SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 1990-1999

27 sierpnia 2012


Mało kto uwierzy, ale pomysł płytowego podsumowania lat dziewięćdziesiątych na Porcys narodził się ponad 10 lat temu – na początku 2002 roku. Cóż, najwyraźniej nie mieliśmy w sobie wystarczającej determinacji, mobilizacji i dyscypliny, żeby ukończyć je wcześniej. Dziś, gdy w końcu nadchodzi wyśniony dzień publikacji, chcemy tytułem wstępu uczulić czytelników na kilka drobiazgów.

Po pierwsze zależało nam, aby w projekcie wzięło udział jak najszersze grono redaktorów – również tych byłych współpracowników serwisu, którzy często od lat nie są już z nami związani. I to się udało, bo wyłączywszy kilka wyjątków, komentarze napisali niemal wszyscy recenzenci, jacy przewinęli się przez nasze szeregi. W związku z powyższym chcielibyśmy się im z tego miejsca serdecznie pokłonić. Dzięki nim w przedsięwzięciu uczestniczy ogółem prawie 40 osób. Możliwe, że tak licznej ekipy nie zbierzemy już nigdy.

Ponadto podczas wielomiesięcznych prac nad zestawieniem jasnym się stało, że lata dziewięćdziesiąte to dla nas niezgłębiona kopalnia wspaniałej muzyki, a lista top 100 naszych ulubionych płyt z tamtej dekady to zaledwie czubek góry lodowej, a nie wyczerpanie tematu. Jest zatem więcej niż prawdopodobne, że o wielu wykonawcach, którzy do setki się nie przebili, będziemy z ekscytacją pisać już niebawem i kto wie, czy tego rodzaju artykuły nie złożą się wkrótce na osobny dział w Porcys, poświęcony latom dziewięćdziesiątym.

Tymczasem serdecznie zapraszamy na selekcję stu najlepszych z najlepszych według naszej redakcji. I przypominamy, że podobnie jak przy singlach, świadomie pominęliśmy w poniższym rankingu wydawnictwa polskie.

 

100Beck
Midnite Vultures
[1999, DGC]

"HE MY NUN"! Midnite Vultures to fluorescencyjny rollercoaster pędzący donikąd, to hedonizm w kapsułce, 500% cukru w cukrze i tęczowe wymioty, przy których Odelay prezentuje się jak niedzielna herbatka u babci. Jakikolwiek opór jest bezcelowy – ataki przychodzą zbyt często, ze zbyt wielu stron. Siódmy album Becka to także trwający niemal godzinę singiel – czy jest to "triumfalne G-dur" na koniec "Peaches & Cream", wycieczki do Viagra Falls z "Hollywood Freaks", niby-bliskowschodnie dowcipy w outro "Nicotine & Gravy" czy wieńcząca ten cały burdel bonusowa puenta, wszystko pozostaje przyswajalne od pierwszej do ostatniej sekundy, zupełnie niezależenie od monstrualnej liczby warstw jakie udaje się wepchnąć do miksu Beckowi i Dust Brothers. Z drugiej zaś strony już samo "Milk & Honey" i jego metamorfozy (obejmujące gitarowy banger, zmysłowo toczący się hip-house i balladę wrzuconą na wypadek gdyby zaczęło robić się monotonnie) są materiałem na kompletnie osobną rozkminę. Q.E.D – oto ostateczny argument na rzecz tego, że mimo rzekomych niesnasek natury personalnej, w kwestii muzycznego szalbierstwa (jak ujął to kiedyś Borys) Beck i Coyne są zdecydowanie siebie warci. –Marcin Sonnenberg


099Mobb Deep
The Infamous
[1995, Loud/RCA/BMG]

Back in da days, gdy zaczynałem słuchać amerykańskiego rapu, nie miałem po drodze z hardcorem i gangstas. Numery miały bujać się na soulowych pętlach, a dobrym MC był ten, co się nie wydzierał i nie nadawał fucków. Inteligencko. A Tribe Called Quest poznałem troszkę później, ale oni akurat idealnie spełniają te warunki. W pewnym momencie dostałem w ręce Infamous, długo nie mając świadomości, że Mobb Deep powszechnie uważa się za restauratorów hardcore hip-hopu na wschodnim wybrzeżu. Produkcje, za które odpowiada głównie Havoc, przepędziły precz moje stereotypowe szufladkowanie czarnego rapu. Ale to dawno, lata płyną, dziś już automatycznie sprawdzam kolejne g-funkowe produkcje z Kalifornii i nawet absurdalna ilość swagu nie skreśla z miejsca dobrych jointów.

Inna sprawa to korzeń. Ten mocno się osadził i gdy co jakiś czas wracam do ulicznych refleksji Mobb Deep, czuję się jakbym miał za sobą epizod na winklach jakiegoś kurwa Hamsterdamu. Całą noc mogę repeatować przykurzone, surowe, ale na klasowych bassline'ach bujające bity. Ascetycznie, bez szaleństw z samplami czy skreczingiem, ale trafnie w punkt, na luzie nawijając nową pętlę – jak w singlowym "Temperature’s Rising", które zdaje się być najlepszym ambasadorem duetu w świecie niezalu. Tego samego niezalu, który ogląda "The Wire" i który zaraża się slangiem ulicznych poruczników. Swoją drogą akurat ten numer to produkcja zaproszonego do współpracy Q-Tipa (w refrenie śpiewa Crystal Johnson), podobnie jak "Give Up The Goods" i "Drink Away The Pain". Nie brakuje innych znakomitych postaci – swoje zwrotki dograli tu Nas (tony street credu tuż po Illmatic), Raekwon, Ghostface Killah i Big Noyd, ich ziom z Queens. A storytelling jest gęsty, uderzający i zaraźliwy w swojej fikcyjności – zupełnie jak ten wzmiankowany serial, który zagarnął wyobraźnię wielu pół dekady później.

Przy dużym wsparciu zaciągu producentów, w tym legendarnych Large Professora i DJ Premiera, na debiutanckim Juvenile Hell nie udało się wyrypać drzwi prowadzących na ulice Nowego Jorku. Tak już jest w tej grze. Infamous posłużył się kilkoma singlowymi strzałami, dzięki czemu Prodigy i Havoc do dziś "rozpierdalają ośkę w adapsie". –Michał Hantke


098Mouse On Mars
Iaora Tahiti
[1995, Too Pure]

Mouse On Mars mogliby spokojnie paść ofiarą siejącego postrach vote splittingu. I wszyscy pewnie ucieszyliby się, że mają okazję jawnie się na coś pooburzać, ale tym razem nic z tego, Niemcy dotarli do setki cali i zdrowi. Może dzieje się tak, gdy wśród grona dziwolągów ma się w repertuarze szczytowe osiągnięcie w rozwoju przystępności, które niejako z automatu zyskuje status dzieła reprezentacyjnego? Chociaż tak to właśnie zabrzmiało, nie miałam zamiaru ironizować. Iaora Tahiti na to nie zasługuje. W końcu w obrębie IDM-owego poletka piękniejsze przestrzenie maluje już tylko Music Has The Right To Children, tylko ona skuteczniej narzuca się wyobraźni. A kiedy Werner i Toma przetaczają tu miriady skrzących się w słońcu szklanych paciorków, jednocześnie nie można mieć im za złe deficytu udziwnień. Poza tym naprawdę głupio byłoby krzywić się zbytnio za ewokowanie prostych, niespiesznych przyjemności spod znaku leżaka ogrodowego w cieniu kwitnącej jabłonki. Rozglądam się dookoła i zbyt wielu takich nie widzę. –Luiza Bielińska


097Lilys
The 3 Way
[1999, Sire]

W grudniu 1956 roku ukazał się dwuminutowy utwór zatytułowany "Jim Dandy" w wykonaniu pochodzącej z Chicago wokalistki rnb Lavern Baker, znanej dotąd jako Little Miss Sharecropper. Proste słowa pełnej energii piosenki odnosiły się do fikcyjnej postaci superbohatera ratującego kobiety z opresji, choć inni twierdzą, że geneza tytułu jest bardziej prozaiczna i łączyć ją należy raczej z imieniem ukochanego pieska piosenkarki. Jedyne ocalałe zdjęcie czworonożnego przyjaciela artystki, domniemanego współsprawcy całego zamieszania, ukazuje nam niepozorną figurkę przypominającą zastygłego w przerażeniu mokrego pudla. Czy żałosne stworzonko w istocie zainspirowało napisanie dziarskiej kompozycji? Zapewne nigdy się nie dowiemy. Jakikolwiek jednak był jego udział w powstaniu "Jima Dandy'ego", faktem pozostaje, że piosenka przez 19 tygodni utrzymywała się na liście Billboardu, sięgając najwyżej miejsca 17. 48 lat później uplasowała się na 343. miejscu w plebiscycie na 500 najlepszych utworów wszech czasów magazynu Rolling Stone. Pięć lat przed publikacją rankingu na szczycie Billboardu rządziły TLC z "No Scrubs", a 3 Way Lilys otrzymało od Rolling Stone 2 i pół gwiazdki. Co dziś, po trzynastu latach, mogę co najwyżej skwitować głupkowatym: DOBRE! i kontynuować trawienie słodko-gorzkiego farta, że z setek hooków maszyny losującej Kurta Heasleya udało mi się trafić jedynkę.

Porównaj pierwszych dwadzieścia sekund "Jima Dandy'ego" i otwierającego 3-Way "Dimes Make Dollars". Tak, teraz tę kulkę z numerkiem możesz sobie co najwyżej na szczęście do klapy przyszpilić; zginie natychmiast pod kontrafałdą z klawesynu i bufką na banjo, co nie powinno dziwić, bo przecież Heasley zawsze zadawał szyku wymyślnym kostiumem z muzycznych nawiązań, skrojonym przy pomocy bezpretensjonalnego songwritingu. Więcej, gość na tyle orientował się w modzie, że jeśli spotkałeś go jedynie przy okazji Eccsame, w sezonie wiosna / lato 1999 możesz go już nie poznać. Zima 1998 przyniosła kolekcjom haute couture barok-popowy akcent w postaci Fin De Siecle Divine Comedy, w lutym na wybiegu ukazała się skromna jeszcze, choć wyrafinowana w wykorzystaniu elementów stylu lat 60-tych The Gay Parade, a w kolejce czekały wspaniałe, nietuzinkowe fasony Guerrilli i Midnite Vultures.

Wpisując się, a jakże, w powyższe trendy, Heasley wypuścił kolekcję promującą skrajne rozdrobnienie patchworkowej materii przy pomocy monkeesowych falbanek, kinksowych ażurów i zombiesowych przeszyć. I chociaż pomysłami na stylizacje mógłby obdzielić i dziesięć kapel, to rzecz nie tyle w samych łatkach, co w perfekcyjnym ich dopasowaniu. Od najdrobniejszych, retro-klawiszowych ozdobników do mieniących się hookami gitarowych płaszczyzn, przez skandowanki i cudowne harmonie na popieprzonych zupełnie skokach tempa i nastroju, wobec nieprzeniknionych częstokroć tekstów i pomimo usuwających się co chwila spod nóg rytmów, ze ściągniętą z pięknej Lavern kiecką pod swetrem i songwriterskimi nożycami w dłoni, lider Lilys bez żenady śmiga od wczesnych rockandrollowych potańcówek przez parkiety wypełnione hożymi fankami British Invasion, zaliczając południowoamerykańskie szlaki speluniady na drodze do wystrojonych po egipsku klubów funkujących Murzynów, w których Leo Ryan i człowiek naprawdę nie wie co się dzieje, poza tym, że solidnie musuje. Gdzie nie wejdzie, tam przytnie, a to mankiet, a to kołnierz, by ubrać wzrastające na indie dziewczyny w coś, co nijak nie przypomina skromnej elegancji ubiorów Miss Sharecropper, czego ofensywny blichtr niezdrowo cię pociąga, i czego nieodparty wdzięk pozwoli każdej pójść rano do szkoły bez przymusu przebierania się w zapasowy komplet casuals, za to z kompletem idealnie porytych popowych melodii w odtwarzaczu. Nie, bohaterze, pudli bym w to nie mieszała. –Karolina Miszczak


096Mogwai
Young Team
[1997, Chemikal Underground]

Jak szkocka z lodem. Do pewnego momentu pobudza, nakręca i uwzniośla, ale tuż przed finalnym atakiem na szczyt nakazuje zwinąć obóz i schodzić, opuszczać się, oddalać. Rozlewa się zewsząd domowym ciepłem i delikatnie otumania na otomanie. Ugniata nami jej sprężyste podbrzusze. Grzeszne rozmiękczenie, któż go nie zna? A jednak gdzieś w głębinach pulsuje świadomość, która sączy nam do ucha kontr melodię: koniec sprowadzi ból, ból i naiwną tęsknotę. Za czym tu bowiem tęsknić? Wszak to nie platońska nostalgia, bo w niebo z wkładki Young Team akurat nie wierzę. Nie nabiorę się już na tę sentymentalną akwarelkę w kolorze sepii. Już nie raz Szkoci kusili mnie tę kosmiczną obietnicą, a kończyło się jak zawsze. Ten ich anioł jest jakiś nazbyt pilchowski, a kontroler lotów bełkocze. Reguły nie są jasne. Pewnie, że nie są! Chciałoby się ulecieć, ale coś ciągnie w dół. "Może to jej urok, może to werbel". Nic to, patrzysz na wzmacniacz i czekasz na odpowiedni prąd, bo inaczej się nie oderwiesz. Nie podźwigniesz tej zbitej tkanki, tych ordynarnych powtórzeń, tych mięsistych wyładowań. Jesteś słaby, a prąd jest zmienny. Stąd nawet po latach nie masz pewności, kiedy cię mitologicznie grzmotnie, a kiedy cię zaledwie popieści. Ta nieprzewidywalność i owo wertykalne rozdarcie mogą rodzić uzasadnioną frustrację, dlatego zapytam tylko: "R U still in 2 it? 'Cause I'm still into it". –Jan Błaszczak


095MF Doom
Operation: Doomsday
[1999, Fondle 'Em]

Mój ojciec sprzedał mi kiedyś cytat o tym jak to dzięki "The Gates Of Delirium" Yesów punk rock zyskał swoją rację bytu. Kreśląc nieco powyginaną paralelę możnaby rzec, że wychynięcie na światło dzienne Dooma i jego tekstów stało się wystarczającym powodem, aby Lil Jon na dobre zszedł się z The East Side Boyz. Oraz żeby ktoś w końcu wpadł na pomysł założenia rapgeniusa. Tylko z wielkim trudem można rozpoznać w tym zamaskowanym grubasie o specyficznym flow i przywodzącym na myśl papier ścierny głosie wymoczka, który osiem lat wcześniej rapował na Mr. Hood. Wiadomo, że Metal Face nie żartuje, gdy mimochodem wspomina na Operation: Doomsday ciężkie czasy, nawet jeśli to właśnie one przyczyniły się do zbudowania pomysłowej (czy też pomysłowych) kreacji, która ostatecznie pozwoliła wbić mu się na szczyty rapgry.

Debiut (bo chyba można tak określić Operation) Dooma to spora jak na super-złoczyńczę doza humoru, odniesienia, których nie wykminiłbyś bez pomocy internetu nawet za sto lat i nie-wiadomo-ilukrotne rymy podparte charakterystyczną produkcją. Do tego pokłady patentów raczej w rapie niespotykanych, vide pływające tempo z "Tick, Tick". Kweli zwierzał się, że poczuł ciarki kiedy usłyszał "Hey!" i ciężko mu się dziwić – o dreszcze nietrudno też przy drugiej zwrotce Dumile'a w "?" czy idealnie wysamplowanej Sade w tytułowym, zresztą nietrudno tu o nie w ogóle. Może i lepiej, że fantastyczna czwórka zdążyła się rozpaść trzydzieści lat wcześniej. –Marcin Sonnenberg


094Global Communication
76:14
[1994, Dedicated/BMG]

Tytuł 76:14 nie mówi nic poza tym, że album nie należy do krótkich. To nie jest płyta, której słuchanie łatwo wpasować w plan dnia. Naturalnie najlepsze warunki są w nocy – najczęściej słuchałem jej w łóżku, przeważnie zasypiając przed końcem. Niby to ambient i jakoś tam może służyć za dźwiękowe tło. Jednak to niezwykle angażująca, sugestywna muzyka, zagarniająca uwagę słuchacza, który zostaje przez nią otoczony i wchłonięty. Do mało którego albumu tak bardzo pasuje klisza o "muzycznym świecie" – poddajcie się 76:14 i na pewno gdzieś was przeniesie. To w jakim miejscu się znajdziecie to już kwestia interpretacji. Tom Middleton i Mark Pritchard nie dają żadnych wskazówek, wszystkie tytuły to czasy trwania utworów. Ja osobiście słyszę tutaj technologię zrastającą się z naturą i wyobrażam sobie jakiś opuszczony kompleks industrialny, powoli porastający roślinnością. Płyta zaczyna się od dość złowrogiego (choć też chwilami bardzo ładnego) "4:02", niebawem zaczyna jednak dominować aura hipnotyzującego spokoju. Jest deszcz, tykanie zegara, są śliczne klawiszowe melodie, Vangelis spotyka techno, mech wdziera się na linię produkcyjną. Bardzo to wszystko piękne. –Łukasz Konatowicz


093Air
Moon Safari
[1998, Virgin]

Mam własną okładkę dla Moon Safari. To obrazek w mojej głowie, klisza pamięci, efemeryczne wspomnienie. Jest wtorkowy, mglisty poranek. Siedzę w którymś z trójmiejskich klubów przy plaży czekając na kogoś. Kelnerka sennie parzy pierwsze kawy dla wiernych czytelników wielkoformatowych gazet. Nie mogę uwierzyć w to, że ci ludzie nie muszą być w pracy, że nigdzie nie muszą się spieszyć. Ale i ja nie muszę, delektuję się więc zapachem kawy i widokiem spokojnego morza. Cała ta scena pogodnie zanurzona jest w dźwiękach Moon Safari. Zawsze, gdy wracam do tej płyty, czuję dokładnie to samo – zdziwienie i rozkoszną opieszałość.

Wyjątkowość niezapomnianego krążka Air polega prawdopodobnie na doskonałej równowadze pomiędzy matematyczną precyzją, a sennym artyzmem. Nieprzypadkowo zresztą nasuwa takie skojarzenia, skoro wyszedł spod palców architekta i matematyka. Nicolas Godin i Jean-Benoît Dunckel zaznaczyli nowy punkt na mapie gatunków muzycznych – elektronikę zabarwioną retro. Nie wypierają się swoich mistrzów, wręcz przeciwnie – zapraszają ich na get-together do swojej muzyki. Obecność tak znamienitych gości jak Tangerine Dream, Jean-Michel Jarre, Ryūichi Sakamoto czy Pink Floyd jest wyraźnie wyczuwalna w atmosferze, jednak Air zdecydowanie zaznaczają, że to oni są gospodarzami.

W jednym z wywiadów Godin z rozrzewnieniem wspomina czasy nagrywania długogrającego debiutu, kiedy był tylko on i Dunckel, a piosenki robiło się bardzo spontanicznie i podawało na świeżo. Mam wrażenie, że zapisane na Moon Safari ujmujące melodie i stylowe brzmienie zostały umiejętnie zakonserwowane, bo odsłuchane dzisiaj są dokładnie tak samo aromatyczne. "La Femme D’Argent" wciąż koi szumem płynącej wody i dialogiem basu z klawiszami, "Sexy Boy" i "Kelly Watch The Stars" pozostają księżycowymi przebojami, "Remember" nadal ma w sobie coś z francuskiej komedii romantycznej. "You Make It Easy" nie znajduje sobie równych w kategorii "łagodne wyznanie", żaden poranek nie jest tak słoneczny jak ten budzący się w symfonicznym "Ce Matin La", a dziecięcy śmiech w tle "New Star In The Sky" wciąż zamyka temat cudu narodzin. Są jednak na płycie trzy momenty, na które czekam zawsze ze szczególną niecierpliwością. Beth Hirsch nieustannie zachwyca mnie swoim głosem utkanym na gitarowych strunach w "All I Need", kawałku najbardziej dyskretnym i intymnym. Instrumentalne "Talisman" to narastająca siła klawiszy, basu, perkusji i smyczków, aż do przejmującego, eleganckiego dramatyzmu. Płytę zamyka wznoszący się i opadający dmuchawiec, niesione wiatrem "Le Voyage De Penelope", z jednym z najbardziej niepokojących wejść jakie znam. Tak kończy się bajka o Amour, Imagination, Rêve, czyli o miłości, wyobraźni i śnie.

Pozostaje sakramentalne pytanie: jak to się robi? Jak trzeba pracować, żeby tak perfekcyjnie uchwycić przełom w muzycznej estetyce? "Wiesz, mamy francuski rozkład zajęć, co znaczy, że nie pracujemy w weekendy, w nocy, w wakacje. Robimy sobie wolne co sześć tygodni. Wiele pomysłów pojawia się podczas posiłków, obiadów albo kolacji. To też uważamy za pracę". –Monika Riegel


092Pat Metheny Group
Imaginary Day
[1997, Warner Bros.]

To bardzo sympatyczna płyta. Miła, płynna, przyjemna. Można powiedzieć: bezpretensjonalna. Czytelnicy mają już pewnie jakieś ogólne pojęcie o Pacie i o tym co robi. Czy ta płyta wyróżnia się jakoś z reszty jego dokonań? Hm… Myślę, że jest raczej esencją jego muzyki i tego jak grał jego zespół w latach dziewięćdziesiątych.

Imaginary Day skłania do refleksji… Chociażby podczas odcyfrowywania hieroglifów, którymi są zakodowane informacje na płycie. Refleksji nad tym, czemu "H" jest przedstawione, jako pszczoła, a "Y" jako antena satelitarna… Sama muzyka jest przestrzenna, klarowana i w większości sielska. Jak kawałek "Follow Me", w tłumaczeniu na polski "Tam Gdzie Nie Sięga Wzrok", jak uważa Anna Maria Jopek, która razem z Methenym prześladowała tym utworem wszystkich Polaków jakieś 10 lat temu. Reszta płyty jest w podobnym klimacie – błąkania się po słonecznych polach, kicania i chrupania korzonków. Można się w tym zajęciu utopić, słuchać i marzyć. Jednak cenię ten album głównie za dwa utwory. Pierwszy to "The Heat Of The Day" – klaskanie flamenco, dynamiczna gitara i wreszcie wyraźny rytm. Coś się stało na słonecznym polu. Zrobiło się groźniej… Chwila przerwy i nadchodzi mój ulubiony utwór Pata – kosmiczny kombajn "The Roots Of Coincidence". Tym, co siedzą mocno w muzyce elektronicznej, bit może się wydawać z lekka wieśniacki, ale mnie powala masywnością i wielką energią kiedy dołącza się do niego żywa sekcja rytmiczna. Numer ma tyle patosu ile trzeba, zadziorność przesterowanych gitar i jazzowy oddech "natchnionych" melodii gitarzysty.

Spotkałem się z opinią, że to muzyka głównie dla gitarzystów. Właściwie cały jazz można by tak potraktować – muzyka instrumentalistów, grana dla muzyków i tych, co by chcieli nimi zostać. Dla reszty bywa męczący. Akurat Imaginary Day wydaje się być całkiem strawna dla ludzi, którzy po prostu lubią posłuchać ładnych, sprawnie zagranych melodii, nieco patetycznych solówek, a przede wszystkim umilić sobie życie muzyką. Po prostu klasyka "pop-jazzu". –Miłosz Ostrowski


091Guided By Voices
Alien Lanes
[1995, Matador]

Alien Lanes ma najlepszy garażowy flow jaki jest i tak jest. Forma krótkiej pop–rockowej piosenki żywiącej się hookiem w rękach Pollarda, Sprouta i reszty ekipy to narzędzie w wykładzie o tym, jak być kompletnym i konkretnym, bez wysiłku i dla funu. Technicznie amatorsko, w praktyce lepiej niż wszyscy zamknięci w studiach pazie ze swoimi błyszczącymi odznakami dla wzorowych producentów. Według mnie przewyższająca nawet słynne Bee Thousand kolekcja dwudziestu ośmiu perełek to uzależniający stuff, marzenie dla chcących odetchnąć rześkim powietrzem bez obciążającego psyche klimatu obcowania z pięknem nadprzyrodzonym. –Jacek Kinowski


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
RideWeather Diaries
Brian EllisMirror/Mirror