SPECJALNE - Ranking
100 najlepszych płyt 2010-2014

100 najlepszych płyt 2010-2014

14 września 2015

Kendrick Lamar: Good Kid, M.A.A.D City

010Kendrick Lamar
Good Kid, M.A.A.D City
[Interscope / Aftermath / Top Dawg, 2012]

Druga płyta Kendricka wyszła w *...wyjątkowo, śmiesznym* dla mnie, hip-hopu i świata okresie.

Przez *...wyjątkowo, śmieszny* rozumiem: dziwaczny, kłopotliwy do zaklasyfikowania i wywołujący raczej nerwowy niż kojący rodzaj śmiechu. Były to czasy niedługo przed, ale wciąż jeszcze przed szeroko się dziś rozpościerającą gentryfikacją i depigmentyzacją rapu (Małe Taco, patrzę na was). Obama rozpoczynał drugą kadencję, Macklemore dopiero wspinał się na pierwsze miejsce listy Billboardu. Zdarzali się w miarę poważni ludzie, mówiący – w miarę poważnie – o społeczeństwie post-rasowym. I wtem, Kendrick Lamar. Z płytą zachwycającą i konfundującą, którą wszyscy próbowali puszczać na domówkach z okazji spodziewanego końca świata (grudzień 2012), i wielu późniejszych, ale ona jakoś nigdy nie chciała dać się nam puszczać, przerażona ilością Sufjana Stevensa na naszych dyskach i kaszy jaglanej w szafach. Jest kilka albumów, wśród moich ulubionych albumów rapowych, z którymi mam ten sam problem – a raczej: które mają problem ze mną. Albumów, które nie chcą być, "moimi" i co do których nie czuję, żebym miała prawo obdarzać je swoją "ulubionością", które – jak każda wybitna sztuka zaangażowana – każą podchodzić do siebie bardziej z cichym propsem niż nadmiernym entuzjazmem. –Aleksandra Graczyk

posłuchaj »

50 najlepszych nagrań 2012
przeczytaj "Rekapitulacja roczna 2012: Hip-hop"


Gang Gang Dance: Eye Contact

009Gang Gang Dance
Eye Contact
[4AD, 2011]

Eye Contact to była trochę kinder niespodzianka dla sierot po MPP i wielu innych, zmęczonych szukaniem jakości w wysypie epigońskich projektów z okolic eksperymentalno-psychodelicznych w roku 2011. Oczywiście o ile możemy na tym albumie mówić o muzyce eksperymentalnej, bo zestaw utworów na Eye Contact to w większości już pełnoprawne piosenki o konwencjonalnej strukturze i szlachetnym songwritingu. Follow-up do Sainth Dymphny to jednak utwory, które, nawet jeżeli są konwencjonalne w strukturze, to - podobnie jak w przypadku poprzedniczki - poruszają się w zupełnie odmiennych od siebie stylistykach, a jedyną dominantą gatunkową pozostaje wysmakowanie w kolekcjonowaniu dźwięków i gładkie wplatanie ich w zachodnią tradycję piosenkową. Nowojorczycy dość czytelnie dają znać o tym, że zamierzyli sobie, aby był to koncept album. Czy “MindKilla” to po prostu grime’owy pocieszny banger, a “Romance Layer” słodki ejtisowy jam? Nie, to całe wydawnictwo opowiada o śmierci. Poprzez swoistą wiwisekcję world music Eye Contact dokonuje przeglądu spojrzenia na śmierć, nieśmiertelność i transcendencje w kulturach niechrześcijańskich. Jeżeli Kate Bush w Haunting przywoływała irlandzkich druidów i romantyczne szkockie duchy, to członkowie Gang Gang Dance ręcznie odkopują tutaj karaibskie, chińskie i hinduskie czaszki, po czym z nimi rozmawiają. Doprawdy fascynujący, mocno zaznaczający się w całej dekadzie album, ale mało w niej funkcjonujący. Jeżeli coś miałoby być Kill Billem muzyki, to przecież jest to właśnie eklektyczny (sic!) Eye Contact. –Iwona Czekirda

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2011"


D'Angelo & the Vanguard: Black Messiah

008D'Angelo And The Vanguard
Black Messiah
[RCA, 2014]

Czarny Mesjasz zstąpił na ziemię w tak precyzyjnie wymierzonej chwili, że nawet gdyby jego zamiary nie były tak oczywiste, nie sposób byłoby mu ich nie przypisać. Długo oczekiwany następca Brown Sugar i Voodoo różnił się od swoich poprzedników nie tylko całą mierzoną w zmianach mód, nowych gatunkach i kolejnych rewolucjach technologicznych epoką, ale również hierarchią bytów i wartości, organizujących się w propozycję zupełnie nowej tożsamości. Opierając się na mniej więcej podobnej wrażliwości kompozycyjnej, wyrażanej za pomocą podobnego zestawu formalnych sztuczek, instrumentów czy środków artykulacji, D'Angelo przestał zajmować się sprawami ciała, emancypując się w wyższą, rozpuszczającą zastanę struktury formę Ducha. Hipersensualny, emocjonalny i obsesyjnie cielesny język jednej z najlepszych płyt lat 90. zostaje tutaj przekuty na artefakt egzorcyzmujący Faronowski ukochany ”wyklęty lud” z Faronowskiej znienawidzonej ”ziemi”. Dzięki temu uwolniony od przymusu materialnej determinacji – albo przynajmniej uświadomiony możliwością innego życia – zwraca się on zarówno w stronę swojej przeszłości, starając się na nowo zrozumieć swoje korzenie i użyć tej wiedzy, by zbudować nową podmiotowość, jak i w przyszłość, szukając w szerokości horyzontu pierwiastka utopii, który dałoby się przejąć i zaktualizować.

Black Messiah, tytuł przebiegle ironiczny, bo padający ze strony autarkicznego hedonisty, nieustającego swego czasu w poszukiwaniach optymalnej miary impulsów przyjemności, wyrażalnych w postaci przebiegów akordowych i napięć harmonicznych, jest tak naprawdę czymś więcej niż wyłącznie mistyczną nakładką na zbiór ogranych patentów; jest również czymś więcej niż kolejną wulgarnie "polityczną" płytą, "komentującą" postępujący kryzys post-rasowych Stanów Zjednoczonych. To raczej próba sprawdzenia granic rozszerzenia "życia estetycznego" na "życie etyczne", projekt pogodzenia "sztuki wsobnej", absolutnej, nieodniesionej do innych celów poza nią samą, z zaproszeniem do uczestniczenia w ujawniającej się właśnie historyczności. Gdy Kierkegaard stanął przed tym dylematem – poległ, wymyślając "żywot religijny". D'Angelo udowadnia, że nie ma tak naprawdę żadnego dylematu i nie musimy wybierać pomiędzy "przeżyciem" a instrumentalnie pojmowaną "redukcją" do jakiejś społecznej funkcji. Wytwarza odpowiedź performatywnie, z daleka od trudnych do "przeżycia" dyskursów. "Redukcja" jest tak naprawdę warunkiem "przeżycia", jego środowiskiem i miejscem zaistnienia, a "przeżycie" w naturalny sposób nie może pozostać całkowicie intymne, niekomunikowalne. Na skutek gwałtownego ruchu uniwersalizacji "rozlewa" się w końcu na świat. Efektem jest ”złoty wiek” zamknięty w niecałych 56 minutach, miejsce, gdzie wszystkie impulsy przyjemności zbiegają się ze sobą; ”kingdom come, will be done, oh yeah”. –Jakub Wencel

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2014"


Toro Y Moi: Underneath The Pine

007Toro Y Moi
Underneath The Pine
[Carpark, 2011]

WCH: Nasz rednacz to jest jednak kawał mendy: najpierw sam, w płaszczyku Leonarda Zeliga wyczerpuje temat Underneath The Pine, a potem zleca o tej płycie blurba pewnie jedynej osobie w redakcji, która oceniła ją wyżej od Causers. No i cześć, no i baw się. Halo, Wojtku, co to za kabała? Kupiłeś już popcorn i umówiłeś z Borysem na wspólne oglądanie, jak to młody się męczy i z gracją ciężarnej słonicy stąpa po polu minowym? O, patrz, potknął się, paradne! Zmartwię was jednak: blurba nie będzie. Bo niby czemu mam upublicznić setki spędzonych sam na sam z Bundickiem godzin i dzielić bogactwami odnalezionymi w tym albumie z bandą koczujących gdzieś pod Wałbrzychem sępów? Pogięło was? Zapomnijcie, nie będzie i już.

***

"I don’t know how
How we’re gonna get out
But I’m not scared
Of getting point to point"

***

WCH: Topos prywatności, how lame is that? Ale w sumie trochę liznąłem w ten sposób sedna, bo dla mnie Underneath The Pine to cholernie intymna, podszyta niezwykle wsobną neurozą płyta. Zrozumiałem to, gdy pewnego razu, słuchając po raz tysięczny "Go With You", w efemerycznym uniesieniu zapragnąłem spisać swoją własną Książkę Twarzy, chyba tylko po to, by puścić ją z dymem, razem z całą jej zakamuflowaną nostalgią za beztroskim życiem. Bundick dwoi się i troi, żebyś przypadkiem nie poczuł się ze sobą całkiem komfortowo: jeśli ciepłe wibracje "La Femme d’Argent", to wzburzone falami rozwibrowanego przesteru, jeśli folkująca barokowa miniaturka – to zwieńczona niepokojącym, ambientowym outro. A wszystkie sielskie, wiosenne harmonie, melodyczne zwroty akcji, funkowe akcenty i barwne teksturalne plamki rozmywają się tu w oparach wczorajszych lęków i onirycznej autorefleksji. Czy na poziomie swojej drugiej płyty Chaz zjada w przedbiegach praktycznie wszystkich aspirujących songwriterów swoich czasów? Wyprzedza. Czy to wszystko jest takie łatwe, jak mogłaby sugerować jego sympatia do easy-listeningu? Z całą pewnością nie.

***

"I’m getting behind
I think I’m gonna die
Before I’m done
Done"

***

WCH: Mieliście kiedyś dołujące przeczucie, że w kwestii ogarniania produktów kultury jesteście w plecy? Bo ktoś zrekapitulował bogatą dyskografię Todda Rundgrena, podczas gdy sami zatrzymaliście się na Something/Anything?, bo na imprezie ktoś zainicjował żonglerkę filmowymi cytatami i ponad połowy nie skojarzyliście? Zgoda, koszmar snoba i problemy pierwszego świata, ale ja tam się uczciwie przyznaję: kiedyś zdarzały mi się tego typu paranoje. Przychodzi jednak taki moment, kiedy wpuszczasz w obieg trochę luzu i takie podejście zwyczajnie zaczyna bawić, a do szczęścia potrzebujesz tylko kilku prywatnych bohaterów. No właśnie, tym jest właśnie dla mnie Chaz Bundick – muzycznym bohaterem, który zawsze w potrzebie wspomoże dobrym akordem. Dopóki są ze mną takie płyty jak Underneath The Pine czy Causers Of This, dopóty ciśnienie zdobycia całej mądrości świata w jeden wieczór to sprawa całkowicie marginalna. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2011"


Leon Vynehall: Music For The Uninvited

006Leon Vynehall
Music For The Uninvited
[3024, 2014]

Pamięć fascynuje mnie pod każdym względem – od neuronalnych mechanizmów jej powstawania w mózgu po wspomnienia zapisane w muzyce. Pamięć to nie tylko uporczywe rozpamiętywanie i bezsilne roztkliwianie się nad tym, gdzie nigdy już się nie powróci. Pamięć to też szczera wdzięczność, świadomość swojej tożsamości i umocnienie tradycją. Tak ją słychać w twórczości Leona Vynehalla.

Słychać zręczne operowanie paletą gatunków i dzieł, które ukształtowały jego muzyczną wrażliwość od czasu, gdy za dzieciaka słuchał kaset w samochodzie mamy. Tak się szczęśliwie złożyło, że mama lubiła Velvet Rope Janet Jackson i Cold Water Music Aima, a Aim poza muzyką lubił filmy i z ich skrawków składał swoje sample. Stamtąd już niedaleko do wiecznego olśnienia Entroducing DJ-a Shadowa i oszołomienia mocą ”Cock/ver10” Aphex Twina.

Nie podejmuję nawet próby zabawy w zgadywanie rozlicznych inspiracji Vynehalla. Weźmy sobie ”Inside The Deku Tree” i Legendę Zeldy na Nintendo, ”Goodthing” i Vestę Williams czy ”It’s Just (A House Of Dupree)”, Williego Ninję i bomblujące klawisze od Isley Brothers, wystarczy. Podobno reżyser Voguing: The Message popłakał się, gdy usłyszał, co się przydarzyło jego filmowi. Niewielu jest muzycznych erudytów, którzy o tym wszystkim umieliby opowiedzieć w sposób równie elegancki i nieprzesadzony, wzniosłość smyczków przeplatając z najtłustszym basem. I nic dziwnego, że każdorazowo odsłuch tego domkniętego pięknym ”St. Sinclair” dzieła przysparza zarówno radości, jak i wzruszenia.

Podobne odczucia wzbudzał we mnie chyba tylko ”Walc François” w Umarłej Klasie i oniryczne trzaski na An Empty Bliss Beyond This World. Tyle że tym razem mamy do czynienia z jakąś bardziej konstruktywną nostalgią. Syk taśm i trzask winyli to nie tylko romantyczna stylizacja, ale tekstura dźwięku w naturalny sposób interesująca dla ucha. To wyjście ze sztucznego laboratorium wyekstrahowanych dźwięków w stronę życia, w którym słuchanie jest procesem ciągłym.

Music For The Uninvited zajmuje szczególne miejsce na liście znamiennych albumów ostatnich pięciu lat. To płyta-szkatułka, która sama w sobie będąc już historią, opowiada historię czyjegoś dzieciństwa, historię swojego powstania, ba! narodzin deep house’u w ogóle. Mam nadzieję, że przez to okno widać też skrawek przyszłości, że to nie koniec wyśmienitych dźwięków Vynehalla i nie koniec takiego patrzenia na muzykę. –Monika Riegel

posłuchaj »

przeczytaj recenzję

10 najlepszych płyt 2014


Knower: Let Go

005KNOWER
Let Go
[self-released, 2013]

W podsumowaniu płytowym roku 2013 Kamil Babacz delikatnie wspomniał i zaznaczył, że domniemany futuryzm duetu to bzdura. Skąd nam do głowy przychodzi, że przyszłość to te naspidowane pasaże w aranżacji laserów? Taka wizja to nawet nie tyle pobożne życzenie, co po prostu szczenięca fantazja. Tłuczenie quattuorsexagintillionów akordów pod rozgwieżdżonym niebem Zewnętrznych Rubieży jest w rzeczy samej fascynujące, a muzyczne przedstawienie tego stanu istotnie owocuje rewelacyjnym materiałem, który choć na chwilę pozwala uwierzyć w te wszystkie cuda. Nawet te osławione skrillexowe wiertary zdają mi się być raczej czymś przyziemnym i czymś mało wybiegającym w dal. Jednocześnie, co ciekawe, najbardziej kosmicznym momentem tego minialbumiku zdaje mi się być ostatni drop w "Dreaming On Forever" – dochodzący z oddali wokal przysłonięty wobblami, które brzmią raczej jak wymachiwanie kablem od Internetu 30 cm przed twarzą niż jak remont piwnicy sąsiada. Każde przelane na dźwięki pragnienie pójścia naprzód paradoksalnie cofa KNOWER z powrotem na naszą orbitę. "Coś więcej", które mamy okazję otrzymać, w całości pochodzi z gorących serduszek naszych faworytów z Los Angeles. Może to trochę kogoś zasmucić, ale dla mnie jest to duża otucha w tym świecie, który utkwił w chłodnym pędzie i cięciu budżetu na zbędne bajery. –Antoni Barszczak

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


DJ Rashad: Double Cup

004DJ Rashad
Double Cup
[Hyperdub, 2013]

Skoro jesteśmy na początku, to od razu coś sobie wyjaśnijmy i niech stanie się jasność: Double Cup jest kamieniem milowym footworku nie dlatego, że jego twórca odszedł przedwcześnie, ale dlatego, że jest dla owego nurtu tym, czym dla trip hopu jest Mezzanine, a dla dramenbejsu Timeless, i dlatego, że ogromna liczba płyt z kręgu footwork/juke (jakieś 88%) brzmi przy longplayu Hardena jak wyjęta z dupy. Rashad ustanowił swoim albumem cezurę będącą jednocześnie najważniejszym punktem odniesienia dla całego genre, którego ojcem jest ponoć RP Boo. Ale co tam footwork − przecież nikt wcześniej nie organizował tak beatów czy sampli. To nie są bezmyślnie wrzucone w pralkę, szatkownicę czy mikser elementy, które potem zostały ułożone zgodnie z dyktatem zrodzonej w Chicago estetyki − architektura wypływająca ze świadomych, kompozycyjnych zamierzeń ustawia Double Cup w czołówce najbardziej modernistycznych wydawnictw dekady przy zachowaniu wszelkich walorów parkietowej czy wręcz popowej użyteczności. Słabo, kurwa?

Niespecjalnie interesuje mnie, ile Rashad zawdzięczał ghetto-house'owi czy eksperymentalnym wycinankom Scotta Herrena, bo przecież sam stworzył nową jakość. Bardziej wartościowe wydaje mi się to, że mimo wybitnie strukturalno-formalistycznego charakteru tracków, są one tak niebywale grywalne. Istna kanonada rzucających się bez wytchnienia z różną prędkością oraz we wszystkich kierunkach dźwiękowych tkanek, które tak bardzo chce się śledzić. Można zatrzymywać się przy pojedynczych deseniach, a można wchłaniać po kolei każdą niespokojną hybrydę, pamiętając przy tym, że jest wariacją opartą wciąż na tym samym patencie. I nawet nie próbujcie na siłę wyszukiwać jakiegoś słabego momentu, bo to nie ma sensu. Pozostają więc dwa pytania: w jak dużym stopniu szczytowe osiągnięcie Hardena odciśnie się na rozwoju i ewolucji tanecznej elektroniki i jak szybko jego wkład będzie można zaobserwować. Bo to, że Double Cup jest dziełem znakomitym, a także muzycznym signum temporis 2010s, wiadomo już od chwili premiery. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


Jensen Sportag: Stealth Of Days

003Jensen Sportag
Stealth Of Days
[Cascine, 2013]

Synth-pop jest opętany wiernością próbkowania od dobrych paru lat, rodząc mikro-gatunki na podstawie tego, jak duża chmurka audio pokrywa piosenki danej grupy. Korzeniami tkwiąc w sypialnianych nagrywkach, Jensen Sportag z łatwością połknęli konkurencję, będąc de facto chillwave'owym zespołem zdolnym wydusić dźwiękowe demony na brzegach amatorskich jakościowo nagrań. Ale w miejscach, gdzie niefiltrowane promienie słońca znajdują luki w chmurach, znaleźć też można piękno i ów kontrast dał Jensen Sportag nową, wartościową broń na ich pełnowymiarowym debiucie, nawiedzonym Stealth Of Days.

Ta nowa sztuczka jest wyraźna już od pierwszej nuty w "Rain Code", gdzie ostrą krawędź odtwarzanej od tyłu pętli zmiękczono ambientowym płynem i kruchymi dźwiękami elektro-akustycznymi, równie delikatnymi co porcelana. Dalej płyta szczebiocze wyczekująco między sfazowanym znakiem firmowym zespołu, a przejrzystością hi-fi, zanim nie spełni obietnicy openera w łamiącym serce "Bellz", w którym produkcja jest tak migotliwie lśniąca i świetlista, że ciężko na nią patrzeć bez mrużenia oczu. Kiedy twoimi głównymi tematami są przemijanie i śmierć, skrywanie emocji pod warstwami analogowego szumu jawi się wykrętem. Na Stealth Of Days Jensen Sportag pokazują, że ból śmiertelności może ranić nawet bardziej w jaskrawym blasku dnia, niż późną nocą.

Gdy pół roku temu didżejowałem standardy Kylie, Madonnę i Roisin na weselu kolegi, podszedł do mnie pewien blondwłosy Niemiec i z wyraźną satysfakcją zaczął szydzić, że to co gram to jakieś "gay mjuuziiik", po czym dodał łamaną polszczyzną, że "u nas w Berlinie to jest na imprezach TAKA muzyka" (pokazując gest "jest zajebiście" czyli przykładając zaciśniętą pięść do brzucha przy zgiętym łokciu). Jakkolwiek surrealistycznym doświadczeniem był zarzut o "gay music" na imprezie tanecznej, biorąc pod uwagę historię tego "medium", to może faktycznie istnieje coś, co dałoby się sklasyfikować jako "gay music" które jest "polityczne przez małe p" niejako z definicji, bez uciążliwego ideologizowania i ukontekstowiania sztuki. I nie wiem, ale może tym albumem jest właśnie Stealth Of Days - być może kolekcja gejowskich doświadczeń wyciągniętych z prawdziwego życia, literatury i zakamarków umysłu.

Może to właśnie Stealth Of Days daje głos postaciom, które nigdy nie miały szansy przemówić w swoim imieniu i uczuciom, które zbyt często są relegowane do pamiętników i listów pożegnalnych. Być może w sercu Stealth Of Days tkwi szczerze wielkoduszny komunikat, skierowany do tych, którzy zmagają się z przeciwnościami albo czują się samotni bez względu na osobiste okoliczności: nie jesteś sam i zaznasz chwil radości, które usprawiedliwią twoją walkę. Może to coś więcej niż płyta: hołd dla tych, którzy nie potrafią znaleźć spokoju, na który zasługują, i celebracja tych wszystkich, którym udało się przejść na drugą stronę. "Może po prostu zaczął oszczędzać". "Może". –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


My Bloody Valentine: m b v

002My Bloody Valentine
m b v
[self-released, 2013]

Koleżanka z liceum powiedziała mi kiedyś, być może dla beki, której wówczas nie załapałem, że "Molesty się nie słucha, Molestę się wyznaje". Zdanie to wydało mi się wówczas zabawne, trochę infantylne. Nie z uwagi na przedmiot kultu, ale sam fakt przeniesienia języka religii na grunt obcowania ze sztuką. Dziś jednak byłbym kłamcą, gdybym swojego stosunku do Loveless nie ujął w podobnych ramach. Jako "wyznawca" żyłem w bezpiecznym, uporządkowanym świecie, w którym Loveless zajmowała szczególne miejsce w hierarchii bóstw. Nie potrzebowałem powrotu My Bloody Valentine. O ile mi wiadomo, przez dwadzieścia dwa lata nikt nie był w stanie w przekonujący sposób nawiązać dialogu z Loveless, co tylko utwierdziło mnie w przeświadczeniu, że ponownego objawienia nie będzie. A nawet jeżeli, co zdawała się nieśmiało wieszczyć koncertowa reaktywacja zespołu, to będę wobec niego trzymał się na dystans.

Cały opór i niedowierzanie złamały się przy pierwszych sekundach "She Found Now". Eeeeeeej, dwadzieścia dwa lata w muzyce minęły w okamgnieniu. Tyle się wydarzyło po drodze, dwie dekady, przynajmniej trzysta innych albumów, które musisz usłyszeć przed śmiercią i których wstyd nie mieć. Zagrajmy kampową kartą: wskazówki zegara zaczęły szaleńczo wirować. Wróciłem do domu.

Na pierwszy rzut oka niewiele się zmieniło. W progu przywitała mnie znajoma, sunąca w kierunku szczytu najmniej oczywistą ścieżką, zatem klasyczna dla Shieldsa melodia tonąca w przesterach. Ale za każdym kolejnym zakrętem czekało coś niespodziewanego, dobrze zapamiętane ułożenie pokojów, umeblowanie, obrazy w korytarzach – wszystko zmieniło miejsce, barwę, rzucało nieznany cień. Droga na dach, skąd podziwiać można było kosmiczny spektakl rozgrywający się na nocnym niebie, wiodła przez kolejne pokoje, wypełnione bezwzględną harmonią i równie bezwzględnym chaosem. Dom zamieszkiwały nieznane, nowe formy życia, gotowe do natychmiastowego zaprzyjaźnienia się i równie gwałtownego, śmiertelnego ataku. Ciszę przywitałem z poczuciem ulgi.

Warto było nie czekać na ten album, nie słuchać bootlegów, dowiedzieć się o powrocie MBV za pięć dwunasta. Nie mieć żadnych wyobrażeń, oczekiwań. Pozwolić się zaskoczyć, zszokować, dopiero później zachwycić i jeszcze silniej uwierzyć.

Ponieważ My Bloody Valentine się nie słucha. My Bloody Valentine się wyznaje. –Piotr Gołąb

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


Toro Y Moi: Causers Of This

001Toro Y Moi
Causers Of This
[Carpark, 2010]

To właśnie z Causers Of This wkraczaliśmy w nową dekadę. W zasadzie z wyciekiem ze schyłkowego 2009 r. Natychmiast było proste, że igramy tu z MOCARZEM, zatem żółta koszulka lidera na półmetku wyścigu jest przewidywalna jak karp na wigilię. To całkiem jak z Since I Left You czy Kid A w 2000 r. Początki dekad wypluwają z siebie złote strzały, a w kolejnych latach odnosimy resztę do miary ich świeżości, oceniamy ją z ustawionej na starcie perspektywy. Przypomnijmy więc rok 2009, kontekst COT. Chillwave. Zajawka na Washed Out, Neon Indian, Memory Tapes i dziesiątki mniej zapamiętanych buzzbandów płonęła silnym ogniem. W tamtym okresie poznaliśmy też nielegala My Touch Bundicka i wiedzieliśmy, że czekanie na jego regularny debiut, to odliczanie do być może najlepszego albumu tego nurtu. Znaliśmy też Les Sins i właśnie dlatego Causers… miał być czymś więcej, miał być pchnięciem chilwave’u na nowe tory. Po pięciu latach jak na dłoni widzimy gdzie jest teraz Toro Y Moi, a gdzie wzmiankowani koledzy pionierzy. Ciągle podnosimy alarm na wieść o nowych produkcjach Chazwicka, gość ciągle jest interesujący! Niemożliwe!

Zupełnie poważnie mógłbym dyskutować z każdym, kto za ciekawszą, jeszcze bardziej zniewalającą płytę uzna Underneath The Pine. Hola, hola, wtrąci się ktoś jeszcze, a Anything In Return? Tutaj dopiero mamy syntezę tego o co od początku chodziło! Dobrze, zgoda. Z tym, że w uniwersum albumowym na początku było COT i przez niego wszystko się stało, co się stało. Ot przywilej debiutu. Chaz zachował się tu, jakby chciał zabezpieczyć się przed wtopą pod kątem każdego możliwego kryterium oceny. Po latach widzimy, że naprawdę jest Lionelem Messim współczesnego popu. Wyszło mu, bo on tak ma, że mu wychodzi. Causers Of This to spójna całość, kompletne kompozycyjnie pojedyncze indeksy, a także mikromotywy kipiące na zewnątrz. Przegląda się tu J Dilla, bracia z kuzynem Wilsonowie, Ariel Rosenberg, Frankie Knuckles. Słabe punkty? Jasne, można szukać. Komuś brakuje mięsa w konsekwentnie łagodnym, wychillowanemu brzmieniu. Żaden bowiem wbity w tryby drąg nie zacina tego mechanizmu, Karol Okrasa nie złamał tego przepisu. Ale jeśli to jest zarzut, to blednie taki wobec skupienia się na przepływie dźwięków. Ten, kto w pogoni za lepszej jakości życiem potrafi jeszcze te okruchy wolnego czasu zagospodarować na coś tak niekonstruktywnego jak wsłuchiwanie się w muzykę, znajdzie tu nie takie małe co nieco. Ot, zrozumienie dlaczego COT przewodzi ucieczce z peletonu na półmetku lat 10tych. –Michał Hantke

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2010"


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Piotr KurekPolygome
Billie EilishWhen We All Fall Asleep, Where Do We Go?