SPECJALNE - Ranking
100 najlepszych płyt 2010-2014

100 najlepszych płyt 2010-2014

14 września 2015

Supersilent: 12

60Supersilent
12
[Rune Grammofon, 2014]

Na palcach jednej kończyny Nicka Vujicica policzyć można tych wszystkich zadeklarowanych fanów norweskiego kolektywu, którzy w pełni entuzjastycznie przyjęli wiadomość o nadchodzącej (po kilku latach przerwy) "dwunastce". Dezercja bębniącego Vesperstada, w następstwie której w głowach muzyków zrodził się poroniony pomysł spreparowania czegoś na kształt "hammondowej epopei" (9) oraz wydane w krótkich odstępach czasu 10 i 11, przypominające bardziej tożsamościowe tułaczki przeciętnego cancer-survivora po wszelkiej maści grupach wsparcia niż telepatyczne, improwizowane, transcendentalne impresje, do których Skandynawowie zdążyli nas ongiś przyzwyczaić, tylko potęgowały osobliwe poczucie niepewności związane z nadchodzącym nieznanym. Gdzie się podziały tamte kolosy, chciałoby się rzec. Supersilent stali się literalnie sobą. Ja drżałem.

Naraz zwrot, nieomylna Halina Mlynkova miała rację, śpiewając: "Czekasz na cud, który zmieni twój los / Na północny wiatr, który zburzy to / Co cię oddziela od szczęścia". Nowe idzie od morza, konkretniej z Bergen. I choć słuchając tych quasi-jazzowych strzyg, pejzaży późnojesiennych fiordów przeczesywanych przez intensywny wiatr, do eudajmonii nam daleko, a stokroć bliżej do Zatracenia, rozłożonego na czynniki pierwsze pożegnania z życiem Osamu Dazaia, to cała trójka nareszcie BRZMI. Nie rezonuje w klaustrofobicznym pudle, a faktycznie BRZMI. Nadgarstki i palce Henriksena grają jego małe Strjon, Storløkken kooperuje projektując konfudujący klimat, a Deathprod wyrasta na niekwestionowanego ojca tego le petit succès, bowiem 12 to nie muzyczny one-night stand, a minutowe wycinki z trzech kilkugodzinnych sesji, których selekcji podjął się właśnie Helge Sten. Supersilent: Selected EAI Works ‘11. Były dwa kroki w tył, teraz najwyższy czas na jeden w przód na drodze do Świętego Graala współczesnej muzyki improwizowanej. –Witold Tyczka


Oriol: Night And Day

059Oriol
Night And Day
[Planet Mu, 2010]

"Ti-ru-ti-ru-ti-tu tu tu ti tu / To nasze noce i dni / Ti-ru-ti-ru ti tu tu tu ti / Czasami mam wrażenie, że to wszystko mi się śni". Zdecydowanie jeden z najbardziej przeoczonych i olanych longplayów dekady. Urodzony w Barcelonie, a obecnie (?) mieszkający w UK Oriol Singhji, gość, który "pojawił się znikąd, a potem wrócił tam, skąd przybył", za dzieciaka wydawał kieszonkowe na albumy Coltrane'a, słuchał DJ-a Hype'a i Herbiego Hancocka, żeby w późniejszych latach studiować jazz w Bostonie. "Jakby nie liczyć", konsekwencją tych młodzieńczych doświadczeń jest jedyny jak dotąd długogrający album Hiszpana. Singhji tak o nim mówi: "It's all music. It's all connected. It's all just melodies, chords and rhythms". No taaaaaak, zgadza się, ale ta złota dewiza nie z każdego zrobi zajebistego gracza. Kolesia wyróżnia to, że potrafi połączyć talent z tym, czym nasiąknął za pacholęcia, dlatego ten instrumentalny synth-funk-pop tak skradł mi serce. Uzależniające, migotliwe wstęgi na wietrze, jak ta we "Flux", zawłaszczający vibe "My October Symphony", przetransponowany w house'owy jam "LW" (choć pierwsze dwie sekundy przemycają Four Teta z There Is Love In You) czy wplecione w "Spiral" interludium na 2:55, kojarzące się z momentem, kiedy do kogoś dzwonimy i zostajemy poproszeni o "nierozłączanie się", bo rozmówca musi iść po coś do pisania, a my w tym czasie możemy przez słuchawkę posłuchać, jakie dźwięki panują w jego domostwie − to tylko kilka z całej masy momentów decydujących o znakomitości krążka.

Jest jeszcze coś, za co uwielbiam Night And Day, a skryło się to właśnie w tytule. Zestawienie nocy i dnia, dnia i nocy od razu sugeruje dychotomię, natomiast moim zdaniem chodzi tu faktycznie o dwa odrębne aspekty, jednak nierozerwalnie ze sobą związane i złączone w jedną dualną całość jak yin i yang. Każdy utwór (oprócz orzeźwiającego przerywnika "Fantasy For A") to wakacyjno-słoneczny joint zarażający optymizmem i zachęcający do rzucenia się w spontaniczny, beztroski taniec − tu rzecz jasna (śmieszne powiedzenie btw, ale akurat tutaj bardzo pasi) dostrzegam pierwiastki "dnia". Ale również w każdym numerze wyczuwam schowaną czasem gdzieś na drugim, trzecim planie pewnego rodzaju wieczorną melancholię tudzież skrytą tęsknotę − i to odczytuję jako pierwiastek "nocy". Weźmy otwierający płytę "Joy FM" z dialogiem smyczków i zwiewnymi liniami fletów trącanymi przez delikatne podmuchy zefiru w intro. W dalszej fazie robi się naprawdę imprezowo (rześki beat doprawiony syntezatorowymi patternami + kapitalny skoczny wjazd na 1:56), choć smyczki prowadzone przez cały track zdają się nie być w nastroju do harców. W hołdującym dâm-funkowym podrygom "Coconut Coast" to samo: znowu mamy dance'owe groove'y, ale gdzieś w powietrzu, z rozmarzonych wokalnych obłoków wysącza się nocny, lekko smutnawy fluid. Nie ukrywam, że taka dwuczłonowość niezwykle mi odpowiada, bo przyznam, że między innymi ze względu na to Night And Day jest albumem, którym nie potrafię się znudzić i który potrafię zostawić na ripicie przez − a jakże − noc i dzień. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "Rekomendacje płytowe 2010"


GoldLink: The God Complex

058GoldLink
The God Complex
[Squaaash Club, 2014]

To ile ten mixtape trwa? Ano niecałe pół godziny. Zawsze byłem fanem krótkich form. Pierwszy raz piszę o rapie, więc wybaczcie mi dyletanctwo w niektórych momentach, jednak The God Complex rozsadza. Panie GoldLink, pokłony za skille (nie dziwię się, że Rick Rubin puka do drzwi), ale podkłady też ścielą się u Pana gęsto (zero szalbierstwa, sam konkret i wyczucie). Pamiętacie Minesweeper Suite DJ-a Rupture? Wybaczcie porównanie na szybko, bo choć gatunek nieco inny, to było tam równie błyskotliwie i obficie w kontekście użytych sampli. Nie, to nie tylko kwestia przeoranego już do cna cytaciku z ”Men in Black” (choć wolę i to zdecydowanie Patrice Rushen) w ”Ay Ay” czy ”Toxic” Brit w ”How It’s Done”. Wszystko to podane jest bowiem w sposób najmniej oczywisty, z precyzją godną Girl Talka, ”pod prąd jakiejkolwiek konwencji”. Producenci szastają wszystkim: od r&b przez Operation: Doomsday aż do future bounce’u. Impreza wydaje się być zrobiona, to fakt. A teraz w nieco poważnym duchu: The God Complex to znakomity materiał i skoro 30 minut wystarczyło GoldLinkowi, żeby nagrać mój ulubiony ubiegłoroczny rap, to co wydarzy się na jego pełnoprawnym debiucie? Nie mogę się już doczekać. –Jacek Marczuk

posłuchaj »


Boards of Canada: Tomorrow's Harvest

057Boards Of Canada
Tomorrow's Harvest
[Warp, 2013]

Niewiele jest tych momentów, gdy z pozoru i teoretycznie niezwiastujące niczego wydarzenie potrafi wywrócić perspektywę na pewien okres naszego życia o równe sto osiemdziesiąt stopni. Dwa lata temu miałem okazję doświadczyć takiej sytuacji: maj, jakoś miesiąc po zakończeniu szkoły średniej, przerwa między maturami ustnymi. Byłem wtedy mocno pokłócony z muzyką i słuchałem jej mniej niż zwykle, za to więcej niż zwykle nie robiłem nic konstruktywnego. Wtem pojawiło się "Reach for the Dead" - klasycznie niezapowiedziane, klasycznie z przyczajki, klasycznie też nie wierzyłem przed odsłuchem, że chłopcy będą w stanie nawiązać korespondencję z rzeczami, które poczynili w przeszłości. To niezwykłe, ale pamiętam każdą ciarę pojawiającą się na plecach w tamtej chwili, każdy wstrząs pod uginającą się pode mną ziemią. Nie piszę tego bez powodu - Boards Of Canada to jeden z tych zespołów, które uniwersalnie po pierwszym kontakcie z jakąkolwiek płytą automatycznie stają się twoim medytacyjnym absolutem, metafizycznym doświadczeniem, zespołem życia, nową mocą sprawczą o takim zasięgu rażenia, że cała reszta .mp3 w odtwarzaczu przestaje istnieć. Tomorrow's Harvest jest spirytualną opowieścią o tym, co tu działo się, dzieje się i dziać się będzie naprawdę. To swobodna interpretacja przestrzeni, mistyczne dzieło za nic mające sobie jakąkolwiek stworzoną przez człowieka stałą, od początku do końca wymykające się znanym nam definicjom świadomości czy pamięci. Mój kolega podjął się kiedyś deskrypcji muzyki BoC i napisał, że to "skondensowany i przyspieszony dźwięk jego życia od tyłu i że czasem myśli, że wyślą mu kasetę z nagraniem dnia, w którym mama odebrała go z przedszkola i gonił gołębie, a drzewa pachniały deszczem". Jakkolwiek często zdarza nam się nie zgadzać, tak tutaj bez dwóch zdań strzał w dziesiątkę: nic innego nie potrafi obecnie tak mi grać na emocjach i szperać w obrazkach z przeszłości jak Tomorrow's Harvest. Mógłbym dodać coś jeszcze, ale nie widzę za bardzo sensu: wielkość tej płyty przerasta mnie w każdym wymiarze na tyle, że jestem pewien, że jeśli za pięć lat będę zastanawiał się nad poprzednią dekadą, Boards Of Canada bez wahania znajdą się na podium mojego zestawienia. –Rafał Marek

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


Junior Boys: It's All True

056Junior Boys
It's All True
[Domino, 2011]

Wes Anderson to taki facet z fajną komórką i passą Barcelony. Fajną komórką, bo jak asy z rękawa wyciąga gwiazdy Hollywood, które dadzą się pociąć dla choćby 3-minutowej roli w jego kolejnym filmie. A case Barcelony – bez komentarza.

Junior Boys gra w podobnym stylu. W rolach głównych obsadza ulubioną melancholię; partneruje jej nikt inny jak introwertyzm, a w tle pojawiają się hasztagi #80s #pustka #minimalizm i #pościele. Łatka nieomylnych wirtuozów potrafi z czasem zaswędzieć monotonią zawistników jak letni, ciepły wieczór. Po czym rozpoznać mistrzów swojego gatunku? Rozszerzeniem obranej ścieżki o siatkę coraz lepszych przejść.

Już na początku It’s All True, duet Kanadyjczyków wychodzi z synthpopowej klatki Faradaya, wprowadzając niespotykane dotąd zabiegi. Rozgryza na strzępy skaczącym tempem z wykorzystaniem orientu w "Itchy Fingers", aby za chwilę przejść do wysublimowanego schronu "Playtime" dla entuzjastów "wolnych" z zapomnianych dyskotek.

Ważne, że Greenspan z Didemusem w kolejnych utworach nie odcinają kuponów. Punktowy wokal doprowadzili do szczytów swoich możliwości. Świadczą o tym spore oddechy między linijkami tekstów wykańczane nokautami w postaci zwielokrotnionych point. Wyskok na ostatniej prostej – od rozdartego klawiszami guilty pleasure’owego "ep" po rozkręcający się kiczowaty house-pop w "Banana Ripple" (czerpiący momentami na siłę z "Which Song" Maxa Tundry) – prezentuje Junior Boys w nowej wersji. Bez migoczących zepsutych latarni przy powrotach do domu o świcie, a w radosnym (!) tonie kończących dobrą imprezę.

Junior Boys idą łeb w łeb z Wesem Andersonem w pokojowej walce o miano The Invincibles. Remis z gatunku Wembley. –Piotr Gruba

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj wywiad z Junior Boys


Fort Romeau: Kingdoms

055Fort Romeau
Kingdoms
[100% Silk, 2012]

Kingdoms to jedna z tych dziwnych płyt, z których, nawet jeśli słuchało się ich często, niewiele się pamięta. Wiem, że ją lubię, ale bez ponownego włączenia trudno mi dokładnie określić, czemu. Gdy to zrobię, wynikające z zaznajomienia kojące poczucie ładu sprawia, że dźwięki nieangażująco dryfują, a album zdaje się trwać przynajmniej dwa razy krócej, niż ma to miejsce w rzeczywistości.

O tym, jak bardzo debiut Mike’a Greene’a zadomowił się w mojej podświadomości, świadczy skojarzenie, jakie nasunęło mi się, gdy spacerowałem kilka dni temu z Kingdoms na słuchawkach. Z uwagi na repetytywność i brak głębi kompozycyjnej wyobraziłem sobie poszczególne numery jako oglądane pod różnymi kątami i rozmaicie oświetlane kamienie szlachetne. Chodziło mi zarówno o ciągłe zachodzące na tej samej powierzchni zmiany, nieuchwytne wrażenie niezwykłego doszlifowania utworów, w których jakakolwiek nadprogramowa modyfikacja zaburzyłaby starannie zbudowaną strukturę, jak i zwyczajną ładność. Oczywiście gdy przypomniałem sobie o okładce albumu, zacząłem się zastanawiać, w jakim stopniu porównanie nasunęło mi się samo, a w jakim było skutkiem ukrytej gdzieś z tyłu głowy sugestii. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że może w przypadku tego krążka silenie się na rozkminy i wyszukane asocjacje nie ma racji bytu – tu nie ma co myśleć, to trzeba poczuć. –Piotr Ejsmont

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "50 najlepszych nagrań 2012"


KWJAZ: KWJAZ

054KWJAZ
KWJAZ
[Brunch Groupe, 2011]

Jest taka teoria, że jeśli po wielokrotnym przesłuchaniu wciąż niewiele pamiętamy z płyty, to pewnie mamy do czynienia z płytą słabą, letnią w odbiorze, co najwyżej poprawną. Ale to założenie dość powierzchowne i uogólniające. Być może z muzyką stricte piosenkową tak jest – w końcu hooki mają się wbijać w łeb, od tego one są, od tego są one. Jednak w przypadku nagrań o charakterze, określmy to, "ilustracyjnym" (niezależnie czy będzie to ilustracja do filmu, spektaklu, instalacji czy po prostu swobodnego biegu naszych myśli) ważniejszy jest bliżej niezdefiniowany "klimat" czy wykreowany przed odbiorcą audialny świat, w którym niejako "zanurzamy" słuch i kontemplujemy samo "bycie" w nim, niekoniecznie umiejąc potem sklasyfikować, ocenić i zwłaszcza odtworzyć krok po kroku przebieg seansu.

W latach "dziesiątych" wydano już kilka klasyków (Good Kid..., Yeezus, Black Messiah etc.) przy których właściwie potrafiłbym z pamięci wyrecytować track-by-track, co się tam wydarzyło – jaki był wstęp, a jakie rozwinięcie i zakończenie. Całe szczęście, że w ostatniej pięciolatce ("pięciolecie z jedynką w środku") ukazało się też sporo materiałów umykających takim aptekarskim metodom analizy – nie tylko trudnych do zaszufladkowania stylistycznego, ale i zwyczajnie nieprzeniknionych formalnie, niemożliwych wręcz do klarownego, ekhm, spenetrowania. Środowisko skupione wokół "podziemnej" sceny San Francisco i labelu Not Not Fun (który wznowił niniejszą pozycję na winylu) wyspecjalizowało się w podobnych wypiekach, a sam album autorstwa niejakiego Petera Berendsa należy do szczególnie hipnotyzujących propozycji z tego rozdania.

Ciężko jednoznacznie nazwać "co tu jest grane" w tych dwóch ponad 20-minutowych suitkach (w wersji deluxe wzbogaconych o miniaturową impresyjkę i wcale nieodstający "proper" bonus track – pokaż mi swoją ławkę rezerwowych...). Dźwięk przelewa się leniwie i pozornie bezcelowo, a skojarzenia sięgają od concrete-industrialnych malowideł sonicznych przez "muzykę czwartego świata" Hassella i "podświadomy" ambient plenerowy Eno z lat 80. aż po sound anonimowych składaków z cyklu smooth-soft-jazz-chil-out-cośtam, acz przefiltrowany (nie)komfortowym szumem lo-fi mgiełki. Hypnagogic pop? Nie bez przyczyny w oryginalnym kasetowym wydaniu maczał palce Joe Knight aka Rangers, a zakurzone downtempo-bity rozmyte w kałuży zapyziałych efektów gitarowych przypominają nie-piosenkowe fragmenty wczesnego Ariela. Zgodnie z podejrzaną nazwą tego non-genre, ostatecznie rozchodzi się nie tyle o tęsknotę blogosfery za ekskluzywnością i luksusem, co o ujawnianie mechanizmów pracy naszego mózgu. Tak właśnie dziewiczo i nielogiczne działa pamięć, jedyna kategoria konstytuująca "nas". –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »

przeczytaj recenzję


Sally Shapiro: Somewhere Else

053Sally Shapiro
Somewhere Else
[Paper Bag, 2013]

Na wysokości Somewhere Else szwedzki duet nie zmienia co prawda diametralnie optyki ani nie przebija zwartego w przekazie Disco Romance, ale za to dopuszcza więcej różnorodnych nastrojów i urozmaica materiał różnymi wpływami taneczno-popowymi. Agebjörn komponuje swobodniej i zdecydowanie stawia na zwiewność, robiąc pożytek ze swojego ambientowego backgroundu, a Sally w zastanych okolicznościach jak zwykle świetnie się odnajduje. Więcej w tym wszystkim jednak niewinnego uroku, prostych wzruszeń, jak w kłaniającym się Behaviour "Sundown", i niewinnych przechadzek na wiosennym powietrzu. Zdarzają się nawet zaskoczenia, jak choćby echa Tigercity w "Don’t Be Afraid". Ale mimo wszystko gapienie się na zalane deszczem szyby to wciąż domena ich stylu. Dla fanów smutnego disco – pozycja obowiązkowa. –Krzysztof Pytel

posłuchaj »

przeczytaj recenzję


Ducktails: The Flower Lane

052Ducktails
The Flower Lane
[Domino, 2013]

2013 zapamiętaliśmy przede wszystkim jako najbardziej sowity w dobra wycinek minionej pół-dekady. Oprócz masy świetnych krążków, których nieprzyzwoita ilość wymusiła na nas dwukrotne poszerzenie podsumowania rocznego, obfitował on też w głośne powroty: te rewelacyjne, na czele z trzecim longplayem My Bloody Valentine, te bardzo przyzwoite – tutaj wskazałbym Earth, Wind & Fire, jak i te z kategorii niespecjalnie udanych – patrz: Random Access Memories. Pośród tych mniej lub bardziej ekscytujących pozycji musiało się znaleźć też miejsce dla czwartej solowej nagrywki wioślarza Real Estate. Flower Lane w zderzeniu z ówczesnymi wielkimi premierami torpedującymi nas co rusz z rożnych stron wydawał się czymś niepozornym, by nie powiedzieć skromnym. I pomimo że zima 2013 upłynęła mi (podobnie jak większości redakcji) na chłonięciu absolutu m b v, na przestrzeni całego roku to właśnie nieskrepowane ciężarem gatunkowym dzieło Matta gościło w mym odtwarzaczu najczęściej. Wylewającą się z nagrania lekkość należało traktować jako zaletę, skutkowało to bowiem brakiem problemu celebracji odsłuchów (w przeciwieństwie do dzieła Shieldsa), co niezmiernie ułatwiało kontakt z albumem, czyniąc go bardzo przystępnym, wręcz niezobowiązującym. Ponadto Flower Lane w opozycji do wielu znaczących płyt z tamtego okresu (Yeezus, Field Of Reeds etc.), nie silił się na bycie czymś więcej niż zbiorem bardzo dobrych piosenek, i prócz trafionego songwritingu i charakterystycznego dla tego zbioru nagrań umiejętnego wyważenia proporcji pomiędzy poszczególnymi jego elementami, właśnie w tej szczerej postawie, jaką zaprezentował tam Mondanile, w tej bijącej od krążka bezpretensjonalności, wciąż upatrywałbym jego największą siłę. –Marek Lewandowski

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


Tame Impala: Innerspeaker

051Tame Impala
Innerspeaker
[Modular, 2010]

 

 

 

Innerspeaker

–Witold Tyczka

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2010"


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie