SPECJALNE - Ranking
100 najlepszych płyt 2010-2014

100 najlepszych płyt 2010-2014

14 września 2015

Ryan Power: Identity Picks

30Ryan Power
Identity Picks
[NNA Tapes, 2013]

Co mają ze sobą wspólnego panowie Power i Thomas? Obaj są w zasadzie samowystarczalni, obaj lubią dłubać w swoich kawałkach oraz odwołują się do zbliżonych tropów. Zarówno Ryan, jak i Gill starają się zawrzeć w swoich utworach maksimum treści często na śmiesznie małej przestrzeni, co zasadniczo wyróżnia obu songwriterów na tle innych operujących żywym instrumentarium. A jakie są między nimi znaczące różnice? Pomimo że obaj silnie inspirują się sophisti-popem, u Powera zdecydowanie wyraźniejszy jest charakterystyczny lo-fi sznyt, który słusznie może kojarzyć się z muzyką Rosenberga. Gill natomiast jest bardziej zakorzeniony w muzyce Afroamerykanów: nie tylko odwołuje się do spuścizny szeroko rozumianego jazzu oraz soulu, ale mocno flirtuje z takimi dziwactwami (przynajmniej z naszej perspektywy) jak negro spirituals (co bardzo łatwo udaje się wychwycić zwłaszcza na wcześniejszych wydawnictwach). Dlaczego zatem Identiity Picks, a nie When I'm Weak I'm Strong? Na to pytanie nie znam jednoznacznej odpowiedzi, bo zwyczajnie nie wiem, jakie przesłanki targały głosującymi. Stawiam jednak na to, że zestaw Gilla jest dość nierówny, miewając momenty wręcz genialne, ale też nieco nużące, w opozycji do szóstego albumu Powera, który to wydaje się nie tylko bardziej wyrównany, ale też większym stopniu koherentny i lepiej funkcjonujący jako całość. –Marek Lewandowski

posłuchaj »

przeczytaj "Rekomendacje płytowe 2013"


Flying Lotus: Cosmogramma

029Flying Lotus
Cosmogramma
[Warp, 2010]

Pięć lat temu Ellison wydał najważniejszy album w swoim katalogu. Na Cosmogrammie wyraźnie oderwał się od instrumentalnego hip-hopu i tak zamieszał w kociołku, że wszyscy co i rusz przypominali, że on z tych Coltrane’ów. Jazz przyszłości? Oj, nie wiem, ile jeszcze będziemy musieli poczekać, by w moje rodzinne okolice, pod Klimczok, na Jazzową Jesień lub Zadymkę przyjeżdżali panowie z takim materiałem. Może do 2085? Tak po prawdzie Cosmogramma jest po uszy utytłana w historii jazzu i Warpowej elektroniki. FlyLo wcześniej, już na Los Angeles, udowodnił, że opracował własny język. Teraz za jego pomocą wreszcie przeszedł na poziom prezentacji pełnego spektrum swoich zajawek. I ten język to przyszłość. Ci, co respektują kanony, zgodzą się, że Cosmo już do niego przeszła. Jak ktoś lubi takie formalizacje rozbijać w mak, to może chociaż potwierdzi, że “w Cosmo jak to w Cosmo, dzieją się rzeczy o których nie śniło się filozofom, pięćdziesiąt zastosowań folii aluminiowej w erotyce.” (Ola Graczyk, 2010)? Anyways, ja znów doznałem, a to słowo coraz rzadziej, oj rzadko, powraca. Mówimy o Cosmogrammie. Do zobaczenia za pięć lat. –Michał Hantke

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2010"


Jessy Lanza: Pull My Hair Back

028Jessy Lanza
Pull My Hair Back
[Hyperdub, 2013]

Z mojego krótkiego dochodzenia wynika, że angielska fraza ”pull my hair back” oznaczać może rzeczy całkiem niewinne, np. włosy spięte z tyłu. Może też oznaczać rodzaj silnej przyjacielskiej więzi. Albo ”bardziej coś, co się robi koleżance, kiedy rzyga na imprezie”. Albo tekst, który wprost podpada pod sexting. I taka dokładnie jest płyta Jessy Lanzy – wieloznaczna, niewinna, naszpikowana emocjami typu zakochanie, zauroczenie, ale też przesiąknięta erotyzmem. Pull My Hair Back przypomina piekielnie inteligentną młodą kobietę, która potrafi się „nieźle zabawić”, od czasu do czasu rzucić wulgarną wiązanką, ale tak ogólnie to cierpi na złamane serduszko: ”If you cheat / Don't just lie / 'Cause I don't give a fuck/ What you do/ If you cheat/ Don't just lie / 'Cause baby I don't give a fuck/ What you do /Ohh ohh”.

Związki damsko-męskie w czasach Tindera, melanże, awantury, booty calls ( “call me / you know my address” – zaśpiewane najwdzięczniej, jak to tylko możliwe w “5785021”), tęsknota, mindfucki (“boy you got me feeling such a strange emotion / boy you make me feel like a strange emotion / but it feels so real”). Dyskoteki, chłopaki, wszystko trudne i w bardzo różnym stopniu udane. Ten nastrój weekendowej melancholii, niedzielnych spadków formy. Samotnicze, minimalistyczne beaty i pochody basu, wokalne ochy i achy. W XXI wieku sporo było wybitnych wydawnictw oddających podobny klimat – The Present Lover Luomo i So This Is Goodbye Junior Boys, to sztandarowe przykłady – i Pull My Hair Back dołącza do tego panteonu. –Piotr Kowalczyk

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


Diogenes Club: Versailles (EP)

027Diogenes Club
Versailles (EP)
[Urban Torque, 2010]

Część z osób śledzących ten ranking być może zastanawia się teraz, o co tu chodzi. Diogenes Club i Versailles EP? Zajawka przeszłości, "tylko" trzy utwory i w efekcie pierwsza pięćdziesiątka płyt 10s? Nie trzeba przecierać oczu ze zdumienia, nie ma konieczności pukania się w głowę, prawda jest prostsza, niż z pozoru się wydaje. Wprawdzie trudno mówić o jakimś kanonicznym dorobku studyjnym Diogenesów, wszystko w końcu rozbija się zaledwie o kilka EP-ek, singli i jedno LP, ALE... Versailles EP trafiło tutaj nie tylko z pobudek sentymentalnych (tak, sentymentalnych: z utęsknieniem sięgam pamięcią wstecz, gdy po raz pierwszy przyszło mi spotkać się z tytułowym trackiem; wakacje, słońce, te sprawy), ale przede wszystkim dlatego, że będąc najbardziej reprezentatywnym materiałem tego duetu, jak nic innego dotychczas potrafiło wskrzesić ducha tak bardzo uwielbianego przez nas Prefab Sprout. Konwoju inspiracji w przypadku Diogenes Club zresztą nie ma końca: większość z nich jest zorientowana oczywiście na lata osiemdziesiąte, czyli ogólnie pojętą muzykę klawiszową czy akrobacje syntezatorami, ale dzięki świadomemu, kalkulowanemu songwritingowi kompozycje bardzo skutecznie nawiązują kontakt z osadzonym w szkielecie nu-disco współcześnie rozbrzmiewającym elektronicznym popie. Znowu tam jesteśmy, znowu eksponowanie hooków jest nadrzędną formą działania. Jak długo? "Tylko" trzy utwory. –Rafał Marek

posłuchaj »

przeczytaj recenzję


Kelela: Cut 4 Me

026Kelela
Cut 4 Me
[Fade To Mind, 2013]

Cut 4 Me ujrzał światło dzienne u szczytu zajawki na najntisowe r&b, co nie było bez znaczenia, zarówno jeśli chodzi o jego komercyjny, jak i przede wszystkim artystyczny status. W 2013 rzeczony trend był już bardzo powszechny i zaczynał już z lekka nużyć. Premiera debiutu Mizanekristos na szczęście przeniosła silnie eksplorowanej wtedy stylistyce drugi oddech, nie tyle zmieniając rozłożenie akcentów, co zasadniczo wpływając na ówczesny status quo. Cut 4 Me stawiał na rozwiązana radykalne, odcinając się od typowych podkładów silne zakorzenionych w hip-hopie na rzecz stricte klubowej elektroniki: w mniejszym stopniu kładąc nacisk na charakterystyczny vibe, w zamian za to oferując futurystyczny, a zarazem bardzo maksymalistyczny w swoim wyrazie wachlarz zastosowanych środków. Swoista symbioza tradycji z nowoczesnością nie mogła wypaść nieprzekonująco, gdy za podkłady odpowiedzialne były takie postaci, jak Bok Bok, Kingdom, Jam City czy Nguzunguzu. Pamiętajmy jednak, że Cut 4 Me to nie tylko nowoczesne synkopujące bity, ale też niesamowicie elastyczne, zróżnicowane (pod względem rytmu i sposobu podejścia do interpretacji) wokale – bardzo silnie czerpiące z czarnej muzyki lat 90., a miejscami wręcz cytujące (czy to pod względem samej melodii czy maniery) czołowe wokalistki tamtego okresu: Brandy, Missy czy zwłaszcza Haugton. W 2013 mówiło się, że Cut 4 Me jest punktem przełomowym, który wyprowadzi karierę Amerykanki na szerokie wody; nie do końca się tak stało, co absolutnie nie zmienia faktu, że debiut ten jest wciąż jednym z najciekawszych zjawisk bieżącej dekady. –Marek Lewandowski

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


Meg: Maverick

025Meg
Maverick
[Universal, 2010]

"Czasem chciał odwiedzić kościół, w którym przyjął chrzest / 15097 666". Skoro mam nawinąć o małej Chince Meg, która tak w ogóle jest z Japonii, i skoro to szósty studyjny album filigranowej Keiko Yorichiki oraz szóste miejsce na mojej liście najlepszych płyt półdekady, to lecę z sześcioma powodami, dla których moim zdaniem Maverick rządzi:

1) Najprostszy z nich: kapitalne piosenki. Każdy indeks oprócz króciutkiego "N07B" ("późne Talk Talk vs. interludia MBV", heh) rozkłada serią zdigitalizowanych, wiśniowych hooków wyskakujących co chwilę ze szlachetnego songwriterskiego morza na sprężystą electro-popową powierzchnię. Bierz co chcesz, wszytko weź, co tylko mam: wyperfumowany amiga-pop "Gray", kolorowy Shinkansen "Destination", wciągający jak oko cyklonu "Hanabi", nabitą na metaliczne bębny szkolną śpiewkę "Moshimo", ekstatycznie eskalujący bankiet "Groovy", śliczną electro-balladę "You", podbój owocowych galaktyk "Secret Adventure", słodki jak anmitsu, kreskówkowy "Our Space", wypoczynek w pomidorowym ogrodzie "Story" i wieńczącą całość, iskrzącą tęczowymi klawiszami, tytułową promenadę "Maverick". Ida Rubinstein by doznała, Wychowany na Trójce jakoś nie.

2) Są płyty, które im są starsze, tym jaskrawsze, im są starsze, tym widzę je jaśniej − mowa tu właśnie o płycie z ubraną w rozciągnięty t-shirt Meg na okładce. Pięć lat po premierze i nie słychać nadgryzienia przez ząb czasu. Przeciwnie, dziś krążek brzmi jeszcze świeżej i w jeszcze większym stopniu zawstydza obecnie produkowany taśmowo mainstream, a zwłaszcza filister-pop z Polandu.

3) Co chwilę słychać głosy, że konający na łożu śmierci piosenkowy format może wkrótce zakończyć swój żywot. Britney na Femme Fatale, James Blake czy KNOWER najchętniej już wybraliby się na pogrzeb, ale dopóki takie pełne popowej słodyczy, biszkoptowo-syntezatorowe torciki przełożone wysmakowaną, harmoniczną masą i posypane migdałowymi chorusami będą istniały, dopóty zgon nie zostanie prędko stwierdzony. A tak btw, kto stoi za tym pysznym wypiekiem? Oczywiście...

4) "Pierdolony generał Nobunaga" j-popu, czyli SZEF Nakata-kun, który napisał i wyprodukował całość. Nie mam siły nikomu tłumaczyć, co ten japoński replikant wyrabiał na początku dekady − zerknijcie se na co niektóre blurby z naszego ostatniego rankingu singli. Natomiast Maverick to jego albumowe opus magnum − perfekcyjne wyedytowany, pozbawiony wypełniaczy i rozwlekłości, zabarwiony dziewczęcym głosikiem Megi, obezwładniający synth-prog-jazz-dance-pop, który katowałem najczęściej ze wszystkich wydawnictw 2010-2014.

5) Prawdopodobnie najwybitniejsze nu-j-popowe osiągnięcie jeśli chodzi o pełnoprawne długograje i NIECH MNIE KULE BIJĄ jeśli to nie jest najlepszy popowy longplay tych pięciu lat.

6) Żebym nie wiem w jakim był nastroju, zawsze gdy włączam Mavericka, na moich ustach pojawia się uśmiech zadowolenia. –Tomasz Skowyra

przeczytaj recenzję


Kanye West: Yeezus

024Kanye West
Yeezus
[Def Jam, 2013]

 

 

 

Kanye West

–Antoni Barszczak

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "20 najlepszych plyt 2013"


Inc.: No World

023Inc.
no world
[4AD, 2013]

Chyba tylko Black Messiah i m b v wywołały w kręgach naszego serwisu większą zbiorową podjarkę niż wydany w lutym 2013 roku debiut braci Aged. Zresztą śledziliśmy ich rozwój od początku, natomiast peany złożone temu utalentowanemu rodzeństwu możecie przeczytać na dole. Po latach powiem wam tak zupełnie szczerze: żadna z piosenek na no world nie może równać się z ”The Place” i ”5 Days” – dwoma nawiedzonymi klasykami sypialnianego r&b, po których ”mój kumpel płacze do dziś”, a i ja chowam się w ukryciu, wstydząc się swoich rzęsistych łez. To są jednak te "momenty wzruszenia” i wspaniałe wspomnienia, które zostają z człowiekiem na lata i z tego miejsca bardzo serdecznie dziękuję tym utalentowanym Kalifornijczykom za to wszystko. Są w naszej redakcji osoby, które z umiarem podchodzą do no world, są i tacy, dla których ta płyta wpisuje się idealnie w dzisiejszy zeitgeist stanowiąc niemalże Last Exit tej dekady. Ja lokuję się gdzieś pośrodku i choć napisałem, że żaden z indeksów na debiucie Inc. nie jest w stanie podskoczyć tej ”złotej dwójce”, to i tak wciąż uwodzi mnie kruchość refrenu ”Lifetime”, wzrusza nostalgiczne ”Trust (Hell Below)” stanowiące w mojej głowie naturalne przedłużenie ”5 Days”, a uwypuklające ciągoty braci w kierunku indie-rocka ”Desert Rose (War Prayer)” zachwyca swoją impresyjnością i dostojną ulotnością. Możecie się nie zgadzać, ale dla mnie No World to coś więcej niż tylko ”muzyka do robienia dzieci”, szczególnie w kontekście kompozycyjnego wyrafinowania i przepięknych, wzruszających aranży autorstwa tej dwójki młodzianów. –Jacek Marczuk

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


Deafheaven: Sunbather

022Deafheaven
Sunbather
[Deathwish, 2013]

Tak się akurat składa, że za oknem widzę teraz krajobraz wprost wyjęty z okładki któregoś tam Burzuma i w tym mniej więcej miejscu kończą się moje związki z metalem. Trochę jest mi zatem głupio i niezręcznie zabierać głos w tej sprawie, a jednocześnie myślę sobie, że słusznie pisze o Deafheaven tak wysokiej klasy ignorant. Sunbather to z jakichś względów idealny gateway album, przez co dla niektórych za mało prawilny, a nawet wprost zabawny, ale gdy uczciwie zastanowić się, na czym polega jego przystępność wobec nieprzystępności reszty gatunku, to milkną echa internetowej beki. Trzeba być ohydnym zatwardzialcem, żeby nie skumać, dlaczego niewinnej duszyczce wyrosłej na melodiach, harmoniach i tekstach o miłości takie "Dream House" wejdzie bardziej i szybciej, a jeszcze ohydniejszym, żeby się z tego śmiać. Trzeba być mentalnie po prostu starym, żeby nie ogarnąć powagi, stylistycznego rozmachu i siły oddziaływania tego, co tu się właściwie gra. Lato 2013 spędziłam, katując te cztery monumentalne konstrukcje, zawsze na słuchawkach, prawie zawsze na leżąco i w maksymalnym skupieniu, jak za dawnych czasów, gdy poznawało się ważne dla siebie płyty. No i właśnie, obcowanie z Sunbather ma dla mnie coś z młodzieńczego próbowania, zdziwienia nad własnymi reakcjami, wypychania emocji ponad to, co się wie, bo wie się przecież niewiele. Zbieranie doświadczeń, tak to się chyba nazywa. Z zachwytem przesłuchać choć jeden metalowy album – check. –Luiza Bielińska

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "Rekapitulacja roczna 2013: Metal"


Ariel Pink's Haunted Graffiti: Before Today

021Ariel Pink's Haunted Graffiti
Before Today
[4AD, 2010]

Ewenement. Czy ktoś postawiłby 10 lat temu symboliczną dychę na faceta przebranego za Kate Bush z wciągniętej kasety VHS? Na typa nagrywającego swoje feelsy na kaseciaku w piwnicy? W tym szaleństwie nie było metody, nawet z plecami w postaci Paw Tracks.

A lo-fi stało się rewolucją. Nie przestrzeloną jak ta nowo-garażowa; nie z długami jak ta kuchenna, ani rokiem mobile. Z impetem rewolucji piwnej, Ariel Pink stał się lekiem na całe zło i w kilka lat dorobił się prawdziwych fanów-koneserów. Aż w końcu, z craftowym zacięciem, zasłużył sobie na mainstreamowy aplauz, czego efektem stało się Before Today prosto z 4AD.

Na rozdrożu rozmagnetyzowanej kasety i wypolerowanych na glanc okien w salce 4AD Ariel odnalazł się z właściwym dla siebie niepokojem. W autorskiej garderobie wybiera co ciekawsze fatałaszki, by wydobyć z nich najlepsze kąski. Policyjny strój Madonny przyozdobiony brokatem leniwych przedmieści (“Beverly Kills”) potrafi w jednej chwili zrzucić na rzecz riffów zapachu skóry w “Butt-House Blondies”, by udać się zaraz rollecoasterem w tarantinowską pop-paranoję gatunkową.

Nie byłoby jednak dzisiejszych nagłówków gazet pokroju “Internet zalewa fala przeróbek Ariela ”, “Gwiazdka Walta Disneya nagrywa utwór z Arielem” czy “Madonna znalazła młodszego (36 l.). To jej nowy singiel?”, gdyby nie dwa numery. Wyrafinowane do cna, nakreślone marzycielskim tonem hity z zapomnianej składanki.“Round and Round” i “Can’t Hear My Eyes” są jak popularna para z ejtisowego filmu dla nastolatków – mydli oczy słodyczą, a mimo to trudno oderwać od niej wzrok.

Mylił się Pan, Panie Rosenberg. Rewolucja nie kłamała. –Piotr Gruba

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2010"


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Porcys: Equalizer #4
M83Knife + Heart