SPECJALNE - Ranking

Porcys's Guide to Pop: Addendum

30 września 2019

Porcys's Guide to Pop: Addendum
+ 50 esencjonalnych wykonawców muzyki rozrywkowej

 

W 2019 roku mija dokładnie 10. rocznica ukazania się feature'a Porcys's Guide To Pop: 150 esencjonalnych wykonawców muzyki rozrywkowej. Jest to więc idealna okazja, aby jeszcze raz wrócić do tego zestawu, który pewnie niejednej i niejednemu z Was otworzył oczy i uszy na zupełnie inne i nowe muzyczne doświadczenia.

Przez te dziesięć lat sporo się zmieniło: nie tylko świat wciąż ewoluuje, ale również ten proces obserwujemy w całej muzyce, w naszych głowach, czy po prostu w nas samych. No i wszyscy jesteśmy o 10 lat starsi, ale to też ma swoje plusy, bo jesteśmy bogatsi o nową wiedzę i jesteśmy w stanie spojrzeć na pewne rzeczy z większego dystansu. I to wszystko również było impulsem do stworzenia Porcys's Guide to Pop: Addendum – okazuje się, że dekada mająca miejsce w tak skomplikowanych, pędzących w zastraszającym tempie i tak mocno skorelowanych z technologią czasach potrafiła zrodzić całą masę nowych, nieznanych dotąd "form życia". Muzyka gitarowa niemal zupełnie straciła znaczenie (a w oryginalnej 150 spoooro rockowych bandów czy AKTÓW), a najciekawsze rzeczy dzieją się w trapie i okolicach. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się uzupełnić nasz dotychczasowy kanon.

Wspólnymi siłami udało nam się dokonać wyboru i tak oto powstało Addendum, czyli uzupełnienie naszego porcysowego rankingu z 2009 roku. Oczywiście wybrać 50 wykonawców nie było łatwo – uwierzcie, konkurencja była potężna. Jasne, wiele świetnych nazw nie załapało się teraz do złotej pięćdziesiątki (wśród nich są nasi, jak i Wasi faworyci), ale nic straconego. Jeśli okoliczności na to pozwolą, w przyszłości pojawi się kolejna edycja niniejszego przewodnika, który od teraz będzie działał trochę jak nasze Hall of Fame, więc ci, którzy nie zmieścili się w tegorocznej puli będą mieli na to jeszcze szansę.

Dla formalności jeszcze tylko kilka słów o kryteriach doboru: podobnie jak przy pierwszej edycji Guide to Pop (odsyłamy do introdukcji – tam również wyjaśnienie, jak definiujemy termin "esencjonalny", bo przypominamy, że nie jest to ranking naszych ulubionych, najlepszych czy wpływowych wykonawców), tak i tym razem nie braliśmy pod uwagę muzyki partyturowej, jazzu oraz wszystkiego sprzed ery rokendrola: bluesa, country, folku, awangardy, musicalu czy piosenki aktorskiej. Pozostała muzyka popularna/rozrywkowa z każdej możliwej półki i szuflady. Może jeszcze warto wspomnieć o ambiencie. Zastanawialiśmy się, czy umieszczać wykonawców z tego gatunku w zestawieniu i doszliśmy do wniosku, że 1) ambient jak najbardziej spełnia kryteria listy 2) jest muzyką na tyle użytkową i praktyczną (można go słuchać podczas czytania Steinbecka czy Jespersa, rozwiązywania krzyżówek, scrollowania Facebooka, podczas mycia naczyń, grania w Monopol, robienia na drutach czy do spania), więc absolutnie mieści się w terminie "muzyki popularnej" 3) po prostu zdecydowaliśmy głosami, że dani artyści zasługują na miejsce w rankingu.

I wreszcie kwestia formy publikacji, a więc za pomocą facebookowych notatek. Pytaliście, czemu w ten sposób, a nie od razu na stronie. Złożyło się na to kilka czynników: dzięki temu dostęp był naprawdę prosty, bo bezpośrednio na naszym fanpage'u pojawiało się hasło, w dodatku każdy mógł wyrazić opinię pod konkretnym wykonawcą, poza tym dowiedzieliśmy się, których artystów i zespoły cenicie bardziej, a których mniej. No i wreszcie mogliśmy nieco mocniej pocelebrować feature, a napięcie utrzymywało się cały czas. Zatem same pozytywy, eksperyment się udał.

I to chyba wszystkie kwestie związane z drugim odcinkiem Guide to Pop. Zostawiamy Was z całą pięćdziesiątką wykonawców i już odliczamy dni do kolejnego rozdziału.


 

808 STATE

wykonawca

Miejsce:
Manchester (Anglia).

Lata aktywności:
1987-teraz.

Kluczowe postaci i ich wkład:
Zespół najpierw funkcjonował jako trio, w skład którego wchodzili zafascynowany soulem Martin Price pracujący wtedy w sklepie z płytami i mający swój własny label Creed, a odwiedzali go interesujący się wszelką elektroniką, nieformalny lider ekipy Graham Massey i trzymający rękę na pulsie amerykańskiego house'u Gerald Simpson. Razem stworzyli hiphopowy (!) team, ale szybko POŁKNĘLI BAKCYLA acid house'u i nagrali debiutancki album Newbuild pod szyldem 808 State, którym zajarali się Richard D. James czy kolesie z Autechre. Rok później z grupy odszedł Gerald Simpson, aby skupić się na swoim projekcie solo (do dziś znamy go pod ekstremalnie wyszukaną nazwą A Guy Called Gerald), a w jego miejsce na pokładzie pojawili się Andrew Barker i Darren Partington (czyli The Spinmasters). To właśnie ta czwórka będzie odpowiedzialna za największy artystyczny sukces 808 State. Ostatnią zmianą w składzie jest odejście Partingtona, który na początku 2015 roku poszedł siedzieć na półtora roku za dilowanie herą i koką. Zatem 808 to obecnie duet złożony z Masseya i Barkera.

Dlaczego właśnie on?
Może nie stworzyli acid house'u, ale to jednak im zawdzięczamy opracowanie formuły, z której czerpali niemal wszyscy zainteresowani MUZYKĄ KLUBOWĄ w latach 90. Zresztą do dziś inspirują młodych producentów trzymających nos w Abletonie czy innym Cubase'ie.

Dziura w stogu siana:
Ich muzyka wydana w XXI wieku nie wydaje się specjalnie istotna z punktu widzenia całej ich kariery. Sporo tracków trochę nie przetrwało próby czasu. No i może troooooszkę nie do końca wykorzystali drzemiący w nich potencjał... choć z drugiej strony są legendą muzyki tanecznej, więc czego chcieć więcej?

5 esencjonalnych kawałków:
"Flow Coma", "Pacific 202", "Cobra Bora", "State To State", "San Francisco"

Przypięty tweet:
"It's a fantasy / Taking over your mind / So let it roll / Let it roll with ease"

Płyta, której wstyd nie znać:
Niesłusznie dziś zapomniane, absolutne arcydzieło 90.

Influenced by:
Roland TR-808, lokalna scena acid house'u, w tym Klub Haçienda, Kraftwerk, Pet Shop Boys, New Order, Marshall Jefferson, Martin Denny, Lil Louis.

Influence on:
The KLF, Autechre, Aphex Twin, Björk, The Prodigy, The Chemical Brothers, Underworld, Basement Jaxx, Orbital, Laurent Garnier, Lone, Machinedrum, Clark, Floating Points, S.T.R.E.E.T D.A.D, Schafter i spora grupa wykonawców, która ma jakiś związek z "taneczną elektroniką" lat 90.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
A Guy Called Gerald, poboczne projekty Masseya, z których wyróżnię Aquę (ale nie ta Aqua, o której myślicie: chodzi o wspólny projekt dwóch Grahamów: Clarka i Masseya) i Massonix (dziwny ambient house, sprawdźcie!), no i projekty Price'a: Switzerland (o którym nic nie wiem) oraz Kaliphz/Kaleef z hitem w postaci hiphopowego coveru "Golden Brown"...

Coś jeszcze?
Graham Massey powiedział kiedyś w wywiadzie dla magazynu Q, że istnieją 42 wersje największego przeboju 808, "Pacific State" (albo "Pacific 202", albo "Pacific 808"). Nie wiadomo, czy to "fakt autentyczny" czy tylko legenda, ale na pewno taka anegdota fajnie brzmi w wywiadzie, co nie?

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTubeFacebook | Twitter | Instagram

–Tomasz Skowyra


AIR

Air

Miejsce:
Wersal, Francja

Lata aktywności:
1995-teraz

Kluczowe postaci i ich wkład:
Nicolas Godin studiował architekturę, Jean-Benoit Dunckel zadowolił się matematyką. Od początku było wiadomo, że zostaną znanymi muzykami.

Dlaczego właśnie oni?
Elektroniczne epopeje o samotności, agresywne klubowe rytmy. Bunt i nihilizm skryty w ogłuszającym hałasie podziemnego klubu? Nie pod tym adresem. Ci goście stworzyli pełną aksamitnych bodźców elektronikę, która wraz ze słuchaczem nie śpieszy się nigdzie. W końcu w życiu chyba chodzi o to, aby w słońcu sączyć drinki z palemką, obserwując tankowce wypływające ze śródziemnomorskich portów.

Dziura w stogu siana:
O Air opowiada się zazwyczaj z rozleniwionym sentymentem, nigdy zaś z ekscytacją. Można zrzucić to na karb dyskografii mającej swoje ciemniejsze momenty, ale wydaje mi się, że bliższe prawdy jest to coś, co w tej muzyce jest mocno antyheroiczne. Może to ta lekkość stroniąca od wielkich gestów, naturalna skromność brzydząca się niepotrzebnym naddatkiem. Świadome unikanie komicznego patosu. To coś, co w gruncie rzeczy nie pozwala darzyć ich fanatyczną fascynacją, jaką zazwyczaj darzy się żelazny kanon.

5 esencjonalnych kawałków:
"Surfing On A Rocket", "How Does It Make You Feel", "Sexy Boy", "Sing Sang Sung", "La Femme D'Argent".

Przypięty tweet:
"Tu te / tu tu ture / uuuuuu / Sexy boy!"

Płyta, której wstyd nie znać:
Moon Safari.

Influenced by:
Jean-Michel Jarre, Pink Floyd, Serge Gainsbourg, Tangerine Dream, Vangelis, Kraftwerk, Brian Eno, Cluster, David Bowie, Giorgio Moroder, Maurice Ravel, Philip Glass.

Influence on:
Bonobo, Télépopmusik, Sia, STRFKR, Chino Moreno, Troublemakers.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Orange, Starwalker, Tomorrow's World, Brian Reitzell, Charlotte Gainsbourg, Phoenix.

Coś jeszcze?
Gdy cała francuska scena określana później łagodnie "Francuskim Dotykiem" w końcu przebiła się do mainstreamu, a najwybitniejsi jej przedstawiciele zaczęli ścigać się między sobą o to, komu z nich kolejnym przystępnym hitem uda się dotrzeć do upragnionej rankingowej jedynki, Air – pomimo wiedzy skąd wieje wiatr – postanowił postawić na swoim, kładąc się w poprzek trendom. Pomimo talentu i posiadania w rękach takich asów gruntujących ich pozycje jak "Sexy Boy" idealistycznie odwrócili się od nurtu, tworząc mroczne opowieści o samobójstwie pod film Coppoli. Może nie udało im się przez to osiągnąć oszałamiającego sukcesu, jednak co jak co, ale takich Don Kichotów rynku muzycznego zawsze będę darzył nadzwyczajnym szacunkiem.

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Twitter | Instagram

–Michał Kołaczyk


ANTÔNIO CARLOS JOBIM

wykonawca

Miejsce:
MINUS 10 W RYJO.

Lata aktywności:
Gotów bezapelacyjnie stać na straży porządku prawnego odnowionej demokratycznej bossa novy, do samego końca – jego lub jej (1959-1994).

Kluczowe postaci i ich wkład:
TOM (...& Jerry) we własnej osobie – kompozytor, gitarzysta i pianista. A poza tym wyróżniłbym takie persony jak wykonujący/propagujący repertuar Toma przyjaciel ("przyjaciel mój... przy... przyjaciel...") João Gilberto, współautor (jako tekściarz) Vinícius de Moraes oraz na przykład amerykański producent Creed Taylor i niemiecki aranżer-gone-producent Claus Ogerman – dwaj panowie na "C" odpowiedzialni za C-zarowny sound wielu albumów Toma.

Dlaczego właśnie on?
Jego brak wśród oryginalnych 150 wykonawców naszego Guide to Pop tłumaczę dziś sobie głównie jazzowo-kameralistyczną PROWENIENCJĄ tej twórczości. Nie zapominajmy bowiem, że nim zaczął odnosić sukcesy jako songwriter, facet napisał dwie symfonie, a ponadto jazzowa BRAĆ pozycjonuje go wśród gatunkowych innowatorów w okolicach Ellingtona czy Gillespiego. Kumacie: "Jobima" się "wykonuje" po salach koncertowych, jak "Bartoka", "Ravela" czy "Czajkowskiego". Ten poważny background słychać u Jobima w nieoczekiwanych rozwiązaniach harmonicznych, natomiast nawet koncentrując się tylko na znaczeniu dla POPULARKI, muzyka typa kładzie się cieniem nie tylko na niemal wszystkim, co grali potem jego krajanie (uwzględniając cud natury, jakim była MPB), ale i również na wszelkich zjawiskach w zachodnim pop/rocku, szeroko korzystających z charakterystycznego rytmicznego "podcinania" zmienianych namolnie septymek ("przesuwany Jobim"). Zaryzykowałbym, że to właśnie on pokazał anglosaskim specom repertuarowym pewną alternatywę świadomościową – "czekajcie, można jeszcze... tak". I już nigdy nic nie było takie samo.

Dziura w stogu siana:
Można się przychrzaniać od dwóch stron (od dwóch DZIUR). Po pierwsze hasło "bossa nova" znaczy niby "nowa fala", lecz pod względem genezy i "attitude" nurt ów był wręcz zaprzeczeniem zadziora i "krawędziowości" zarówno równoczesnej "nowej fali" francuskiego kina, jak i późniejszej "nowej fali" rocka. Czyli mówiąc wprost – ze społecznej perspektywy to co najwyżej popołudniowy relaks elit – burżuazyjne easy-listening (choć każda "muzyczna tapeta ma swoich geniuszy" – jak Claude Achille-Debussy w muzyce KLASYCZNEJ – LOL). Po drugie zaś drażni mnie pewna (symptomatyczna dla krajanów – weźmy chociaż rodzinę Borgesów) powtarzalność repertuaru w dyskografii (milion wersji takich evergreenów jak "Desafinado", "One Note Samba", "Chega de Saudade", etc.). Troszkę takie ZAIKS-owskie kazirodztwo, które na pewnym etapie zgłębiania tematu wyczerpuje potencjał świeżości. Ale zanim tam dojdziecie, czeka Was droga długa i przyjemna.

5 esencjonalnych kawałków:
"The Girl From Ipanema", "Vivo Sonhando", "Águas De Março", "Batidinha", "Tempo Do Mar".

Przypięty tweet:
"I was a beach boy, and I believe I learned my songs from the birds of the Brazilian forest".

Płyta, której wstyd nie znać:
Wave z 1967, bodaj apogeum drogi Toma, uwodzące mozaiką, w której przepych orkiestracji Ogermana idzie w parze z wygładzonym lounge'em wykwintnych tune'ów Maestro.

Influenced by:
Chopin, Debussy, samba, cool jazz, Gil Evans, Heloísa Pinheiro.

Influence on:
MPB, Antena, Basia i większość sophisti-popu, latin jazz, Amon Tobin i całe rzesze innych grubiańskich mieszczuchów z niżej podpisanym gdzieś na dole listy.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
João Gilberto, Vinícius de Moraes, Luiz Bonfá, Baden Powell de Aquino, Astrud Gilberto, Nara Leão, Roberto Menescal, Carlos Lyra, Ronaldo Bôscoli.

Coś jeszcze?
Rok 1994 to była istna HUŚTAWKA NASTROJÓW, prawdziwy EMOCJONALNY ROLLERCOASTER dla mieszkańców Kraju Kawy. W maju zginął tragicznie Senna. W lipcu piłkarska repra wprawdzie w chłodnym, defensywnym stylu, ale jednak sięgnęła po upragniony od 20 lat Puchar Świata. A w grudniu zmarł Jobim.

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Twitter | Instagram

–Borys Dejnarowicz


ARIEL PINK

wykonawca

Miejsce:
Los Angeles

Lata aktywności:
1996-teraz.

Kluczowe postaci i ich wkład:
Jak na retromańskiego króla przystało, przez całą karierę Ariel Rosenberg prowadził osobliwą działalność kuratorską, która oprócz erudycyjnego namecheckingu czy coverowania zapomnianych ballad obejmowała również dobór współpracowników wchodzących w skład koncertowego i studyjnego zespołu Ariel Pink. Lista "kolaborantów" jest tak długa, że przy narodzinach chillwave'u łatwiej było mówić o "kolegach Pinka" niż o faktycznych cechach gatunku, a przecież wciąż mówimy o muzyku, który zaczynał od samotnego nagrywania ustami partii perkusji i klejenia utworów na czterościeżkowym Portastudio. Teraz, po latach grania z ekipą doświadczonych freaków, elektroników i steelydanowców, takich jak Tim Koh, Kenny Gilmore czy John Wiese, Pink chyba ostatecznie wrócił ze studia do swojej sypialni, by z niewielką pomocą przyjaciół i technologicznych zdobyczy nieznanych rokowi 1996 przypomnieć o tym, że źródło całej tej widmowej biblioteki znajduje się w jednym sercu, przećpanym mózgu i wychudzonym ciele.

Dlaczego właśnie on?
Im bardziej Ariel Pink zakopuje się we własnych archiwach, włączając nowe wersje piosenek z lat 1996-2004 na regularne albumy czy przygotowując obszerne reedycje starych demówek, tym bardziej odnoszę wrażenie, że ja sam już tylko dodaję kolejne zdania we własnym palimpseście poświęconym jego twórczości. I po tylu latach nadal taka bezbronność? Erudycyjna "outsider music", "hauntologiczne" (jak się wkrótce okazało) lo-fi czerpiące z wielkobudżetowych pop-produkcji z lat 70. i 80., zakochany w komersze nonkonformizm, patchworkowe krauty i nieskazitelne melodie z prze/przyszłości, kaseciak traktowany jak instrument, narkotyki traktowane jak instrument, nawiedzone mantry, tricksterskie wygłupy, poczucie uczestnictwa w terapeutycznej sesji mającej przypomnieć nam o najgłębszych tęsknotach za czasami wyłaniania się, konstruowania i nabierania formy… Tylko pomyślcie, jaki ładunek wybuchowy dostali w łapy wszyscy ci, którzy mogli posłuchać Pinka na kilka lat przed YouTube'em i Spotify'em. Po drodze za sprawą tych nagrań rosły vaporwave'y, chillwave'y, witch house'y, pęczniała konstruowana w pocie czoła dyskursywna matryca, świat pogrążał się w katofaszystowskim obłędzie i zdaje się, że wielu z nas nosiło w sobie, świadomie lub nie, ten smutny, schyłkowy soundtrack. Można zapomnieć, że typ ma zaledwie 41 lat.

Dziura w stogu siana:
Jedyne, do czego można się przysapać w przypadku Pinka to chyba to, że ostatecznie nie napisał piosenek na album Madonny, ale to przecież nie jego wina. Kaprysy, nieudane koncerty i zmiany nastrojów to część opowieści, bierzesz pan albo nie.

5 esencjonalnych kawałków:
"Lipstick", "Can't Hear My Eyes", "Trepanated Earth", "Gray Sunset", "Every Night I Die at Miyagis".

Przypięty tweet:

wykonawca

Płyta, której wstyd nie znać:
Trylogia wydanych na początku lat dwutysięcznych i wznowionych w połowie dekady w prowadzonym przez członków Animal Collective labelu Paw Tracks gargantuicznych albumów-kłączy: The Doldrums, Worn Copy i House Arrest. Nigdy o nich nie zapomnicie.

Influenced by:
The Cure, R. Stevie Moore, David Bowie, Steely Dan, Black Sabbath, Madonna, Syd Barrett, Michael Jackson, Fleetwood Mac, The Shaggs, Kate Bush, Metallica, Neu!, Frank Zappa, Captain Beefheart, James Brown.

Influence on:
James Ferraro, Mac DeMarco, Tame Impala, Toro Y Moi, Washed Out, Dean Blunt, Neon Indian, Rangers, Autre Ne Veut, Grimes, Oneothrix Point Never, George Clanton, Negative Gemini, Vektroid, KWJAZ, Homeshake, Sean Nicholas Savage, Torn Hawk, John K, Maria Minerva, Vinyl Williams, Outer Limits Recordings, d'Eon.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Nite Jewel, Geneva Jacuzzi, Dam Funk, The Samps, John Maus, Julia Holter, Jorge Elbrecht, Gary War, Panda Bear, Kenny Gilmore, Part Time, Cole M. Greif-Neill, Weyes Blood.

Coś jeszcze?
Jak przystało na artystę wykształconego w sztukach pięknych i synestetycznego kowboja, dużą rolę w twórczości Pinka, zwłaszcza na początku, odegrała warstwa wizualna. Co przyantycypował! Dlatego nie powinniście przegapić żadnego z 10 moich ulubionych klipów: 10. "Bright Lit Blue Skies" 9. "Life in LA" 8. "Somwhere In Europe / Hot Pink!" 7. "Gray Sunset" 6. "Shaven" 5. "Cable Access Follies (version 7)" 4. "Young Pilot Astray" 3. For Kate I Wait" 2. "See The Girl" 1. "Witchhunt Suite for WWIII".

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Twitter | Instagram

–Łukasz Łachecki


ART OF NOISE

wykonawca

Miejsce:
"Lądek, Lądek Zdrój".

Lata aktywności:
A to różnie, kwadratowo i trójkątnie. Zaczęli ("nawet tak nie najgorzej, ale nie wytrzymali...") w 1983 (dobry rocznik!), by w 1990 odejść na HIATUS, potem wznowili działalność pod koniec MILENIJUM w kontrowersyjnym hołdzie Debussy'emu, znowu zniknęli, a potem jeszcze coś powracali "nieczęsto, niejednokroć".

Kluczowe postaci i ich wkład:
Zacznę (chronologicznie) od końca – ponoć Trevor Horn "ciągał z browarami po plaży" recenzenta "NME" i samozwańczego krytyka kultury Paula Morleya przez okrągły rok, aż w końcu go namówił na udział w tym groteskowym przedsięwzięciu. Ten ostatni został quasi-członkiem, mózgiem operacji, reżyserem z "tylnego siedzenia", którego specjalnością był PR, tytuły oraz "teksty, ideolo" (opis funkcji Skiby w Big Cyc). Skoro Cousins określa Godarda mianem "wielkiego terrorysty kina", to Morleya należałoby uznać za "wielkiego terrorystę popu" lat 80. Dzięki niemu "faceless" komunikat nabrał twarzy, ale wykrzywionej w krzywym zwierciadle fonograficznego przemysłu. Bez kolesia ten cyrk byłby czymś zupełnie innym lub w ogóle by nie wypalił. Od strony muzycznej nie muszę chyba przedstawiać Horna – progresywny WUJO ("znajdź dla mnie radę, wuju!" + "and Trevor Horn was like forty five!"), studyjny nerd i niezrównany manipulator konsolety. Obaj panowie rezydowali w tej spółce do 1985 roku, a później skład konstytuowała głównie trójka: Dudley (orkiestracje – "departament muzyczny"), Langan (realizacja – "departament techniczny") i Jeczalik (programowanie – "departament rytmiczny"), bo LOL Creme dołączył na moment przy Debussym dopiero.

Dlaczego właśnie on?
Konceptualno-technologiczne "zaplecze" new popu (i modern-prog-pop-rocka – vide bębny Alana White'a z sesji do 90125, które Horn sobie zabrał do "Beat Box"), ale też zjawisko fonograficzne samo w sobie – postmuzyka, dekonstrukcja studyjnego czary mary poprzez maksymę "a lie to tell the truth", paranoiczne kolaże, "novelty modernizm"... Pretensjonalna żonglerka teorią zapewnia im miano pionierów metapopu, a eksperymenty z drogim i początkowo właściwie niedostępnym syntezatorem Fairlight CMI stawiają ich wśród współtwórców użytecznego samplingu.

Dziura w stogu siana:
Trochę DUMAM nad proporcjami "influencjalność" vs "poziom dyskografii", bo najlepiej broni się (i to singlowo/epkowo) wczesny etap z Hornem, ale w pierwotnym Guide wśród 150 mieliśmy kilku artystów z wybitnością dorobku mizerną ilościowo, za to o kolosalnej relewantności historycznej. Poza tym nazwa, zaczerpnięta z manifestu włoskiego futurysty Luigiego Russolo, zdecydowanie zbyt banalna jak na niepowtarzalną kuriozalność projektu, a przy tym wprowadzająca słuchacza w błąd i srogie zakłopotanie. A mógł ich Morley inaczej ochrzcić, na przykład... MORLINKI <palacz>.

5 esencjonalnych kawałków:
Przede wszystkim emocjonalny peak instrumentalnego recordingu XX wieku, czyli dostępne w rozmaitych wersjach/miksach "Moments In Love" (a jak Wam się przejadło i zbyt oczywiste, to może być w zamian na przykład "Camilla"), następnie popis zręczności w wycinankach "Close (To The Edit)" (względnie wymiennie z "Beat Box"), a potem na przykład "Legs", "Opus For Four" i "Il Pleure".

Przypięty tweet:
"In No Sense? Nonsense!" vs "The Art of Noise is paranoid... The Art of Noise is weird".

Płyta, której wstyd nie znać:
Nie była to formacja albumowa. Teoretycznie największe stężenie stone cold classiców jest na debiutanckim Who's Afraid, a najspójniejszym i najpojemniejszym ich longplayem było In Visible Silence. Ale jeśli nagiąć trochę reguły zabawy, to wpierw skierowałbym młodych adeptów ku kompilacji Daft.

Influenced by:
Dość szeroki, acz precyzyjny wachlarz inspiracji – Dadaiści z Duchampem, John Cage, Exotica z 50s, sixtiesowi kolażyści-parodyści od strony United States of America, seventiesowi pionierzy electro-popu z Krafterk na czele...

Influence on:
Dziś jak na dłoni widać ich przeogromny wpływ: od ambient house'u (KLF, Orb), big beatu ("hey, hey, hey" w "Firestarter" Prodigy, "samplowy liberalizm" Fatboya Slima) i IDM (Matmos circa A Chance to Cut), przez hip hop (produkcje Erica B, RZA, DJ Shadowa, etc. etc. etc.), cut'n'paste, sampledelię i plądrofonię Oswaldowsko-Negativlandową, aż po trudno klasyfikowalne dziwadła w rodzaju Solex, Ferrarowsko-Lopatinowski vaporwave (którego jednymi z pionierów byli), "all things PC Music" (AoN spokojnie mogliby wyprodukować single SOPHIE albo Charli LP) i wreszcie "solówkę na ludzkim głosie z klawisza" w "Lean On", papugowaną konsekwentnie przez połowę popu ostatnich 5 lat . Szczerze, to trochę jak w przypadku Throbbing Gristle jest to "niekończąca się historia".

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Zang Tuum Tumb (label), Buggles, THB/Producers, Malcolm McLaren, The World's Famous Supreme Team, Frankie Goes to Hollywood, Cabaret Voltaire, Yello, M/A/R/R/S, Mantronix, Meat Beat Manifesto, Propaganda.

Coś jeszcze?
Pamiętajmy, że de facto "albumem zero" zespołu był Duck Rock Malcolma McLarena, a wedle teorii spiskowej The Lexicon of Love to właściwie jest płyta "dźwiękowo wykreowana" przez ekipę, która póżniej przyjęła nazwę Art Of Noise.

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Twitter | Instagram

–Borys Dejnarowicz


ARTHUR RUSSELL

wykonawca

Miejsce:
San Francisco, następnie Nowy Jork.

Lata aktywności:
1973-1992.

Kluczowe postaci i ich wkład:
Arthur Russell - wiolonczela, syntezatory, mix, gitara, perkusja

Dlaczego właśnie on?
Jeżeli słyszycie gdzieś, że jakaś muzyka jest niepodobna do żadnej innej, nieklasyfikowalna, to zazwyczaj są to dziennikarskie frazesy. Nie ma chyba jednak innej możliwości opisu twórczości Russella, jak właśnie poprzez jego endemiczność, outsiderstwo, izolację wykraczającą często poza ramy samej muzyki. Jenn Pelly w pitchforkowym podsumowaniu lat 80. pisała: "(...) Russell invented a whole new way of being alone" i trudno się nie zgodzić. Zainteresowany buddyzmem oraz studiami nad muzyką Wschodu zamieszkał w Kalifornii (tam akompaniował między innymi Ginsbergowi), a po kilku latach przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie odkrył disco, wsiąknął w pionierskie czasy muzyki tanecznej i jako Dinosaur L (a także w kolektywie Loose Joints) wydał parę singli, które odstawały nieco swoją parkietową strukturą, bo to właśnie repetycja - jako centrum kompozycji - stawała się powoli mianownikiem łączącym minimalistyczną awangardę z "muzyką do tańca". Po okresie parkietów Russell bardziej skupił się na eksperymentach z wiolonczelą i współpracą z najważniejszymi kompozytorami minimalizmu. Ostatecznie to przesterowany outsider pop, naszkicowany na podobieństwo ambientu, połączony z charakterystycznym echem, reverbem, swobodnym (pół)śpiewem, stał się summą jego twórczości, która po latach zapomnienia stała się inspiracją dla nowej generacji outsiderów, sypialnianych (i nie tylko) muzyków.

Dziura w stogu siana:
No cóż, chyba jednak przedwczesna śmierć spowodowana ówczesną epidemią HIV.

5 esencjonalnych kawałków:
"This Is How We Walk On The Moon", "Kiss Me Again", "Soon-To-Be Innocent Fun/Let's See", " That's Us/Wild Combination", "Get Around To It".

Przypięty tweet:
"Dance music is more improvisatory. It uses on extendable structure which on the one hand is recognisable, and on the other, improvisatory. It's based on hearing what you do while you do it. In most compositions, it’s based on hearing things in a much more distanced sense".

Płyta, której wstyd nie znać:
World Of Echo.

Influenced by:
muzyka hindustaństka, minimalizm, ambient, chicago house, disco, bitnicy, dub, hip-hop, electropop, 808 State, William Orbit, Glenn Branca i no wave, Talking Heads i post punk, John Martyn i folk.

Influence on:
John Maus, Broadcast, Björk, Pantha du Prince, Ariel Pink, Grouper, Oneohtrix Point Never, Four Tet, Gaussian Curve, Grizzly Bear, LCD Soundsystem, Dean Blunt, bedroom pop.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Gavin Bryars, The Necessaries, Philipp Glass, Steve Reich, David Byrne, Larry Levan, Gary Wilson, Walter Gibbons, Allen Ginsberg.

Coś jeszcze?
Proto indie rock? Power pop? Proszę bardzo, wszechstronność to przecież drugie imię Russella.

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook

–Jakub Bugdol


BRITNEY SPEARS

wykonawca

Miejsce:
Urodziła się w McComb, MS (USA), a dorastała w Kentwood w Louisianie.

Lata aktywności:
Od 1992.

Kluczowe postaci i ich wkład:
Britney Jean Spears. Do drugiego albumu bez dwóch zdań obserwujemy wpływ Klubu Myszki Miki. Od trzeciego, przez kawałki takie jak "I'm A Slave 4 U", "Boys", "Toxic", czy cover "My Prerogative" – rządzi seks. Potem, przez byłego męża, nasza koleżanka goli glacę i stara się odbudować pop-imperium – rodzi się post-Britney (czyli album Femme Fatale). A za plecami Brit stali między innymi tacy songwriterzy/producenci jak Max Martin, Eric Foster White, David Kreuger, Rami Yacoub, Kristian Lundin, The Neptunes, Josh Schwartz, Bloodshy & Avant, Christopher "Tricky" Stewart, Danja czy Dr Luke.

Dlaczego właśnie ona?
Podobno McDonald's, poprzez ofertę Happy Meal, zjeżdżalnie i organizowanie przyjęć urodzinowych, chce już w zarodku zaszczepić dzieciom poczucie bezpieczeństwa kojarzone z zapachem smakowitej kanapeczki. Przyznaję, gdy zdarzy mi się tam zawitać, rzeczywiście, co przerażające, frytura pompuje opary wspomnień, nawet jeśli wolałabym mieć wzruszające fleszbeki przy hummusie z warzywami. Tak samo rzecz ma się z Britney. Znam każdy refren z Greatest Hits, a na widok klipu do "Sometimes" mam ochotę wskoczyć w śnieżnobiałe spodnie, przejechać się na sopockie molo i westchnąć nad czymś, czego nie mam prawa pamiętać. Najpierw chciałam być Mulan, potem chciałam być Britney. Moje kuzynki chciały nią być, nasze sąsiadki i koleżanki z klasy, kilku kolegów chce do teraz.

Dziura w stogu siana:
Britney z włosami jedzie na tendencyjnych bitach, zaś Britney po-bez-włosów to tendencja spadkowa. No, wyłączając kilka numerów z Blackout.

5 esencjonalnych kawałków:
"...Baby, One More Time", "Oops, I Did It Again", "Lucky", "Toxic", "I'm A Slave 4 U"

Przypięty tweet:
"I can't believe what I hear about the world / I realize I'm overprotected".

Płyta, której wstyd nie znać:
In The Zone.

Influenced by:
Madonna, Kylie Minogue, Michael Jackson, TLC

Influenced on:
Miley Cyrus, Ke$ha, Lady Gaga, Charli XCX

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Innosense, MMC

Coś jeszcze?
Jak wyżej wspomniałam, Britney to kilka wyraźnych rozdziałów. Po krótce: Disney, "Moja córka nie będzie tego oglądać!", post-britney i "Kto to jest Britney?".

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Twitter | Instagram


CARDIGANS

Cardigans

Miejsce:
Jönköping (Szwecja). 

Lata aktywności:
1992-2006, 2012-teraz.

Kluczowe postaci i ich wkład:
Peter Svensson – jeden z najwybitniejszych popowych kompozytorów co najmniej lat 90., jak również gitarzysta wycinający życiówkę za życiówką w pogoni za własnym cieniem. Nina Persson – wokalistka o głosie w idealnych proporcjach łączącym zalotną elegancję z rozkoszną słodyczą, niebieskooka blondlaska z teledysku do "Lovefool", a od First Band Of The Moon także (współ)autorka sporej części utworów zespołu. Magnus Sveningsson – nieocenione wsparcie kompozytorskie oraz nieugięty operator gitary basowej. Skład uzupełniają lounge'ujący na klawiszach Lars-Olof Johansson oraz Bengt Lagerberg – człowiek, który zdołał zagrać partie perkusji w "Tomorrow". Trzeba wspomnieć również o Tore Johanssonie, który z wyobraźnią i trademarkową szwedzką precyzją wyprodukował im niemal całą dyskografię.

Dlaczego właśnie oni?
Bo z prog-rockowej kontrabandy uczynili cnotę, bez śladu skrępowania wypychając absurdalnie błogie, dostosowane do komercyjnych standardów piosenki pogmatwanymi ekscesami w warstwie kompozycji czy aranżacji. W efekcie ich przyjemniackie, pozornie prościutkie utwory to w rzeczywistości siekane na skalę przemysłową majstersztyki o przebogatej treści harmonicznej, rytmicznej czy melodycznej. Poza tym trudno o bardziej emblematyczny poster-band sterylnego, gitarowego popu, jaki pamiętamy z lat 90.

Dziura w stogu siana:
Dorobek płytowy brutalnie rozdarty milenialną cezurą – czyli albumy po 2000 roku możecie (a wręcz powinniście) sobie odpuścić.

5 esencjonalnych kawałków:
"Lovefool", "Carnival", "Rise & Shine", "Blah Blah Blah", "Erase/Rewind".

Przypięty tweet:
"Arrange my books in order…".

Płyta, której wstyd nie znać:
Life, choć ilość wydań tego albumu autentycznie może człowieka podkurwić.

Influenced by:
The Smiths, ABBA, Black Sabbath, szeroki przegląd lounge'u i barokowego popu z lat 60. oraz prog-rocka po linii jakiegoś Yes.

Influence on:
Tahiti 80, Badly Drawn Boy, Kero Kero Bonito; podobno fanem jest też Max Tundra, co w ogóle mnie nie dziwi.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Liczne przedsięwzięcia przyległe, spośród których za najistotniejszy uchodzi solowy projekt Niny Persson A Camp – ale raczej nuda, więc nie wiem czy warto sobie zawracać głowę. Peter Svensson działa na rynku jako uznana marka producencko-songwriterska, a lista artystów, którym robił muzykę, może imponować – odsyłam do Wikipedii.

Coś jeszcze?
Zgadnijcie za jaki album Cardigans Svensson dostał szwedzką nagrodę Grammy w kategorii Composer Of The Year? No właśnie. Oczywiście bardzo cenię Gran Turismo, ale w kraju o tak bogatych tradycjach kompozycyjnych mogli by się już wcześniej JÖRGNĄĆ, że coś jest na rzeczy. Dziś – jak powszechnie wiadomo – Szwecji już nie ma, być może z analogicznych powodów.

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Twitter | Instagram

–Wojciech Chełmecki


D'ANGELO

wykonawca

Miejsce:
Richmond (USA).

Lata aktywności:
1995-teraz.

Kluczowe postaci i ich wkład:
Zawdzięcza wszystko tylko i wyłącznie sobie. Samodzielnie nauczył się śpiewać, grać i komponować, a potem podrzucił demówkę swojego pierwszego zespołu do EMI. Oczywiście nie można zapomnieć o współproducentach jego trzech albumów: Alim Shaheedzie Muhammadzie, Questlove i całej zgrai czołowych gwiazd soul oraz r&b, ale ostatecznie reżyser zawsze był, jest i będzie tylko jeden. Michael Eugene Archer.

Dlaczego właśnie on?
D'Angelo to tak naprawdę ostatni wielki afroamerykański muzyk. Jego skromny, ale spektakularny dorobek stanowi kontynuację ścieżki wytyczonej lata temu przez Prince'a i Sly Stone'a, czyli prawdziwie spirytualnej sztuki leczącej dźwiękami serca. Niespotykanie chorobliwy perfekcjonizm w połączeniu z poczuciem kulturowej misji nadaje dyskografii Mistrza wręcz kosmicznego wymiaru. W dobie neo-soulu i neo-r&b on jedyny robi tak niesamowite rzeczy, że spokojnie może wykreślić usprawiedliwiający przedrostek i równać się ze swoimi idolami.

Dziura w stogu siana:
Brak. No chyba, że jesteście bardzo niecierpliwymi fanami.

5 esencjonalnych kawałków:
"Brown Sugar", "When We Get By", "Untitled (How Does It Feel?)", "Devil's Pie", "The Charade".

Przypięty tweet:
"I'm very glad this album finally came. But I also very much hope there are more. Because it's distinctly possible that he has more to tell us" –Papa Christgau.

Płyta, której wstyd nie znać:
Wszystkie trzy.

Influenced by:
Marvin Gaye, Prince, George Clinton, Sly Stone, Boyz II Men.

Influence on:
Soul i r&b lat dziesiątych.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Lauryn Hill, Maxwell, Raphael Saadiq, Jill Scott.

Coś jeszcze?
Mój kolega powiedział mi kiedyś, że na openerowym koncercie D'Angelo nikt nie śpiewał razem z wykonawcą. Powiedziałem, żeby kupił bilety na Miguela.

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Twitter

–Łukasz Krajnik


DAFT PUNK

wykonawca

Miejsce:
Paryż (Francja)

Lata aktywności:
Od 1992.

Kluczowe postaci i ich wkład:
Na duet składają się dwaj kumple z liceum – Thomas Banglater i Guy-Manuel de Homem-Christo. Obaj wciskają guziki na pokładzie tego kosmicznego statku. Nie sposób też odmówić udziału temu jednemu krytykowi, który pracę chłopaków, jeszcze pod szyldem Darlin', nazwał "a daft punky trash", co nie tylko dało im nazwę, ale też jak w hollywoodzkim filmie skłoniło, by nie poddać się i na przekór spróbować raz jeszcze.

Dlaczego właśnie oni?
Gdyby nie Daft Punk, nie byłoby French house'u, a co za tym idzie, muzyka elektroniczna nie zyskałaby tej wibrującej witalności, binarnego optymizmu, który skrzy się i połyskuje w "Phoenix", "Burnin'", "Rock'n Roll" lub "Crescendolls". Prawdopodobnie nie powstałoby Ed Banger Records, więc nie mielibyśmy Justice i ich genialnego krążka. Katastrofa za katastrofą, efekt motyla. Daft Punk to jedna z tych formacji, która wyciąga elektronikę z klubów i formuje z niej jakościowe przeboje, pomagając niewtajemniczonym odróżnić techno od nie-techno.

Dziura w stogu siana:
Nie ma żadnej dziury, wszystko jest pod kontrolą. Bangalter i de Homem-Christo wypracowali swój ikoniczny styl i nawet jeśli wypchnęli cały gatunek, to i w jego zalewie nie sposób nie rozpoznać ich pracy. Słuchając ich dorobku nie odnotowujemy spadku formy, a nieustanną ewolucję – od surowizny Homework, przez lekkie euforyczne hity, maestrię szczegółów, pompatyczny soundtrack, po wytrawne Random Access Memories.

5 esencjonalnych kawałków:
"Around The World", "One More Time", "Harder, Better, Faster Stronger", "Technologic", "Rollin' & Scratchin'"

Przypięty tweet:
"It may not be the right time / It may not be the right one / But there's something about us I want to say / Cause there's something between us anyway".

Płyta, której wstyd nie znać:
Homework.

Influenced by:
Cerrone, Giorgio Moroder, Chic, Frankie Knuckles, Black Box.

Influenced on:
Breakbot, Gorillaz, Modeselektor, Justice, dedmau5, Crystal Castles, Sally Shapiro, Toro Y Moi.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Darlin', Stardust, Together, Da Mongoloids, Le Knight Club, Crydajam, Gaspar Noé

Coś jeszcze?
Darlin' to pierwszy projekt Banglatera i pana z długim nazwiskiem, w którym wziął także udział gitarzysta Phoenix – Laurent Brancowitz. który porzucił muzykę elektroniczną po tym tekście z "daft punky trash".

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Twitter | Instagram

–Natalia Jałmużna


Strona #1    Strona #2    Strona #3    Strona #4    Strona #5

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Adrian Ugowski feat. MFC & Pikers"Xanadu"
Flying LotusFlamagra