SPECJALNE - Ranking
10 najlepszych płyt 2014

10 najlepszych płyt 2014

19 stycznia 2015

Niestety ostatnie dwanaście miesięcy nie przyniosło nam tylu muzycznych wzruszeń, co obfitujący w doniosłe wydarzenia fonograficzne rok 2013. Może i wyszło sporo dobrych albumów, ale tych wybitnych pojawiło się jak na lekarstwo. Dlatego powzięliśmy decyzję o powrocie do formuły honorowania jedynie dziesięciu płyt, wychodząc z nieco staroświeckiego założenia, że liczy się jakość, a nie ilość.

Bing & Ruth: Tomorrow Was the Golden Age

10Bing & Ruth
Tomorrow Was The Golden Age
[Rvng Intl]

Premiera Black Messiah dobitnie pokazała, jak idiotyczną skłonnością jest pośpieszne publikowanie podsumowań roku przed jego rzeczywistym zakończeniem. Przynajmniej dwie płyty z naszego topu miały swoją premierę w ostatnich miesiącach 2014 i gdybyśmy ulegli tej durnej presji, nasz ranking mógłby znacząco odbiegać od aktualnego stanu. O ile Black Messiah to pozycja, której kolektywnie wyczekiwaliśmy od czasu pierwszej zajawki, o tyle Tomorrow Was The Golden Age to strzał raczej niespodziewany. Jeżeli ktoś uważnie śledził dokonania Davida Moore'a, mógł mieć pewne pojęcie, na co typa stać. Choć z drugiej strony jakościowy skok, jaki Moore przez te cztery lata wykonał, jest zasadniczy.

Sofomor nowojorskiego ansamblu jest dziełem wykraczającym poza standardy, do jakich przywykliśmy, to album nieprzystający do post-internetowej rzeczywistości, nawet gdy przyłożyć do niego miarę stosowaną dla wydawnictw z szufladki avant/experimental. Zupełnie oderwany od hype'u, wymagający od słuchacza uwagi, koncentracji i – jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi – osobistego zaangażowania. Muzyka Davida Moore'a w teorii oparta jest na symbiozie ambientu z poważką, z tym, że jeżeli Stars of the Lid zapatrzeni są przede wszystkim w twórczość Arvo Parta, Bing & Ruth bliżej jest do Satie, Feldmana czy Reicha. Należy przy tym pamiętać, że mimo iż Tomorrow Was The Golden Age to zestaw silnie czerpiący z klasycznych wzorców, dominują tutaj melodyjne tematy, co czyni to wydawnictwo wciągającym w zasadzie od pierwszego kontaktu – jest to dość istotne z perspektywy popowego słuchacza. Poszczególne utwory mogą funkcjonować jako oddzielne, zamknięte formy, ale równie dobrze można je potraktować jako składowe większej całości. Materiał charakteryzuje też różnorodność, tak na płaszczyźnie zabiegów melodycznych, jak i na poziomie agogiki, przez co nie występuje wrażenie znużenia.

Nie ukrywam, że mój stosunek do drugiego albumu nowojorczyków ma podłoże emocjonalne. Nie potrafię obok tego wydawnictwa przejść obojętnie, spojrzeć na nie "chłodnym okiem", bo jest to muzyka niezwykle ciepła, wypełniona nadzieją, emanująca pięknem, poszukująca, sprawiająca wrażenie istnienia poza czasem. Muzyka, która broni się sama, której nie potrzeba wizerunku, która jest tak bardzo obca całej tej hałastrze artystów-kuglarzy lansujących się na Facebookach i Instagramach, a przy tym zaskakująco przystępna i wciągająca. –Marek Lewandowski

posłuchaj


Phantom: LP 1

09Phantom
LP 1
[Silverback]

Bartosz Kruczyński stanowi dla industrialnej, ciemnej, "dionizyjskiej" fali techno znad Wisły przeciwwagę zarówno estetyczną, jak i wizerunkową. To nie jest mądrala, który serwowałby internautom jakieś głodne pierdolety o tym, że nie pójdzie z tobą do łóżka, jak czegośtam nie posłuchasz. Ciężko mi też wyobrazić sobie, jak dissuje bogu ducha winnego blogera czy dziennikarza za to, że ten nie uwzględnił jego wydawnictwa w podsumowaniu roku. Ogólnie zamiast "pruć się" niczym lamus w facebookowych komentarzach, warszawiak najwyraźniej poświęca wolny czas na… cyzelowanie swoich utworów. A jest on starannym melodykiem i formalnym neoklasycystą. Jego debiutancki longplay spaja wspólny mianownik zwany deep house (nieraz serwowany w klasycznej postaci rodem z lat 90.), choć nie brak tu wycieczek w takich kierunkach jak Steve Reich ("Łazienki Park"), szkoła berlińska ("Water's Edge"), new age ("Love"), ejtisowy sophisti-pop ("Gothic"), francuskie dotyki ("Better Times") czy 80s widziane przez mgłę nostalgii, a więc po prostu chillwave ("Sport – Part 2").

Szczerze mówiąc, raczej nie ma w tych impresjach niczego oryginalnego, ale siła Kruczyńskiego polega na kwestiach właściwie newralgicznych dla wartości każdego materiału: na niebanalnej wrażliwości, na wyczuciu kompozytorskim oraz na umiejętności kreowania wciągającego, lekko romantycznego nastroju. Dzięki temu ta trudno google'owalna, za to wydana dla belgijskiej wytwórni Silverback (w katalogu między innymi Nguzunguzu, w CV wzmianki na przykład w FACT Mag), płyta z okładką cytującą niesamowitą obwolutę The Trial of St. Orange płynie sobie nieskazitelnie i bezkonfliktowo przez pełne trzy kwadranse. Słuchanie LP1 generalnie przypomina mi taką reklamę sprzed dobrych paru lat, w której teściowa na wszystko narzeka i zrzędzi, aż do momentu kiedy wsiada do samochodu. To ten sam rodzaj podróży, w której wszystko się zgadza, wszystko urzeka, a nic nie irytuje, nic nie drażni. "Ej ty, powiedz, co cię wkurwia?", pytał niegdyś Brahu. Nic. Kiedy słucham LP1, to absolutnie nic. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj
przeczytaj recenzję


ALIZZZ: Sunshine (EP)

08ALIZZZ
Sunshine (EP)
[Mad Decent]

Napatoczył mi się niedawno felieton pewnego "krytyka muzycznego" (tego z rybą w nazwisku), w którym jest opowieść o The Prodigy, najlepszym zespole ever. Coś tam, że zapodał jakiejś SZYSZE płyty Angoli, a ten nie doznał, ale i nie zdissował, bo uznał, że fajne granie, a na przykład Bach jest too modern. Ach, życie boli. A jak tam Alizzz? Daje radę czy też zbyt nowoczesne łupanie? A weźcie pomyślcie, jakby Jan Sebastian urodził się w 1991 roku, to czy w wolnym czasie od oglądania jutuba, grania w LOLa (looooooooool) czy wreszcie słuchania Prodigy, Backstreet Boys, TLC, Aaliyah i Scootera nie machnąłby na swoim Mac(h)u takiego Sunshine? Blasfemia i fantazmat, ale co, mógłby? Pewnie, że mógłby. Życie jest ostre jak maczeta.

Słuchaliście, czy za mocny staff? Zaczyna się od "Suuuun-shiiiine / Sun-shiiiine" — koleżanka śpiewa ile sił, ale wciąż coś (UWAGA: jadę bez słownika synonimów): wali, stuka, puka, skacze, dudni, tupie, łupie, kopie, bije, stąpa, spada, toczy się, rwie, kropi, kapie, leje, bryzga, pluska, mknie, pomyka, pędzi, biegnie, goni, galopuje, cwałuje, wznosi się, strzela, wyskakuje, tasuje, przelatuje, krąży, kręci, wierci, dmie, depcze, świergocze, iskrzy, pulsuje, promieniuje, pełza, kołacze, klekocze, jęczy, włącza się i wyłącza, napieprza, napierdala, nakurwia, zakurwia, aż wreszcie rozkurwia (podarowałem Wam pięćdziesiąt twarzy słońca), że pozostaje tylko szukanie rozsianych po kątach fragmentów własnej dupy. Jeśli ktoś już odszuka, to proponuję wciągnąć "I C U" — drugą kreskę Alizzzowego towaru, który powinien dobrze wejść po dawce pierwszej. Czujecie, że rozłazicie się i ogólnie wszystko jakoś coraz trudniej ogarnąć? Życie to plaża — koniec metafory.

Jeśli jeszcze jesteście w stanie utrzymać równowagę i wiecie, który mamy wiek, to po "That Gurl" to się zmieni. Tańcz głupia tańcz, swoim życiem się baw. Słyszycie to "pim biiim biiiiim biiiiiiim biiiiiiiiim"? To sygnał, że zostaliście ROZ-PIER-DO-LE-NI w cztery minuty przez Cristiana Quirante, tak jak Francuzi przez Polaków na koniec pierwszej połowy ('40 Szarmach, '44 Majewski) w meczu o trzecie miejsce podczas Copa Mundial de Fútbol España 82. A co, jeśli powiem, że "What If" nie zwalnia tempa? Tak, Alizzz poszedł tą EP-ką W TANY, dając do zrozumienia, że dysponuje talentem, który w przyszłości pozwoli mu nagrać własne Masterd By Guy At The Exchange, Since I Left You, Vocal Studies + Uprock Narratives czy nawet Zaprzepaszczone Siły Wielkiej Armii Świętych Znaków. Jak widać, nadzieje są wielkie jak tył małżonki Kanyego (serio, a nie że "You're a Kardashian's ass / You're astro turf, cuz you're not actually grass"). Marzę o takim LP jak Leonardo o Oscarze. Czy wszystko, czego pragnę, spełni się? W końcu w życiu chodzi o to, żeby żyć, bo jak nie bendziesz żył to bendziesz martwy. –Tomasz Skowyra

posłuchaj
przeczytaj recenzję


Mac DeMarco: Salad Days

07Mac DeMarco
Salad Days
[Captured Tracks]

To był jego rok. Salad Days nie jest płytą wybitną, a mimo wszystko mam wrażenie, że po dekadzie będzie się o niej dobrze pamiętać i do niej wracać, sięgając po muzykę lat dziesiątych. I nawet nie jest to lepszy materiał niż "dwójka" (ale też nie gorszy). Obserwujemy niesamowity boom na Maca DeMarco, co oznacza, że świat potrzebował błyskotliwego songwritera, który nie jest smutny, a wręcz przeciwnie – jest ucieleśnieniem pobudzonego świntucha, oblecha, niechluja i zgrywusa. Gwiazdorzy na YouTube, gdzie każdy materiał z jego udziałem – czy to wywiad z nim, czy to przeprowadzany przez niego – jest małym zamkniętym dowcipnym dziełkiem. Pokazał jaja w klipie TOPS. Został zabrany przez policję z własnego koncertu za wybryki kaskaderskie, by zwieńczyć minione dwanaście miesięcy dobrym uczynkiem ze sprzedaży swoich umęczonych rokiem w trasie Vansów. Macky i chłopaki są stworzeni do życia w trasie. To wszystko byłoby gówno warte, godne wyśmiania, ostracyzmu i szybkiego zapomnienia, gdyby oczywiście nie PIOSENKI. Żaden wielki songwriting, ale szczere wakacyjne granie, które, TAK, jest slackerskie, przy czym NIE brzmi jak Pavement. No właśnie, to jest chyba to, na co wszyscy czekali. –Michał Hantke

posłuchaj
przeczytaj recenzję


Farben & James Din A4: Farben Presents James Din A4

06Farben & James Din A4
Farben Presents James Din A4
[Faitiche]

W kategorii powrotów dzieło Farbena może nie odbiło się takim echem, jak Black Messiah, ale obaj panowie zostaną zapamiętani za wkroczenie w ubiegłym roku na nowe terytoria. Farben Presents…, album nie całkiem autorski, bo biorący za punkt wyjścia muzyczną twórczość rzeczonego Jamesa DINa A4, jest z pewnością najsubtelniejszym w dyskografii Jelinka, ale mam wrażenie, że Niemiec pozwala też tworzonym przez siebie trackom fruwać wyżej i swobodniej niż zwykle. Amplitudę odchyla w rejony pozornie rozleniwionego, delikatnie płynnego, migotliwego świata symbiotycznych tworów, które mimo kluczenia wokół ustalonego metrum o wiele szerzej eksplorują swój microhouse’owy ekosystem. Przypomina to jakieś wielowątkowe skupisko wyabstrahowane z Herbertowej mżawki, jazzowych sygnatur i dźwięków konkretnych (jakby nie było, również palety współautora), które nie skupia się na ścisłym obklejaniu rytmu, tylko tworzeniu konstelacji z giętkich, otulających go dźwiękowych cząstek. Wspólnymi siłami skrojony został bezapelacyjnie piękny i eteryczny zestaw, który od pierwszego odsłuchu nie pozostawia złudzeń co do swojej wielkości. Słuchając go, mam jednak przeczucie, że do tej pory udało mi się odkryć zaledwie kilka kart z Jelinkowej talii i podejrzewam, że z czasem album odsłoni jakiś nowy wymiar, którego w tej chwili nie potrafię jeszcze załapać. –Krzysztof Pytel

posłuchaj
przeczytaj recenzję


Sun Kil Moon: Benji

05Sun Kil Moon
Benji
[Caldo Verde]

Mark Kozelek zrobił naprawdę wiele w ostatnich miesiącach, by mało komu chciało się przy okazji podsumowań wracać do tego albumu. Trochę rozumiem wszystkich, których historia o zmarłej przedwcześnie w tragicznych okolicznościach kuzynce z "Carissy" przestała wzruszać po tym, jak jej autor kazał ssać fiuta grupie War On Drugs i nagrał o tym piosenkę. Dlaczego jednak JA nie widzę w tym problemu? Po pierwsze – produkty kultury zawsze staram się traktować niezależnie od ich twórcy. Po drugie - parafrazując pamiętny list Seweryna Blumsztajna w sprawie Romana Polańskiego – "nie usprawiedliwiam tego, co zrobił Kozelek. Apeluję tylko o pokorę wobec wielkiego talentu, bo to dar, wobec którego jesteśmy bezradni w naszych sądach moralnych". Za dużo mam ciepłych wspomnień z Red House Painters i Sun Kil Moon, by obrażać się na typa za to, że dość efektownie przechodzi kryzys wieku średniego. A nawet jak będzie bucem, to zawsze będzie bucem z mojej drużyny, jak Prince chociażby.

Są na naszej liście albumy ważne ze względu na to, co dzieje się na nich muzycznie, parę z nich może przyczynić się do rozwoju różnych odnóg gatunków bardzo współczesnych. Benji taki nie jest, to w ogóle coś więcej niż płyta z muzyką. To dzieło uniwersalne, ponadczasowy zbiór opowiadań o ciągłym kształtowaniu tożsamości i o tym, jak ważne okazują się rzeczy, do których w młodości zupełnie nie przywiązujemy uwagi. Dość gadania: War On Drugs, suck his cock. –Kacper Bartosiak

posłuchaj
przeczytaj recenzję


Aphex Twin: Syro

04Aphex Twin
Syro
[Warp]

Aphexie, powiedzmy sobie wprost: nie byłeś w ubiegłym roku żadnym Mesjaszem, ale zaledwie świetnym specem od marketingu partyzanckiego. Te wszystkie unoszące się nad Londynem Zeppeliny, to wpisane w promocyjny kontekst Syro prowokacyjne zachłyśnięcie Deep Webem czy w końcu ta sprzedaż jedynej fizycznej kopii Caustic Window na ebayu za prawie 50k zielonych – no, całkiem fajne to wszystko (albo cyniczne, jak kto woli). Zrzućmy te wszystkie zabiegi (a wymieniłem ledwie jakiś procent) na karb drugiej młodości albo kryzysu wieku średniego, bo nie to nas tutaj interesuje.

Wieńczące album "Aisatsana" też jest niezłym kasztanem. I nie chodzi tutaj o kategorie stricte estetyczne, bo to całkiem udana miniatura i jednocześnie subtelna paralela do twórczości Erica Satiego (wiemy to wszyscy, ale zdecydowana większość się jara, a to już nie jest takie fajne). Rzecz polega jednak na tym, że takim mistrzom jak Richard D. James po prostu nie przystoi robić takich rzeczy. Nagrałby coś takiego jakiś post-rockowy epigon i każdy wzruszyłby ramionami, taka prawda. Dlatego patrzę na ten album przez pryzmat indeksów 1-11, w których mamy do czynienia z zapierającymi dech w piersiach przestrzennymi IDM-owymi monolitami, tak bardzo różniącymi się od drill'n'bassowych podkręcaczy rodem z Richard D.James Album czy medytacyjnych pejzaży właściwych dla Selected Ambient Works 85-82. Zgoda, "Minipops 67 (Source Field Mix)" nie jest niczym nowym, ale przełamanie rozgrywającej się bitowej gry lodowatą partią syntezatorów już robi wrażenie. Melancholijne "XMAS_EVET10 [120]" (thanaton3 mix)" to już Aphex w najlepszym wydaniu i to nie tylko za sprawą produkcyjnej kalkulacji, ale i przepięknej mikstury nałożonych na siebie dźwiękowych pasm, którą przyjmuję tylko w emocjonalny sposób i nie obchodzi mnie, że została skomponowana przed blisko dekadą, gdyż odsadza od startu do mety całą ubiegłoroczną konkurencję w elektronice. A podobnych momentów jest na Syro więcej, by wymienić chociażby takie delicje jak powykręcany, budzący skojarzenia z Boards of Canada "Produkt 29", glitchowy i chropowaty "CIRCLONT6A (syrobonkus mix)", podbity funkiem i przeszklonym, połyskliwym soundem "syro u473t8+e (piezoluminescence mix)" czy najbardziej wyluzowany w zestawie "PAPAT4 [155]" (pineal mix)", który mógłbym określić mianem "typowy Aphex".

Znowu robi to wszystko piorunujące wrażenie, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę fakt, że ten niepodrabialny i wysoce impresyjny mariaż techno, glitchu, jungle, ambientu, IDM-u, a nawet wspomnianego wcześniej funku i jazzu (jak chcą niektórzy recenzenci) brzmiał zachwycająco w roku ubiegłym, a jestem przekonany, że za dziesięć, dwadzieścia czy pięćdziesiąt lat będzie świecił podobne triumfy. Nowa EP-ka Aphexa już za kilka dni, tymczasem Richard okazał się znów bardzo, bardzo mocny. I to nie tylko w gębie. –Jacek Marczuk

posłuchaj
przeczytaj recenzję


Liz: Just Like You (EP)

03Liz
Just Like You (EP)
[Mad Decent]

"This one’s for the Y2K, this one’s for my peoples" zaczyna swoje nagranie LIZ. Tym zdaniem ustawia wszystko – czas i miejsce akcji, bohaterów, tło, cały kontekst odbioru. Jako poptymista doświadczam od kilku lat uczucia, że śledzenie popu przestało być mi do czegokolwiek w życiu potrzebne. Kiedy wracam do poprzedniej dekady, nie umiem się nie zastanawiać nad tym, czy wtedy naprawdę powstało tyle super utworów, czy po prostu byłem bardzo młody i lekkich, chwytliwych piosenek potrzebowałem trochę bardziej niż dzisiaj. A jednak głęboko wierzę – a nawet wiem – że to nie o młodość chodzi, a przynajmniej nie tylko. Jestem przekonany, że wtedy naprawdę przebijali się do mainstreamu ludzie wizjonerscy, ambitni i muzykalni. Inny był rynek, inna była kasa na robienie popu i jego promocję. Ale zostawmy diagnozy na boku, choć przecież właśnie z zupełnie inaczej działającego rynku wynika ta płyta (jak zauważył Borys, jeśli takie "Harlem Shake" pozwala Diplo dofinansowywać tego typu przedsięwzięcia, to "oficjalnie zaczynam sympatyzować z viralami, memami i »dresiarskimi napierdalankami«"). Just Like You to właśnie muzyka, która wyrasta z identycznego punktu widzenia lat zerowych (właściwie ich samego początku), co moje – z fascynacji bogactwem popu sprzed kilku lat i jednocześnie z pewnej dozy niepewności związanej z sentymentem do lat nastoletniego dzieciństwa. Ona śpiewa przecież: "This one’s for my peoples", cytując choćby Missy, ale szukając jednak nieco innego rodzaju porozumienia. Zresztą zamyka ten utwór klamrą, która pozwala snuć takie wnioski – "And I feel it just like you...".

Nie jest pierwsza, bo tak też interpretowaliśmy AlunęGeorge, wcześniej nawet Jamesa Blake’a, ale LIZ poszła o krok dalej. AlunaGeorge to jednak typowy duet, LIZ jest popgwiazdą w starym stylu, choć przecież kompletnie nią nie jest. Jej utwory stworzyli różni producenci, ale zrobili to tak, że każdy z nich należy do niej – to nierozerwalny miks stylu i pierwszoplanowej postaci. Z tym że LIZ jest jednak kimś innym niż Aaliyah, TLC, Brandy, Tweet, Ciarą, Cassie czy Christiną Aguilerą. Jest nimi wszystkim naraz, a nawet jeszcze kimś więcej – półanonimową piosenkarką z każdego klubowego brytyjskiego przeboju. Just Like You wyciska esencję stylu z kilku ważniejszych muzycznych trendów tamtych czasów. Ale plan był znów znacznie bardziej ambitny. Nie chodziło tylko naśladowanie tych wszystkich inspiracji. Ona faktycznie nagrała piosenki, które nie tylko nie odstępują poziomem od tych, do których się odwołują. Nagrała piosenki, które są równie dobre, a może nawet lepsze. Siedem kawałków i każdy z nich rozbraja mnie wizją, ilością pomysłów, zwrotami akcji, zwrotkami, refrenami, mostkami, melodiami, hookami, oszałamia licznymi, ślicznymi motywikami. Just Like You to popowy klasyk. Wiecie, dlaczego jestem pewien tej tezy? Choć to smutne, ale dlatego, że wracałem do tej EP-ki tyle razy w ciągu roku, a nawet nie ma jej na Spotify. –Kamil Babacz

posłuchaj
przeczytaj recenzję


D'Angelo: Black Messiah

02D'Angelo And The Vanguard
Black Messiah
[RCA]

"Uważam go za geniusza, jakiego nie da się opisać słowami. Jednocześnie mówię sobie: Jak mogę okrzyknąć geniuszem kogoś, kto prawie nie ma twórczości, żeby to poświadczyć? Ale z drugiej strony, ostatnie dzieło, jakie stworzył, miało taką moc, że trwało przez dziesięć lat" – mówił dwa lata temu ?uestlove pytany o niekończące się milczenie Archera. Jeśli w jego przypadku czas trwania, rażenia i panowania jakiegoś dzieła rośnie wprost proporcjonalnie do czasu jego tworzenia, to Black Messiah ma spore szanse na przejście do historii. Czternastu lat trzeba było, żebyśmy mogli usłyszeć dwanaście piosenek, a wśród nich dźwięki, które nie dotarły do nas nigdy wcześniej. Weźmy "Charade" i partię puzonu, który D najpierw zmiksował, potem odpowiednio przefiltrował bas, dodał pomruk wibrafonu i całość złożył w zupełnie nowe brzmienie. Z takim podejściem pracowali kiedyś Malcolm Cecil i Robert Margouleff nad materiałem Steviego Wondera, dziś nie bawi się w to nikt poza Herbiem Hancockiem.

Nam Myoho Renge Kyo, Nam Myoho Renge Kyo... inżynier Hancock bawi się w wiele fascynujących rzeczy, a w przeszłości – także w popychanie gatunku zwanego jazzem w niezbadane przezeń wcześniej rejony. Gdy jednak Herbie stawiał fundamenty pod połowę "czarnych" gatunków, których przychodzi nam słuchać każdego dnia (łącznie z hip-hopem), jazzowi puryści marudzili, że co to ma w ogóle być: łatka kontrowersyjnego przykleiła się do Hancocka na dobre. D’Angelo tymczasem powraca z albumem, którego drugi indeks to kompletnie nieogarnialny kolaż noise-found sound z ledwie rozpoznawalnymi dziabnięciami przesterowanego wokalu, utwór całościowo zanurzony w gulaszu niskich rejestrów, które uzyskać można chyba jedynie uderzając pięścią w korpus gitary basowej w bliskiej odległości od pieca. "O proszę, wreszcie D’Angelo wrócił; fajna płytka, neo-soul". Czy za naszą współczesną tolerancję dla gatunkowych ekscesów odpowiada większe osłuchanie typowego Antony’ego, czy wręcz przeciwnie – powierzchowność spotkań z muzyką, Black Messiah trafia bezbłędnie w Zeitgeist, gdy Swans nie trudno usłyszeć w H&M-ie.

Teraz jeszcze większe wyprzedaże! A mimo wszystko H&M < R&B, i wszywkę tej właśnie marki można znaleźć na ciuchach muzyków z The Vanguard. Zmiana nazwy z Soultronics ma podkreślać dynamikę muzycznego rozwoju i stawanie się awangardą względem własnych dokonań. Weźmy Jessego Johnsona, który wniósł na Black Messiah jeden nowy element – gitarę. Duch Hendrixa unosił się już nad wodami Voodoo , ale nieśmiałe podrygi strun zawsze pozostawały w cieniu ekspansywnych klawiszy. Gdy D po raz pierwszy rozmawiał z Johnsonem, poczuł braterską nić porozumienia, a jego instrument okazał się środkiem wyrazu wszystkich tych dźwięków w głowie Archera, które nigdy wcześniej się nie zmaterializowały. Gitara i bas stały się esencją, klawisze przejęły funkcję zdobienia powierzchni. W ten sposób album podryfował w stronę rocka i funku, ale do połączenia kropek i tak, jak zwykle, potrzeba postaci Prince’a. Jak przystało na prawdziwego psychofana, Archer podobno zna na pamięć setlisty wszystkich koncertów mistrza. To, w czym próbował naśladować Prince’a, to przede wszystkim umiejętność ubrania najbardziej ekscentrycznych pomysłów w najbardziej przystępną popową formę. W ten sposób koło się zamyka, znowu znajdujemy się niebezpiecznie blisko H&M-u, od którego można uciec chyba tylko wybiegając w przyszłość. Dokąd zmierza, gdzie prowadzi Black Messiah?

Na to pytanie odpowiedź zna chyba wyłącznie Kevin Shields. Podobnie jak najważniejszy powrót dwa tysiące trzynastego, Black Messiah zamyka trylogię znakomitości, nie oferując jak dla mnie specjalnych wskazówek co do następnego kroku artysty. Chcielibyśmy, żeby D’Angelo kuł żelazo, póki gorące; swobodnie można sobie wyobrazić, jak przenosi R&B w rejony jeszcze bardziej kosmiczno-futurystyczne, up there z You’re Dead FlyLo, tylko materiałowo o dwa nieba lepsze. Nawiasem mówiąc, ciarki przynosi wyobrażenie sobie kolaboracji tych dwóch panów. D’Angelo feat. Inc? Ok, przesadzam, ale co z tego, skoro i tak nic z tego by nie wyszło. Jeśli wierzyć plotkom, Archer jest zarówno kontrolującym perfekcjonistą, jak i ostrym potheadem, więc ciężko liczyć na kolejny krążek przed 2030. Albo już nigdy więcej. Ten fakt pozwala tym bardziej jednak docenić, że koleś wziął się ostatecznie w garść i wypuścił z rąk swojego Smile’a. Bycie D’Angelo ma to do siebie, że tym samym pozostawia się większość zeszłorocznych pretendentów do kategorii "twórcy" daleko w tyle, mimochodem przeradzając swoje wrodzone bossostwo i wrażliwość w dzieło, które pod względem fantazji, feelingu, plastyczności pomysłow i nonszalanacji eksperymentów, instrumentalnego warsztatu i – przede wszystkim – muzykalności nie miało sobie w ubiegłym roku równych.

A muzykalność D’Angelo to coś takiego, co w jaskini studia każe mu budować kolejną jaskinię, bo już znudziło mu się wyrzucanie wszystkich pozostałych osób z pomieszczenia, gdy nagrywa wokal. Coś, co sprawia, że nie używa słuchawek, tylko wykorzystuje martwą strefę dla mikrofonu pomiędzy głośnikami, żeby nie zatracić autentycznego brudu dźwięku. To coś powoduje, że gdy nie ma odpowiednich słów, nagrywa swoje bezsensowne mamrotanie. Byle uchwycić czystą emocję, pierwotne wibracje, nie zbezcześcić misterium muzyki. "Shut your mouth off and focus on what you feel inside" – tak się robi magię w 2014. –Patryk Mrozek & Monika Riegel

posłuchaj
przeczytaj recenzję


Leon Vynehall: Music for the Uninvited

01Leon Vynehall
Music For The Uninvited
[3024]

Istnieje co najmniej siedem argumentów wyjaśniających, dlaczego znajdujemy się właśnie tu, na samym czubku tego prestiżowego podsumowania, choć z drugiej strony – zważywszy na ilość języków oferujących w swoim wachlarzu leksykaliów odpowiedniki naszego "piękna" – może ich być nawet kilka tysięcy. Siedem argumentów ułożonych w eklektyczną, zsyntetyzowaną pod postacią metafizycznej deep-house’owej symfonii kolekcję, miękką i nieprzewidywalną jak zachmurzone, marcowe niebo. A nad nimi on jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać: Leon Vynehall. Oto w erze postępującego przesycenia treścią pojawia się gość zdolny niewielkimi środkami stworzyć dzieło namacalnie artystyczne i osobiste, a jednak niepozbawione pierwiastka ideologicznej spontaniczności, odnajdując w ten sposób złote szkiełko, sekretne wrota do naszych obwarowanych, melomańskich serc.

Większość anglojęzycznych recenzji bezrefleksyjnie przytacza słowa Vynehalla o tym, że kluczową inspiracją przy powstawaniu płyty było wspomnienie słuchania kaset matki, gdy ta za chłystka woziła go do szkoły. Czas bywa jednak postrzegany jako wypadkowa przeszłości i przyszłości, a sentymentalizm jest przecież wielogłową i nie dla każdego zrozumiałą bestią, i tak jak dla autora krążek ten jest nostalgicznym, chagallowskim lotem nad miastem, tak dla kogoś innego może być antycypacją zbliżającego się wyznania miłości lub reminiscencją spędzonej w pracy nocy. Jednym słowem wszystkim, czego duszyczka zapragnie, uwarunkowanym tylko tym, co samemu się zainwestuje. Tym skrajnie idiosynkratycznym charakterem Music For The Uninvited przypomina więc o czasach, w których odkrywanie muzyki było przeżyciem iście romantycznym i właśnie w tym sensie stanowi dla Vynehalla faktyczną popkulturową inicjację.

Nie byłoby jednak tej całej dysputy, gdyby nie stricte muzyczny potencjał albumu, splatającego ze sobą twardą dyscyplinę klasycznego house’u z niepokornymi garażowymi ciągotami, łagodne orkiestrowe szkice z drobiazgowo poharatanymi samplami, zniewalający czar Midtown 120 Blues ze zdekonstruowanym przez lata intensywnego wchłaniania muzyki funkiem, formalną elegancję bez cienia pretensjonalności z magnetofonowym retro-przytrzymaniem. Albumu czasami brzmiącego jak imprezowy set rozegrany nad ranem za szybką muzealnej ekspozycji, a czasami jak Machinedrum prokrastynujący przy Moon Safari. I wreszcie: albumu, który swym transcendentnym, niewypowiadalnym wdziękiem skutecznie zniechęca do jakichkolwiek form chłodnej analizy, a skłania jedynie do kolejnych, szacowanych już w tłustych dziesiątkach odsłuchów.

W tym roku to właśnie Leon Vynehall bezbłędnie trafił w nasze kolektywne upodobania, nagrywając absolutnie piękną płytę, której słucha się z drżącymi wargami, w całości, bez palącej potrzeby wybierania ulubionych fragmentów. Music For The Uninvited ociera się o platoński ideał muzyki elektronicznej, uniwersalnie wchodzącej również tym, którzy zazwyczaj reagują na nią alergicznie – któż wie, może to właśnie oni są tytułowymi niezaproszonymi. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj
przeczytaj recenzję


#10-01

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
TuzzaMoon Mood (EP)
HelmChemical Flowers