musimy żyć, skoro takie zespoły wciąż pozostają na marginesie? To ma być ta wspólnota europejska, tak? Panda People żyją w jakimś kompletnie odizolowanym świecie, ciągle trzaskają te fantastyczne piosenki w ilościach niemalże przemysłowych, a nadal na nic konkretnego się to nie przekłada. Gdzieś pomiędzy Juvelenem a Prefab Sprout chłopcy z Berlina znaleźli swój świat i od paru lat są najlepsi w dostarczaniu najbardziej rasowego synthpopu w całej okolicy. Coś mi mówi, że gdyby Secret Pleasure (EP) zamiast w Niemczech wyszło w Kalifornii, to wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Zamykam oczy i już widzę te wspólne blanty i nagrywki z Kennym, Inc. czy Nite Jewel... Ale realia są takie, że wszystko, co możemy dla nich zrobić, to tych kilka kolejnych repeatów tej wybitnej EP-ki z jednymi z najlepszych refrenów tej dekady. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "Rekomendacje płytowe 2010"


These New Puritans: Field Of Reeds

041These New Puritans
Field Of Reeds
[Infectious, 2013]

Na ogół odczuwam zniechęcenie, gdy słyszę hasło "post-rock". Cóż dziwnego, od dłuższego czasu termin ten kojarzy się najczęściej z bezwładem kompozycyjnym, utrzymanymi w złym guście długimi utworami, opartymi o niewarte zapamiętania repetycje. Z całego bogactwa możliwych inspiracji Laughing Stock czy Hex ostał się jedynie "klimacik", dodatkowo obciążony wpływem późnego Mogwai i późnej Sigur Ros. Taka była pierwsza dekada XXI wieku, z drobnymi wyjątkami tonącymi w morzu przeciętności i niewiele wskazuje na to, by coś tu się miało zmienić w najbliższym czasie. Piszę te oczywistości nie dlatego, żeby rozpaczać po latach 90., lecz po to, by jeszcze mocniej podkreślić szczególną pozycję Field of Reeds, łabędziego śpiewu gatunku i być może ostatniej takiej płyty w dającej się przewidzieć przyszłości. Nie, nie sądzę, żeby to była przesada. Pewne zjawiska są jednorazowe, nowa piosenka These New Puritans zagrana na finał ostatniego krakowskiego koncertu nie nastroiła mnie szczególnie optymistycznie, nie spodziewam się powtórki. Zresztą, czy w ogóle jej potrzebuję?

O co chodzi z tą egzaltacją? Cud Field of Reeds w największym uproszczeniu polega na tym, w jak kreatywny i inteligentny sposób album ten stał się częścią post-rockowej klasyki, najmłodszym z rodzeństwa, którego nieoczekiwane pojawienie się przyniosło mi więcej radości niż większość albumów wydanych w ostatnich kilku latach. Gdyby chodziło tylko o aranżacje i prześliczne partie orkiestry prowadzonej przez Andre de Riddera, o produkcję Grahama Suttona, nadającą całości szlachetnego, klasycyzującego powabu... Tylko te dwa elementy pozwoliłyby entuzjastom snuć analogie ze Spirit of Eden i, pomijając oczywistą niemożliwość dosięgnięcia ideału oraz taktownie milcząc w obliczu przywoływania go nadaremno, mógłbym przyznać, że jeśli chodzi o rzemieślnicze, odtwórcze podejście do wielkich inspiracji, porównania te nie są naciągane. Lecz uwaga, za olśniewającą fasadą kryje się zaskakująco ciekawy songwriting, decydujący o rzeczywistej jakości albumu – podziały rytmiczne, nieoczywiste melodie, których nieregularność uwydatnia kompozycyjną kaligrafię Barnetta. Znaki szczególne, które z Field of Reeds czynią album obdarzony silną osobowością, wyrzeźbiony z dobrze znanego materiału, wyrosły z konkretnej spuścizny gatunkowej, wciąż jednak naznaczony indywidualną postawą zarówno wobec współczesności, jak i w dialogu z przeszłością. Przeczytacie w tym podsumowaniu o wielu płytach, które po latach będą wspominane jako wyrażające ducha swojej epoki. Field of Reeds nie jest jedną z nich. Również dzięki temu wydaje się jedną z najciekawszych w całej finałowej setce. –Piotr Gołąb

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "Rekapitulację roczną 2013: Indie Rock"
przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Porcys: Equalizer #4
M83Knife + Heart