SPECJALNE - Ranking

50 najlepszych nagrań 2012

24 stycznia 2013



40AlunaGeorge
"Your Drums, Your Love"
[Island]

Jeśli można wskazać jedno esencjonalne dla naszego tegorocznego podsumowania wydawnictwo to będzie to No World braci Aged. Bez względu na to, jakie konkretnie miejsca w stawce zajmą dwa kapitalne, zwiastujące pełnometrażowy album single, "The Place" i "5 Days", i czy, być może, rok 2012 obfitował w nagrania, które pod jakimś względem porwały nas bardziej, to obietnica świetlanej przyszłości, jaką zafundowało próbką swojego ceramicznego r&b Inc. każe codziennie nerwowo odliczać dni do premiery krążka. Nieważne, ile "ósemkowych" płyt naliczyliśmy w ubiegłym roku (wedle moich obliczeń: zero), przyszłość i tak pozostaje bardziej seduktywna od teraźniejszości (podobnie jak przeszłość pozostaje od teraźniejszości bardziej apodyktyczna). Dlatego wiele z moich największych fascynacji ostatnich dwunastu miesięcy to projekty nie do końca jeszcze dojrzałe, za to zapowiadające się najbardziej intrygująco (a przynajmniej takie, które za szybko nie zdążą mnie rozczarować).

Wśród nich bez wątpienia mogę umieścić twórczość parki Aluna Francis – George Reid. To, jak sprawnie (i bezlitośnie) duet ten pacyfikuje silnie osadzoną w najntisowym commercial-r&b wrażliwość za pomocą iście futurystycznego zestawu trików możemy usłyszeć nie tylko na znakomitej EP-ce You Know You Like It, ale także na kapitalnych singlach. Najlepszy z nich, "Your Drums, Your Love", eksponuje te wszystkie wyładowania i pulsacje, które odrobinę słabsze "Watching Over You" czule przykrywa ciepłym kocem zaspokojonej balladowości. Nie wiem, co podoba mi się tutaj bardziej: akwaryczne skaryfikacje drone'ującego bitu, rytmiczne szatkowanie już przeciśniętego przez autotune side-wokalu, czy może to, w jaki sposób przeciągnięte, klawiszowe serie w refrenie maskują te wszystkie zagrywki tylko po to, by zrobić z utworu na kilkanaście sekund radiowy wymiatacz. Nie wiem, czy to jest (tylko?) bardziej zhumanizowane J*DaVeY, ale wiem za to, że trzeba mieć nie lada chorą muzyczną wyobraźnię, żeby swoim idolom z dzieciństwa/młodości (TLC, Aaliyah, Neptunes) przysporzyć takiego zawrotu głowy. –Jakub Wencel

posłuchaj »



39Beach Boys
"That's Why God Made The Radio"
[Capitol]

Myśleć o tej piosence znaczy wałkonić się w zblazowaniu niczym kawał ciasta podany do herbaty u Marka Niedźwieckiego. Albo jak z nową płytą Spiritualized: zakładać ciapy czy jednak zostać w butach? To były dwa momenty 2012 roku, gdy pytanie o to, czy my tu, krytycy, nie pochodzimy czasem od dinozaurów, nie było bezzasadne. A dziadkowie znowu nam to zrobili, wiedząc, że przepis jest sprawdzony, radio do ciastka pycha, a ironizowanie nad melodiami idealnymi – ostatecznie guzik warte. –Karolina Miszczak

posłuchaj »



38John K.
The Yearning / THRU
[self-released]

John K. – wł. Jan Kowalski, ur. 1980r. w Warszawie, jedyny i samowystarczalny członek (założyciel, songwriter, wokalista i producent) własnego zespołu muzycznego. Nominowany do nagrody "Wieczny potencjał" w kategorii "No name".

John K. przyszedł na świat jako syn byłej sąsiadki Michaela Jacksona, która jeszcze będąc w stanie błogosławionym wsłuchiwała się w albumy króla popu i r&b, zaszczepiając w synu zamiłowanie najbardziej delikatnej z odmian przebojowości.

Karierę muzyczną rozpoczął jako nastolatek, kiedy wraz z kuzynem Willym Baxterem założył zespół i poznał metodologię domowego eksperymentowania muzycznego. Gdy kuzynom przyszło rozdzielić się na rozstaju dróg prowadzących do elektro-popu oraz lo-fi, John K. nawiązał krótką współpracę z polskimi formacjami ZaStary oraz Frankie The Monkey, pełniąc we wspomnianych zespołach rolę głównego providera snów-inspiracji.

Artysta podjął pierwszą próbę samodzielnej twórczości w roku 2007, ale dopiero rok 2010 przynosi z jego strony niewinny i niezapomniany singiel "Lost In The Beat". Ostatni rok to trzy krążki, z których szczególnie cenne są The Yearning oraz najnowsze THRU.

Pierwszy z nich to zbiór melodii ciepłych do granic możliwości, takich jak  "You Make Everything Warm" i "New Addition", zakusów na hity letnich poranków ("The First Move") i nocy ("Everywhere Kisses") a także głodnej melancholii reprezentowanej przez "Why Don’t You Come Over" i tytułowe "The Yearning". Zamknięcie płyty wyznaniem tak niewinnego i niezłomnego jednocześnie uczucia, utkanym na perkusji i sennych klawiszach, przypomina najpiękniejsze miłosne ballady The Decemebrists i pozostawia kompletnie bezbronnym. Materiał z najnowszego "THRU" grany jest podczas tras koncertowych zaprzyjaźnionych artystów – władającego pastiszem i podświadomością Ariela Pinka oraz chaotycznie-strukturalnych Rangers (szczególnie kawałek "Soul Surgery"). Nie brak wątków naiwnie romantycznych takich jak "Even When I Sleep", podróży kosmicznych ("Heart Beats")  i spokojnego zapatrzenia ("I Don’t Even Know Your Name"). Płyta zdaje się być pełna niedopowiedzeń i nawet zamykające "80s" przypomina znak zapytania.

Nazwisko artysty nie zagościło jeszcze nigdy na łamach portalu muzycznego Pitchfork, ponieważ nie słyszał go jeszcze nikt poza polską publicznością. Rodacy natomiast docenili go mało licznie, ale za to szczerze, a portal Porcys wiernie śledzi i jego dokonania i rozważa honorowe nadanie mu tytułu książęcego. –Monika Riegel

recenzja The Yearning »
recenzja THRU »



37Joey Bada$$
1999
[Cinematic]

Rzadko trafiają się płyty tak dobre, że pisząc o nich głupio wspominać o epokach, do których nawiązują, czy revivalach, na które się załapały. Głupio, bo przecież wystarczy napisać, że zajebiste, że ściągajcie, że nowa nadzieja, nie ma się nad czym zastanawiać, roztrząsać, wystarczy przystawić ucho do głośnika. Głupio, ale wypada, bo ich dobroć wynika często z niesionych przez nie tak zwanych znaczeń, także historycznych. Rzadko, bo trzeba być dość zdolnym skurczybykiem i mieć sporo farta. Rzadko, ale się trafiają.



Jeszcze większy problem pojawia się, kiedy taka płyta nie jest nawet prawdziwą płytą. Trochę bitów od postaci typu Doom (ukazujące bardziej futurystyczną odsłonę wizji gówniarza), trochę od kolegi ze szkoły (to te bardziej klasycystyczne, tworzące siatkę odniesień do dziadów typu Nas), jakieś pożyczone sample i parę miniaturek i ciach, jest długogrająca niespodzianka roku. Koncepcja wydała się na tyle spójna i wpływowa, że już teraz można znaleźć w internecie amatorszczyznę bez wstydu nazywającą się "Joey Bada$$ style". Choć to rozważny i mądry chłopak, można spokojnie powiedzieć, że Joey się nie pierdoey. –Mateusz Jędras



36Miguel
"Adorn"
[RCA]

"Adorn" i "Climax" poznałem w podobnym momencie. Wtedy ten pierwszy wydał mi się jedynie sympatyczną ciekawostką, a "Climax" utworem o epickim rozmachu, godnym tytułu jednego z najlepszych singli roku. Z perspektywy czasu zachwyty nad singlem Ushera to falstart. "Adorn" podoba mi się dziś o wiele bardziej.

Z tym, że "Adorn" nie brzmi jak wyjątkowy klasyk, nad którego strukturą należałoby się rozpisywać. Poza gęstym basem i hihatem puszczanym wstecz, produkcja nie poraża ilością detali. Jest smakowita, ale nie wydumana. "Adorn" jest ładną piosenką, w której nie słyszę ani specjalnie Prince’a, ani Dam-Funka, ani nie wydaje mi się quasi-bangerem, jak pisał Kacper. Jeśli miałbym szukać odniesień, to do Cassie i Ryana Leslie oraz oczywiście Marvina. Przede wszystkim to jednak tańce-przytulańce w pościeli. I fajnie. –Kamil Babacz

posłuchaj »



35Perseus
"Seychelles/Love In Zanzibar"
[French Express]

Gdy w jednym z nielicznych miniwywiadów zapytano Leona Oziela czy podczas imprez jest typem typa sączącego drinka w kącie, ten zaprzeczył, twierdząc, że jest stuprocentowym parkieciarzem. Ciekawe, że akurat muzyka, jaką robi, raczej parkietów nie powącha. Co najwyżej zamuli z wódką z colą w lounge roomie, ale najpewniej spocznie na fotelu obrotowym z otwartą przeglądarką przed oczami.

Dwa konserwatywnie skrojone numery – "Love In Zanzibar" na samplu z "I Can Love You" Mary J. Blinge i balearyczne "Seychelles" na samplu z "You Are Making Me High" Toni Braxton – to najntisowe r'n'b wokale na opatulonych puchem deep-housowych basslinach i skrzące się synthy. Kawałki jakich wiele – z narastającą strukturą, z suspenesem pośrodku i ponownym wejściem bitu; z gmatwaniem pociętego sampla coraz gęściej i rozrzedzaniem, gdy miarowy pochód przebitek z rozświetlonego księżycem wybrzeża oddala się szlakiem drogi mlecznej w stronę Persei. Obie strony ubiegłorocznego singla Perseusa to perfekcyjne w swoim gatunku zapowiedzi nigdy niewydarzonych przygód. Są jak miraże upojnej nocy podczas wakacyjnego wypadu nad morze z twoimi najfajniejszymi ludźmi. Muzyka samotników, siedzących na dupie i najlepiej bawiących się w swojej wyobraźni. –Michał Hantke

posłuchaj "Seychelles"»
posłuchaj "Love In Zanzibar" »



34Andy Stott
Luxury Problems
[Modern Love]

Zsunięcie się muzyki elektronicznej w preapokaliptyczne limbo wygaszenia (melodii, rytmiki, barwy, komunikatywności) nastąpiło mniej więcej wtedy, kiedy zaczęły wyczerpywać się jej środki wyrazu. Jednym z najbardziej nieoczywistych świadectw tego zjawiska pozostaje Mezzanine Massive Attack; krążek z "muzyką wywróconą na lewą stronę", penetrujący operatywność pozornie nieoperatywnych wcześniej narzędzi budowania dźwiękowej przestrzeni – minimalistycznego dubu, urywanych jazzowych sampli i nieregularnie zorganizowanej, zużytej masy dźwiękowych tekstur umieszczonych w ambientowym naczyniu. To było więcej niż zakulisowa intymność Portishead; Mezzanine zadało brutalny gwałt ustalonemu porządkowi funkcjonowania muzycznych środków wyrazu na jego najbardziej podstawowym poziomie.

Luxury Problems, choć jest krążkiem nieporównywalnie mniejszego kalibru, może być traktowane jako pewnego rodzaju pokoleniowa kontynuacja procesu rozkładu (korozji, dekompozycji, zatrucia...) wypełniającej przestrzeń dźwiękową materii. Andy Stott nie jest nowicjuszem, jeśli chodzi o igranie z deformacją: podobne pomysły eksplorowały jego wcześniejsze albumy (Merciless, Unknown Exception), ale jego "knackered house" (którą to etykietkę przylepiły jego twórczości brytyjskie portale muzyczne) nigdy w takim stopniu, co właśnie na Luxury Problems, nie przypominał stygnących gruzów zniszczonego w wyniku nuklearnej zagłady klubu. Ilość nawiązań, rozbłysków zapożyczonej wrażliwości, niespodziewanie formujących się znajomych napięć jak na krążek trwający niecałe pięćdziesiąt minut jest imponująca, ale wszystkie te błyskawicznie gasnące momenty pozytywności (upiorny wokal Alison Skidmore, regeneracja cytoplazmy w "Leaving" czy w skoordynowany sposób przeszywające chmury pyłu sample nu-disco w "Luxury Problems") nigdy nie przestają być sobie nawzajem obce. Jeśli ktoś mnie za kilka lat zapyta, jakiej płyty słuchałem sobie w dzień końca świata, to chciałbym skłamać, że właśnie Luxury Problems. –Jakub Wencel



33King Krule
''Rock Bottom/Octopus''
[Rinse]

Dzieciak. Nie wiem no, jestem w szoku! Przeczytałem, że "dub", "jazzy", "indie pop", "darkwave", "ważne teksty", posłuchałem trochę różnych fragmentów i usłyszałem pokręcenie melodii ogromną wyobraźnią, lekkość i każdy z tych wymienianych przez recenzentów gatunków. Badam głębiej sprawę i dokopuję się do wywiadów i... dzieciak. Taki w czapce z daszkiem, strasznie przestraszony, że chcą z nim gadać. Mógłbym z nim pozbijać parę żartów z memami przy okazji losowego spotkania.

Dysonans pomiędzy tym, jak się zachowuje Archy Marshall, a tym, co wkłada w swoje kompozycje jest ogromny. Jego mama na domówkach ze znajomymi puszczała sobie dub, a na śniadanie De La Soul. On sam w wieku ośmiu lat nagrał piosnkę, bo po domu walał się sprzęt do eksperymentalnych nagrywek. W efekcie wyrósł wypełniony muzyką koleś, co na "Rock Bottom" serwuje najlepszy indie pop ostatnich lat, a na "Octopus" powleka dubem współczesną elektronikę i dodaje saksofon.

"How do you compose?"
"I'm just zoning out..." –Ryszard Gawroński

posłuchaj ''Rock Bottom''»
posłuchaj ''Octopus'' »



32Macintosh Plus
Floral Shoppe
[Beer On The Rug]

Choć według ostatnich sondaży zaledwie 0,001% społeczeństwa Stanów Zjednoczonych przyznaje się do znajomości terminu vaporwave, dwa tysiące dwunasty był bezsprzecznie rokiem eksplozji tego "gatunku" (vide media zagraniczne). Na tle dokonań INTERNET CLUB, MediaFired czy Fatimy Al Quadiri, Macintosh Plus wydaje się być jednak jedynym projektem, który ma szanse pozostać w naszej pamięci jako coś więcej niż przypadkowy ciąg japońskich znaków. Odległy protoplasta prostoplastów vaporwave’u, Ariel zwany Pinkiem, tworzył nową muzykę, która brzmiała jak remiksy popu przeszłości; Macintosh Plus remiksuje pop przeszłości nadając mu cechy muzyki skomponowanej od nowa. W żadnym momencie nie jest to bardziej ewidentne niż w zwolnionej, poszatkowanej wersji "It’s Your Move" Diany Ross, figurującej pod nazwą リサフランク420 / 現代のコンピュー. Macintosh Plus operuje suspensem i gratyfikacją niczym nadzwyczaj perwersyjny fetyszysta "wpadania w ucho", przedłużając i intensyfikując orgazmiczną przyjemność z hooku.  Nie obchodzi mnie za bardzo intelektualna otoczka anty-kapitalistycznej rewolty vaporwave’u: gdy tego typu muzyka wykonana jest dobrze (jak w przypadku Floral Shoppe), mamy do czynienia z wyciskaniem 1000% mocy z esencji popu, jaką stanowi dobra melodia. –Patryk Mrozek



31Godspeed You! Black Emperor
'Allelujah! Don't Bend! Ascend!
[Constellation]

Frazes: raczej największe zaskoczenie tego roku. Płyta, która wedle wszelkich reguł rządzących światem, stanowiłaby jedynie smutne epitafium dla muzyków, których legenda dekadę temu rozpalała serca i umysły. Wszystko, co wydarzyło się po Yanqui, było raz złe, raz gorsze, a kulminacją żenady okazało się chyba 13 Blues For Thirteen Moons Thee Silver Mt. Zion. A tu nagle, w roku kalendarza Majów, z zupełnego niemca zespół zaczął rozprowadzać winyle z nową muzyką ("nową" – pojęcie trochę względne, bo dwa dłuższe utwory to zmienione wersje wykonywanych wcześniej tracków, na żywo. Z drugiej strony – kto widział GY!BE na żywo albo na żywo dwa razy), a potem zapowiedział, że oficjalna premiera płyty za tydzień.

Co najbardziej zaskakujące mimo upływu lat – te 50 minut muzyki jest kompatybilne z każdym ich innym albumem (to zamyka temat obecności Allelujah! w tym zestawieniu). To, co go wyróżnia, to największe nagromadzenie dźwięków hałaśliwych dotychczas. "Mladić" zaczyna się od nerwowych plumknięć gitary, które ciągną się minutami na tle posępnej atmosfery, ale tam, gdzie jeszcze dekadę temu zaczynałby się drugi monolog o białoruskiej plaży, teraz następuje kawalkada gitar otaczających wschodni motyw, przed którym koniecznie chcesz uciekać, ale nie wiesz, którą stronę. To GY!BE w formie skondensowanej i wyjątkowo wściekłej. Koniec świata w 2012 roku jest mniej wyrafinowany i bardziej bolesny. "Tak jak świat". A najlepsze jest, że kawałek nazywa się "Mladić". Kurwa, "Mladić". Gaaaaayyyy!, zakrzyknęlibyście przy każdym innym zespole. Ale oni mają prawo do tego hasła. Wciąż.

Mądrzy ludzie powkładali ten album do rankingów, bo są mądrzy. Przekornie jednak trochę żal, że Allelujah! towarzyszył taki szum. Idealnym scenariuszem byłoby, gdyby album był ściśle reglamentowany przez zespół – po kilka winylowych egzemplarzy, rzucanych na niektóre koncerty w mniej istotnych miejscach. Nie byłoby recenzji w Guardianie, czy 9.3 na PFM. Z drugiej strony w tym miejscu byłby blurb o jakimś kolejnym electro-popie z grzywką. Po co nam kolejny electro-pop z grzywką? –Filip Kekusz


50-41   40–31   30–21   20–11   10–1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie