SPECJALNE - Ranking
100 najlepszych płyt 2010-2014

100 najlepszych płyt 2010-2014

14 września 2015

Kitty: D.A.I.S.Y. Rage (EP)

20Kitty
D.A.I.S.Y. Rage (EP)
[self-released, 2013]

Napięcie stale rośnie. A myślałem, że D.A.I.S.Y. Rage, najlepsze, co Kitty stworzyła we “wczesnym” etapie swojej chronicznie niestabilnej stylistycznie, napędzanej trollowym feedem kariery, jak również najlepsza EP-ka wypuszczona przez nią do tej pory, to będzie szczyt jej możliwości. Jeśli macie choć odrobinę sympatii do Kathryn (obyście mieli), to z pewnością wiecie, ile wydarzyło się w muzyce tej dziewczyny od pamiętnego czasu, w którym ten materiał ujrzał światło dnia. Pozwólcie, że dla własnej satysfakcji przypomnę: wydarzyło się tyle, że pierwszy, zapowiedziany już na sto procent album, to musi być hit sezonu. Kitty potrafi znikąd wypuścić zgrabne hh-r’n’b, brzmiące jakby parała się nim na dobre jeszcze w tamtej dekadzie, łapie superświeże, słodkie i lekkie podkłady bitowe na Impatiens (EP), trzyma sztamę z konszachtującym z siłami nieczystymi popu Leverkühnem Maxo, a dokąd to wszystko prowadzi, jeśli nie w kierunku rzeczy historycznych, nie wie nikt, poza nią samą. Zupełnie nieprzypadkowo oczekuję więc od przyszłej debiutantki dosięgnięcia poprzeczki, którą (prawie) zupełnie przypadkowo zawiesiła sobie na wysokości ósmego metra. Chociaż mam również i tę świadomość, że pewien rozdział w jej muzyce jest już raczej zamknięty. Autentyczność – taka sytuacja. D.A.I.S.Y. Rage tak bardzo trafia w sedno tym, jak raperka Kitty potrafi nadać sens swoim podkładom, mieszając chwiejne, dziewczęce flow z przenikliwością obserwacji prowadzonych w sypialnianych warunkach skype’owo-tumblrowych, brylując w pochodzie kpin i rozterek u progu dorosłości, że tworzy w ten sposób całkowicie unikatową w skali muzyki wrażliwość. Coś tak odrębnego ciężko jest przeskoczyć. –Krzysztof Pytel

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


Frank Ocean: Channel Orange

019Frank Ocean
Channel Orange
[Def Jam, 2012]

Chociaż od premiery Channel Orange minęły raptem trzy lata, ja wciąż mam nieodparte wrażenie, że zaszło tu jakieś nieporozumienie i za trójką w rzeczywistości stoi dodatkowe zero. Ze świecą szukać płyty wydanej po 2010 roku, która zrobiłaby aż takie spustoszenie na polu podjętej stylistyki; Frankowi bez wątpienia się to udało i biorąc pod uwagę skromne ramy czasowe między "wtedy" a "dziś", śmiało można mówić, że nagrywając swój debiutancki album – jednocześnie nagrał przysłowiowy klasyk w dniu premiery. Znaczenie, siła, doniosłość tej płyty jest tym bardziej większa, gdy weźmiemy pod mikroskop okoliczności, w jakich przyszło jej deklasować konkurencję – konkurencję zdominowaną wówczas przez hedonistycznych ćpunów, którzy wpadli w pułapkę swojego sukcesu i nagrywali dużo, jeszcze więcej, ale ciągle tak samo nudno i na tym samym patencie. Jakie więc szanse w tak doborowym towarzystwie mógł mieć Frank Ocean – chłopak stojący w zdecydowanej opozycji do tej postawy, romantyczny buntownik, podręcznikowy wrażliwiec ukazujący bardziej liryczną i intelektualną stronę R&B? Z definicji niewielkie, zwłaszcza po coming-oucie na Tumblr, gdzie wprost opowiedział o swojej homoseksualnej orientacji i wątpliwościach związanych z tym, jaki będzie miała ta informacja wpływ na losy jego kariery. Na szczęście wszystko dobrze się potoczyło i ostatecznie triumfowała muzyka – postawienie na aranżacyjny minimalizm kosztem rozbuchanych kompozycji czy odejście od szeroko rozumianej przebojowości zostały docenione przez najróżniejszej maści krytykę, odbiorcy Franka zaś bezgranicznie pokochali jego inność względem reszty sceny. –Rafał Marek

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "50 najlepszych nagrań 2012"


Farben & James Din A4:cFarben Presents James Din A4

018Farben & James Din A4
Farben Presents James Din A4
[Faitiche, 2014]

Dennis Busch, którego utwory remiksuje Jan Jelinek, traktuje metrum 4/4 jako organizatora dźwiękowej materii, swoistego naczelnika, mającego za zadanie utrzymać w ryzach swobodnie egzystujące sample. Pamiętając o tych fundamentach, Jelinek buduje rozgałęzienia i eksploruje urywki muzyczne, które w najpiękniejszych momentach osiągają foniczne zero absolutne, gdy wszelki ruch musi zaniknąć, ponieważ każda z cząstek znajduje się we właściwym sobie miejscu.

Wobec nieznajomości materiału, który stanowi bazę dla albumu, Farben Presents James Din A4 jawi mi się jako odpowiednik atomowych cieni, będąc permanentnym, choć niekompletnym świadectwem obcego i niepostrzegalnego. –Piotr Ejsmont

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2014"


Lone: Galaxy Garden

017Lone
Galaxy Garden
[R&S, 2012]

Matt Cutler tańczy w galaktycznej digi-dżungli, której płuca oddychają fluorescencyjnym powietrzem. Albo gdyby w 2027 roku Alejandro Jodorowsky nakręcił Diunę, to soundtrack miałby już gotowy. Albo Cuarón/Lubezki na kwasie kręcą dokument o malezyjskich lasach tropikalnych. Metafory można mnożyć, ale można też przeczytać nazwę krążka (trochę jak tytuł zagubionego opowiadania Ballarda) albo spojrzeć na okładkę (co proponował już Marcin w recenzji poniżej), bo to wyjaśnia chyba więcej od prób definiowania w stylu: Lone z nanotechnologiczną precyzją i sentymentem w sercu konstruuje futurystyczno-egzotyczną odę do tęczowego rave'u. Namalowany przez Cutlera neonowy fresk to rzecz zachwycająca na płaszczyźnie produkcji (taki szczegół jak operowanie akwatycznymi motywami), pełna niekonwencjonalnych tricków (weźmy nałożenie się klawiszy w "The Animal Pattern" czy wykręcenie przewodniego synth-temaciku w czwartym takcie "Lying In The Reeds") i połamanych melodii przy jednoczesnej dbałości o kompozycyjny krój i kurewsko dancefloorowy potencjał. "As A Child", "Crystal Caverns 1991" czy "Cthulhu" to zajebiste parkietowe wymiatacze, które na słuchawkach zamieniają się w błyszczące detalicznym bogactwem sound-żyjątka. To wszystko od razu narzuca się przy słuchaniu, ale mało kto wspomina w kontekście tego długograja o jego rozmarzonych punktach: nie chodzi tylko o dwa interludia "Dragon Blue Eyes" i "Stands Tidal Waves", ale o marzycielską otoczkę we wspaniałym "Spirals", schowaną za senną powłoką gitarę i wokal w "As A Child" czy wreszcie subtelną witryfikację tropikalnych źródeł na 1:39 w "Cthulhu". I tak się zastanawiam: jeśli gdzieś tam daleko rozwinięte istoty typu V-ego skali Kardaszewa dopada smutek, to czy słuchają wtedy Kozelka albo Hollisa? Nie wiem, dlaczego, ale myślę, że właśnie wtedy sięgają po Galaxy Garden. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "50 najlepszych nagrań 2014"


Drake: Take Care

016Drake
Take Care
[Cash Money / Young Money Entertainment, 2011]

Przy sklejaniu Take Care w całość Drake wziął sobie dużo na głowę, ambicją przewyższając kogokolwiek z pierwszej ligi w tym czasie (bo nie ma co porównywać tego albumu z Watch the Throne czy My Beautiful Dark Twisted Fantasy, którego napompowane a czerstwe pomysły do dziś wzbudzają moją konfuzję; wiele hałasu o nic). W efekcie, cóż, ciężko tu dyskutować, jeśli chodzi o bogactwo koronkowych i zaskakujących aranży, pomysłów, po prostu przeładowanej współczesną muzyką "urban" domkniętej, pieniężnej narracji. Czy to wtedy wróciło powszechne traktowanie płyty jako całości, zamiłowanie do concept albumu, teatralnego wręcz budowania napięcia? Następca znakomitego, ale chyba jednak jeszcze zbioru singli Thank Me Later podobnie jak Blueprint dekadę wcześniej pokazywał, jak powinien brzmieć nowoczesny, zadowalający duży elektorat, ale i nienachalny, odważny, wręcz wymagający rap głównego nurtu, wielki wór na hajs.

Drake tu jest czasem po prostu zajebistym raperem ("Underground Kings"), gdzie indziej serwuje monumentalną, hotelową balladę ("Cameras"), rządzi wraz z tym zwariowanym czarnuchem Rozayem na patetycznym niemal do granic znośności bicie Just Blaze'a ("Lord Knows"), nagrywa jakąś licealną muzykę, która powinna być nieznośna, a nie jest, z Rihanną, której nie słuchałem nigdy poza "Umbrella", ale wydaje się być spoko po tym emocjonalnym performansie... Słynny na całą Polskę śpiewak Weeknd nie jest tu marny. Kendrick dostaje swój kawałek i go miażdży, a Drake i tak nie musi się martwić, bo wie, że "Buried Alive Interlude" to tylko element scenografii, i że nikt nie "zje" wielowątkowej opowieści o nim samym, postaci w gruncie rzeczy dość śmiesznej, ale zaskakująco utalentowanej.

Na kilka godzin przed wyjściem mixtape'u z Future'em, jedną z niewiadomych pozostaje, kto będzie odpowiedzialny za produkcję. Możliwe, że na jednym materiale spotkają się np. tacy producenci jak 40, Boi-1da, Metro Boomin, Southside czy Mike Will Made It – trudno sobie wyobrazić bardziej oszałamiające zestawienie. Tak też było na Take Care – Drake ma dar do błyskawicznego wychwytywania talentów i nadawania im pewnej rynkowej wartości. Świadomość, że mamy do czynienia z monstrualnym wręcz wysiłkiem produkcyjnym sprawia, że słucha się tego tak, jak ogląda się filmy Nolana, tylko że zabawa większa i wzbogacająca; z drugiej strony Drake napakował po prostu 80-minutowy dysk treścią, o której większość twórców piosenek niezależnie od gatunku mogła w ciągu tych kilku lat pomarzyć. –Łukasz Łachecki

posłuchaj »

10 najlepszych płyt 2011
przeczytaj "Rekapitulacja roczna 2011: Hip-hop"


Tame Impala: Lonerism

015Tame Impala
Lonerism
[Modular, 2012]

Ekipa Kevina Parkera jest jedną z ostatnich, które potrafią zagrać na gitarach coś naprawdę ciekawego. Na wysokości Innerspeaker było to na tyle udane nawiązanie do Ta Det Lugnt, że szwedzcy czarodzieje prawdopodobnie przyjęliby je jak swoje. Ale dopiero drugi album jasno dowiódł, że Tame Impala to projekt wykraczający daleko poza najlepszy pastisz i najzręczniejsze nawet naśladownictwo. Tę płytę cechuje charakterystyczny hippisowski luz, paradoksalnie osiągany wielką dbałością o detale. Gdy słucham Lonerism, uczucia odrealnienia i dystansu przychodzą całkiem szybko. Pozornie ta płyta najlepiej smakuje na chłodno, gdy spróbujemy narzucić sobie pewną wnikliwość obserwatora i, zanurzeni w splocie historycznych nawiązań podsuwanych przez zespół, sami usuniemy się trochę poza nawias. Tak się jednak nie da. Album jest zwyczajnie zbyt angażujący, by odebrać go w taki sposób. Ustalając pewne rozpoznawalne muzyczne ramy swoich kompozycji, Parker jednocześnie udanie je spersonalizował i chyba właśnie to indywidualne podejście wynosi jego twórczość na poziom niedostępny większości sympatycznych retro-wyjadaczy. –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "50 najlepszych nagrań 2012"


Rangers: Suburban Tours

014Rangers
Suburban Tours
[Olde English Spelling Bee, 2010]

Joe Knight to prawdziwa enigma. Znalazłem tylko jeden wywiad z gościem, w dodatku przeprowadzony w bardzo ciekawym momencie: tuż po premierze Suburban Tours, kiedy to człowiek orkiestra stojący za Rangers musiał poradzić sobie ze zmontowaniem live-bandu i pierwszym koncertem. Swoje wczesne próby songwriterskie określa bardzo dosadnie: "próbowałem zerżnąć coś z Chic i zazwyczaj wychodziło mi to marnie".

O jego debiutanckim LP można powiedzieć wiele, ale na pewno nic nie jest tu marne. To album, który idealnie spuentował dążenia pewnej części twórców luźno związanych z labelem Olde English Spelling Bee i nie tylko. Dokonał tego prostymi patentami (repetycje, repetycje i jeszcze raz repetycje), którym daleko do mechanicznych powtórzeń. Efektem jedyny w swoim rodzaju zbiór impresji, o którym rok wydania właściwie nie mówi nic (tak, utarty to slogan, ale w przypadku Suburban Tours sprawdza się jak mało co). Podział na część popową i eksperymentalną też jest tu mocno umowny, bo Knight skutecznie łączy te światy, ale jego muzyka ani przez moment nie traci na jakiejś paradoksalnej przystępności.

Po latach głównym atutem tego wydawnictwa jest właśnie pewna trudna do zdefiniowania lekkość, która pozwala tej muzyce żyć swoim życiem poza wszystkim łatkami i kontekstami. Debiut Rangers nie wywrócił (niestety) muzycznego świata do góry nogami. Nie nadał też nowej dynamiki hipnagogicznemu popowi, ale w skali mikro pozostanie jedną z najbardziej twórczych wariacji na temat ejtisowych klisz, jakie kiedykolwiek nagrano. James Ferraro ma czego zazdrościć. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2010"


LIZ: Just Like You (EP)

013Liz
Just Like You (EP)
[Mad Decent, 2014]

Czasy są hybrydowe, wszystko dziś jest hybrydowe i Elizabeth Abrams też jest hybrydowa w sposobie, w jaki rozgrywa swoją karierę. Będąc dzieckiem swoich czasów, czasów późnej "cyfryzacji idei", i będąc żywym hologramem promieniującym z ekranu tabletu, trzeba oddziaływać na potencjalnego odbiorcę w każdym z dostępnych mediów i każdym ewentualnym kanałem. LIZY2K nie tylko dlatego jest "księżniczką pop-modernistów", że ma kawałki, w których faktycznie brzmi jak taka księżniczka. Równie istotny jest tu image, post-post-post-igranie z kanonami popkultury, mody, wizualiów. Aby w pełni doświadczyć tej przygody i skumać, o co w niej biega, należy poza samą muzyką śledzić jej Instagrama, JUTUBA i rzecz jasna znać się na meta-modzie, bo "kontrolowany kicz" ordynarnych nawiązań do około-kreszowej (że się tak wyrażę) estetyki najntisowej, przefiltrowanej naturalnie przez internet, to dla miłośników fashionistycznych niuansików pożywka na grube rozkminy.

Oczywiście znacie mnie: bez adekwatnie księżniczkowych piosenek ten koncept, najwyraźniej napisany pod poptymistyczne skrzydło Porcys (frakcja rządząca serwisem od co najmniej 5 lat, z prezydentem Sawickim, który "cieszy się, że ma takich odważnych ministrów"), zwisałby mi i powiewał. A w przeciwieństwie do "Nicole Dollanganger" (lol), LIZ bez tego teledysku z roznegliżowanymi mięśniakami nie zostałaby z niczym. Fiksacja na punkcie r&b i landrynkowego popu z drugiej połowy najntisów zostaje upgrejdowana "duchem" i "studiem" do standardów post-PC-Musicowych. Jest dławiąco nostalgiczny revival synthpopu (soundy klawiszy), mrugnięcie okiem w stronę środkowego Timby ("Y2K"), jest "rap prawdziwy" (Tyga w "Don't Say") i "rap malowany" ("Say You Would"), są cytaty z pionierów house'u ("All Them Boys") i adaptacja wątków UK funky ("Do I Like You"), a na finał serwuje nam panna swoje "Why Should I Be Sad" czyli digitalną urban-non-balladę odkupującą wszystkie grzechy za pomocą jednego spojrzenia. Czyli bardzo kobieco. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2014"


Violens: Nine Songs 2011 / True

012Violens
Nine Songs 2011 / True
[self-released / Slumberland, 2011 / 2012]

"Nie było sensu rozdzielać" napisał mi Wojtek, gdy spytałem go, jak potraktować te wydawnictwa w blurbie. Chodziło o prostą sprawę – płyty sąsiadowały ze sobą miejscami. Ale czy to wszystko? Na dziewięć piosenek z Nine Songs 2011 aż 4 powtarzają się na True. Zresztą, chyba do dziś status składanki z 2011 pozostaje niejasny. Nawet w mojej głowie lubiącej segregowanie, sortowanie i katalogowanie te płyty zlewają mi się w całość. Więc okej, słusznie - nie ma sensu ich rozdzielać.

O wyjątkowości Elbrechta nie muszę chyba przypominać. Koleś zrobił tyle rewelacyjnych kawałków i nigdy nas nie zawiódł. Były fajne rzeczy, takie jak Lansing-Dreiden czy debiut Violens, ale dopiero rzeczonym duetem wybudował sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu. Najpierw było dziewięć pięknych miesięcy narodzin, każdego kolejnego raczeni byliśmy dawką geniuszu. Embrace, bo tak nazwane zostało dziecko, choć na podwórku zwane często Nine Songs 2011, było śliczne. Każda kilkuminutowa wypowiedź w postaci piosenki zniewala. Delikatna i frywolna konstrukcja tych 30 minut w zaskakujący sposób klei się i po czasie trudna jest do wyobrażenia w częściach. Wyliczanka inspiracji i skojarzeń wydaje mi się głupia. Jasne, usłyszeć ich można mnóstwo. Mamy XXI wiek, a to muzyka oparta na gitarach i kogoś to dziwi? Nie ma to jednak żadnego znaczenia – Violens, czerpiąc z różnych źródeł, dali radę stworzyć coś w pełni autorskiego i własnego. Sposób prowadzenia sennych wokali na gitarowych plecionkach, aranż i mix, songwriting. Wszystko to daje nową jakość i nieważne, czy chodzi o sixtiesowe "Top Of The Mountain" czy wrzynające się w mózg gitary "Spirit". Każdy diamencik składa się na synergiczną całość tego nieokreślonego tworu.

Sprawa z True ma się bardzo podobnie. Ten "pełnoprawny" następca debiutu z 2010, jak już wspomniałem, dzieli część repertuaru z Nine Songs 2011 i dorzuca ze swojej strony kilka kolejnych, równie mocnych, strzałów. Stylistycznie nic się nie zmieniło, ekipa dalej ciągnie to specyficznie zadumane i rozmyte, ale jednak bardzo wyraźne brzmienie i podejście do piosenek. Bardziej wyraźna jest jednak narracja i albumowość, kawałki są nieco bardziej zróżnicowane, także pod względem długości. Po co jednak to reporterskie sprawozdanie? Kochani, słuchaliście już tej płyty, prawda? Wiecie, że jest wspaniała i cudowna. Wiecie, że nie wiecie, co jest lepsze: ona czy kompilacja z 2011. Wiecie, że takich płyt nie wydaje się co dzień. Prawda? –Antoni Barszczak

posłuchaj True »

przeczytaj recenzję Nine Songs 2011
przeczytaj recenzję True
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2011”
przeczytaj "50 najlepszych nagrań 2012"


Jensen Sportag: Pure Wet (EP)

011Jensen Sportag
Pure Wet (EP)
[Cascine, 2011]

Moja wiedza o członkach Jensen Sportag sprowadza się z grubsza do tego, że są z Nashville, a nazwa ich duetu pochodzi od nieistniejącego tenisisty. Nie chce mi się nawet sprawdzać, jak się nazywają. Nie ma to żadnego znaczenia – istotne jest to, że śledzenie rozwoju ich twórczości stanowiło jedno z najbardziej fascynujących muzycznych przeżyć ostatnich lat. Zaczęło się od mało znanego (nawet w porównaniu do oburzająco niewielkiej popularności Jensenów) debiutu z 2006 roku, który jest płytą, jaką mogliby nagrać Animal Collective, gdyby wpływ Beach Boysów zamienili na Maxa Tundrę, Aphex Twina i XTC (i chodzi mi tu o narkotyk, a nie zespół odpowiedzialny za Skylarking). Po serii singli, ukazujących bardziej taneczne oblicze, przyszła pora na Pure Wet.

Kierunek obrany na tej EP-ce przypomina mi o dziełach J.M.W. Turnera. Zafascynowany harmonijnie pięknymi, pastoralnymi krajobrazami Claude’a Lorraina angielski malarz próbował prześcignąć dawnego mistrza, korzystając z własnych, pełnych refleksyjnej ekspresji środków. Podobnie jest z utworami Jensen Sportag, w których pod rozmazanymi dźwiękowymi plamami można dostrzec lekko zarysowane kontury klasycznego repertuaru piosenkowego lat 80. Duet stosuje metody odsyłające do rozkosznych ambientowych pejzaży, dzięki czemu tworzy obecne najbardziej eteryczny i beztroski pop na świecie. –Piotr Ejsmont

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2011"


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie