RECENZJE

Britney Spears
Femme Fatale

2011, Jive 7.2

Popowych innowacji ostatnio dopatrywaliśmy się w albumach z podziemia, bo jak inaczej określić płyty Uffie i Meg. Myślę, że nikt nie spodziewał się, że prawdziwie nowa jakość wypłynie ze środka mainstreamu, że to właśnie album Britney Spears okaże się ociekającym hookami producenckim majstersztykiem, na którym po raz pierwszy tak mocno odcisną ślad podziemne trendy ostatnich kilku lat.

Słusznie zauważył Jody Rosen w recenzji na Slate, że paradoksalnie Britney do tego rodzaju eksperymentów nadaje się doskonale. Jej zupełna przezroczystość, brak własnego stylu, czy ciekawego wokalu jest wymarzoną sytuacją dla producentów, którzy odhumanizowując jej udział w nagrywaniu utworów, odważnie wykorzystują daną im wolną rękę. Już w przypadku Uffie, Meg i Perfume zwracała moją uwagę nieludzkość utworów na ich albumach, doprowadzona do skrajności manipulacja wokalami i całkowite podporządkowanie ich pomysłom producentów, co wzbudzało we mnie wyobrażenie ponad-popu, doprowadzonego do skrajności – najbardziej absurdalnej, pozbawianej ludzkiego czynnika formy i jednocześnie w ten sposób najbardziej idealnej, wyzbytej z pierwiastka autentyczności, nastawionej na maksymalizację estetycznego wrażenia i rozrywki oraz wokalistki sprowadzonej do roli craigowskiej nadmarionety. Przy czym w przypadku Uffie nadal na materiał rzutowała jej rozpoznawalna quasi-rapowa maniera i fajny, podziemny, blog-hyperski wizerunek.

Z drugiej strony można przyjąć, że nie jest to aż tak wielka różnica – w końcu na ten materiał rzutuje popkulturowość Britney Spears, pewnego kulturowego znaczenia ma seksualna tematyka wszystkich jej utworów, a mimo licznych modyfikacji, wokalu Spears nie jest tak łatwo pomylić z żadnym innym, choć z drugiej strony, niewiele ma on wspólnego z jej (między innymi) głosem z początków kariery. W tym przypadku znaczenia jednak nabiera właśnie jej rola popkulturowa. Britney funkcjonuje w ogólnej świadomości jako definicja masowego produktu, plotkarskiej sensacji, kariery zbudowanej na bezprecedensowej i pozbawionej skrupułów kreacji wizerunku nastolatki, operującego najbardziej pierwotnymi potrzebami i obrazami. Podejrzewam, że medialne załamanie się psychiczne wokalistki, najprawdopodobniej tak odległe od dzisiejszych, świadomych kreacji supergwiazdy, jaką na pewno jest Lady Gaga, umożliwiło w ogóle zaistnienie takiej postaci, jak Gaga. Oglądanie łysej Britney nie było przecież nigdy czymś specjalnie przyjemnym, nawet gdy było medialnym top story, a raczej nieco poruszało sumienia masy, której produkt z etykietą "Britney Spears" został podany do bezrefleksyjnej konsumpcji.

Płyta Blackout zresztą jest tym pewnym, dość dramatycznym momentem przejścia od niewinności markującej podmiotowość, do czystej wyuzdanej przedmiotowości, w którym zanika całkowicie człowiek, a na jego miejsce pojawia się Britbot, określenie które całkiem słusznie przylgnęło do Spears. Na teledyskach z tego okresu Britney wydaje się pozbawiona jakiegokolwiek rysu osobowościowego, jej spojrzenie jest przerażająco puste, a w klipie do "Break The Ice" pojawia się nawet jako kreskówkowa postać. Choć pierwszych sygnałów można już śmiało się doszukiwać w utworze o sugestywnym tytule "I'm A Slave 4 U". Jest to jednak też moment, który ratuje karierę Britney.

O ile na Blackout relacje wokalistki z mediami stanowiły podstawowe tło utworów, a spora część utworów z Circus również dotykała tego tematu, najnowszy album jest już go zupełnie pozbawiony. Dominującą tematyką jest tutaj seks, który nawet niespecjalnie kryje się pod metaforami. W kontekście tego, o czym piszę powyżej, taka droga wydaje się naturalna. Za nowymi piosenkami Britney nie kryje się żaden człowiek, żadna gwiazda, którą media mogą zniszczyć. Ironii nabiera tytuł Femme Fatale, gdy mówimy o śpiewającym robocie. I ja osobiście po raz pierwszy wierzę, że trzydziestoletnia już Spears do pewnego stopnia wie, co robi, kiedy wycofuje się zupełnie i pozwala szaleć producentom, deformować swój wokal, unikać osobistych akcentów i właściwie nie istnieć medialnie. Weźmy pod lupę, być może z zamierzenia po raz kolejny dość nudny, teledysk do lead single'a. Wyświetlane w nim fragmenty jej poprzednich teledysków wskazują na to, że jedynym jego tematem jest Britney Spears jako ruchoma ikona z popkulturowych obrazków, a przecież wydaje się, że te klipy w ogóle nie przystają do siebie, łączy je tylko ten dziwny medialny twór, jakim jest właśnie postać Britney.

Z pewnością też nie czuję już wątpliwości czy wyrzutów sumienia, kiedy obcuję z produktem, który nie udaje, że próbuje być czymkolwiek innym, dla samej Britney to pewnie też najbezpieczniejsza droga. Jednak najistotniejsze jest dla mnie to, co to wszystko oznacza dla muzyki. Otóż Femme Fatale jest eskalacją popu na niespotykaną skalę. Oto album totalny, który wyciska ze współczesnej formuły popu praktycznie wszystko, co tylko można wycisnąć. Wykalkulowany do sekundy, najeżony hookami, absurdalnie głośny, podporządkowany natychmiastowemu, zintensyfikowanemu wrażeniu. Pozostaje przypisać to brzmienie przede wszystkim Maxowi Martinowi (i jego protegowanemu Dr. Luke'owi), producentowi wykonawczemu płyty, odpowiedzialnemu też za produkcję połowy utworów. To Martinowi Spears zawdzięcza swoje największe hity z początku kariery i to jemu teraz zawdzięcza swój najlepszy dotychczas album. "(You Drive Me) Crazy" czy "Baby One More Time" to utwory zbudowane na najsilniejszych hookach w całym popie i nie mówię tu o wyrafinowaniu, tylko sile rażenia osiąganej dzięki matematycznej wręcz perfekcji. Choć żaden z utworów na Femme Fatale nie ma równie wielkiego potencjału komercyjnego, to ogólne wrażenie, jakie wywołuje, jest bardzo podobne – oto płyta, która wyrasta z kompozycyjnego i aranżacyjnego wyrachowania, w którym podstawową wartością są solidne hooki.

Nie tylko jednak dlatego jest to album niebywale udany. O ile nie czuję się do końca komfortowo z tym określeniem, to z braku lepszego, muszę go użyć – Femme Fatale jest dziełem awangardowym, począwszy od wynaturzenia wokali, wyciągania ich w rejony prawie irracjonalne, kalkulację, prowadzącą do czegoś, co określiłbym muzyczną esencją Britney Spears, skończywszy na przeniknięciu w popową formułę trendów undergroundu. Femme Fatale brzmi muzyką klubową ostatnich kilku lat. Dubstep? Słynny breakdown w "Hold It Against Me" , wobble w "Trouble For Me" i "Seal It With A Kiss", czy bardziej bassline house'owe tło w "(Drop Dead) Beatiful". Electro/fidget house? Czymże się różni "Big Fat Bass" od tych beatów, które ciągle spotykamy w klubach? Jest prosta odpowiedź – nawet tutaj, ilością melodii. Więcej, jak skojarzył Borys, zapożyczeniem z Pata Metheny'ego. W "How I Roll" Britney quasi-rapuje niczym Uffie, a utwór przypomina wyprodukowany przez Feadza "Give It Away" lub "Difficult" SebastiAna. W kilku utworach znajdziemy jeszcze charakterystyczne dla futurystycznego r&b użycie werbla, którego najbardziej typowe wykorzystanie kojarzę z "A Milli", jednym z bardziej pojebanych utworów ostatnich lat znanego powszechnie artysty.

Oczywiście, zaraz ktoś krzyknie, że to już wszystko było i to nic nowego. I tak, i nie. Po pierwsze, nie pamiętam mainstreamowego albumu, który do tego stopnia syciłby się podziemnymi trendami. Oczywiście, próby podjęły zarówno Kelis, jak i Rihanna, jednak one obie współpracowały z dubstepowymi i electro-house'owymi producentami. Uznałbym to bardziej za flirt awangardy z popem, niż przeniknięcie trendów. Britney wyprzedziła je obie już w 2007 w quasi-dubstepowym "Freakshow", wyprodukowanym przez popowy duet producencki Bloodshy & Avant. Za każdym utworem na Femme Fatale stoją mainstreamowi producenci, a to już jest sytuacja niespotykana. Konsekwencje są znacznie poważniejsze, niż na pierwszy rzut oka się wydaje. To nie jest na przykład dubstep z popową wokalistką. Chodzi tu o wprowadzenie elementów tej muzyki do popowej formuły, przekształcając ją. Na pierwszym planie nadal stoją melodia i hooki, piosenkowy schemat budowy, ale w grę wchodzą już niespotykane wcześniej w popie środki.

Świeżość Femme Fatale udowadnia jeszcze eksperymentowanie z konwencją typowych britney-songów. "Inside Out" mogłoby być jej zwykłą balladą, ale wydaje się zabawą z jej konwencją, opierającą się na skorzystaniu ze sztuczek znanych z ostatnich wzajemnych wpływów dubstepu i r&b. "Gasoline" przywołuje ducha "Toxic", mechanika melodii "Seal It With A Kiss" nawiązuje do "Hot As Ice". "Trip To Your Heart" przypomina jej zapominane, urokliwe album tracki w stylu idm-owego "That's Where You Take Me", ale przy tym zderza najładniejszą melodię na tym albumie z powolnym trance-popowym, lekko grubiańskim, a lekko wyrafinowanym beatem.

Jednak mam też pewną wątpliwość. O ile album od paru dni lata u mnie na ciągłym repeacie, to nie wybiły mi się na pierwszy plan utwory, które oznaczyłbym etykietką singlowych instant przebojów. Paradoksalnie, mimo misternie konstruowanych hooków, odrobinę wątpię w komercyjny potencjał tych budowli. Najbardziej chwytliwy, choć przy tym moim zdaniem jeden z najmniej ciekawych utworów, ale z wielkim refrenem, trafił do promocji i zdobył pierwsze miejsce na Billboardzie. Ale już z wytypowaniem kolejnych utworów mających szansę na podobne pozycje mam pewien problem. Stawiałbym na "I Wanna Go", który europejskie radia mógłby czarować słyszaną wiele razy melodią refrenu i eurodance'ową dynamicznością. Kilka refrenów "(Drop Dead) Beautiful" może nawet poważnie powalczyć. Ale czy są tu hity nawet na miarę "Piece Of Me" i "Break The Ice", bo już nawet zapomnijmy o "Toxic"? Osobiście nieco wątpię. Trochę jest to dziwna sytuacja, bo oto być może płyta, którą pozytywniej odbiorą koneserzy popu i studyjnej obróbki, niż jego statystyczni słuchacze. Statystyczny słuchacz obecnie reaguje entuzjastycznie na bezlitosne refreny "Poker Face" czy "Bad Romance", na które nie każdy koneser popu reaguje z takim zachwytem. Takich refrenów tutaj chyba właściwie nie ma, czy raczej z wyjątkowo równego poziomu albumu, moim zdaniem nie wybija się żaden singlowy klasyk, choć biorę pod uwagę to, że pierwszy singiel jest najczęściej omijanym przeze mnie utworem w zestawie. Pytanie o sukces pozostawiam jednak otwarte, bo sam nie znam na nie odpowiedzi, może są to nawet dywagacje pozbawione większego znaczenia, polegające na równaniu w dół do obecnego niskiego poziomu masowych przebojów, kiedy wyroki publiki bywają zaskakujące i nie są aż tak łatwo przewidywalne.

Kamil Babacz    
2 kwietnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie