SPECJALNE - Ranking
100 najlepszych płyt 2010-2014

100 najlepszych płyt 2010-2014

14 września 2015

DJ Sprinkles: Queerifications & Ruins

80DJ Sprinkles
Queerifications & Ruins
[Mule Musiq, 2013]

Pisząc o Terre Thaemlitz, nie sposób nie uchwycić wątku transgender, z którym tak mocno identyfikuje się bohaterka tego blurbu. Bycie "queer philosopherem" to jej życiowy światopogląd, który dostatecznie mocno przewija się na Queerifications & Ruins (już nawet sam tytuł do tego nawiązuje), jednak nie to jest tutaj ważne. Mógłbym doszukiwać się nawet subtelnej paraleli tej kolekcji remiksów Amerykanki ze znakomitym, acz nieco zapomnianym Immer Michaela Mayera i w rzeczy samej istnieje kilka cech wspólnych wspomnianych nagrań obojga artystów. Jednak kiedy współzałożyciel oficyny Kompakt zatapia swoje microhouse’owe struktury w gęstym półmroku, gotyku i mgle, to osiadła w Japonii Sprinkles stawia na podskórną melancholię, kontemplację i ulotne ambientowe pejzaże.

Queerifications & Ruins mocno nawiązuje również do Midtown 120 Blues, które to na dobre zadomowiło się w kolekcji moich ulubionych nagrań ostatnich kilkunastu lat. Operuje podobnymi środkami i ma zbliżoną strukturę, ba, nawet często mamy tutaj "powtórkę z rozrywki" z wydanego w 2008 roku krążka. Powiem wam jedno – nikt tak dziś nie gra, niezależnie od tego, czy tworzy własną muzykę, czy też korzysta z obskurnych nagrań, filtrując je przez nasyconą house’ową motoryką, zaiste wyjątkową wrażliwość.

Reinterpretacje Sprinkles znowu są szantażem emocjonalnym, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę rozdzierający początek albumu. Dwie zbudowane na kanwie "Lost Area" June impresje dotykają mnie mocno, zwłaszcza kiedy Sprinkles operuje charakterystycznymi dla siebie syntezatorowymi pasażami. "Food Of Love" i "Klinsfrar Melode" to podróże do wnętrza house’u, wcale nie tak odległe od dokonań Leona Vynehalla czy Coyote Clean Up. Największy ślad zostawia po sobie jednak oparty na nagraniu Ducktails "Letter Of Intent", w którym to Thaemlitz żongluje z muzyką świata i ambient techno, tworząc zarezerwowaną tylko dla siebie nostalgiczną, wieczorną impresję. Przetworzone głosy, wyziewy, ukryte pod bitową strukturą gęste pianino, ale i nasycone niepokojem, przeszywające soulowe wokalizy – wszystko to zapowiada nadchodzącą apokalipsę w wydaniu Thaemlitz (podobną odnajdziecie również na Where Dancefloors Stand Still). Oby nie nastąpiła ona zbyt szybko, gdyż nie zapoznałem się jeszcze z dziełem życia Amerykanki – ponad trzydziestogodzinnym Soulnessless. –Jacek Marczuk

posłuchaj »


Toro Y Moi: Anything In Return

079Toro Y Moi
Anything In Return
[Carpark, 2013]

Gdzieś tak w 2011 roku skończyła się narracja o dominacji w muzyce i do tej pory nikt się nie odważył ponowić wątku. Nawet najbardziej zagorzali zwolennicy tej idei dali już sobie z tym wstydliwym zajęciem spokój. Świat ma poważniejsze zmartwienia. Tak wyszło, że po Chazwicku mało komu chce się drążyć, prawie nikt nie widzi sensu w całym tym niedorzecznym(?) pragnieniu wyłonienia przewodnictwa. Płasko aż po horyzont, a płyty dzielą się już tylko na te przesłuchane i nieprzesłuchane – tych drugich wydaje się zresztą z każdym dniem przybywać.

Anything In Return w tej rzeczywistości funkcjonuje jako mediator. W chwili premiery albumu chciałem pewnie doszukiwać się w nim kategorii, które były już zdezaktualizowane i nieprzystawalne do zastanej sytuacji. W skali roku: po pierwsze, przygwoździł mnie do ziemi futurystyczny album Knower, po drugie, wracała ekipa Shieldsa, ciągnąc za sobą dwadzieścia lat wydawniczego niebytu, jak również zniszczenie konkurencji. Płyta mogła satysfakcjonować zatem czysto percepcyjnie, bo nie było o co walczyć: trzeci album Bundicka mógł brzmieć dowolnie. Ale brzmiał bardzo konsekwentnie i przede wszystkim miał dobre piosenki. Jest w nich tyle odniesień, że nie byłbym w stanie o wszystkich napisać. Psychodeliczno-taneczne sztosy wchodzą jeden po drugim, ubarwione ostrą, przenikliwą produkcją, a Toro zdaje się doskonale operować swoim rzemiosłem. Organiczność i cyfrowość jak yin i yang. –Krzysztof Pytel

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


Teengirl Fantasy: Tracer

078Teengirl Fantasy
Tracer
[True Panther, 2012]

Po 7 AM jako jeden z pierwszych w naszej redakcji zapisałem się do fanklubu tego duetu. Tracer w momencie wyjścia był dla mnie twardym orzechem do zgryzienia. Mniej zorientowany na tak bliskie mojemu sercu radio-friendly granie z funkowymi korzeniami ("Cheaters" i "Dancing In Slow Motion" z debiutu <3), z większą liczbą zmierzających w sobie znanym kierunku instrumentali wydawał się zwrotem mało naturalnym. Okazało się jednak, że jest zupełnie inaczej, a do dostrzeżenia pewnego wizjonerstwa tego kanciastego albumu trzeba było... no tak, czasu. Tracer rozpościera się gdzieś między wczesnym katalogiem Warpa a tym, co w ostatnich latach uskuteczniał chociażby Lone, ale ogólnie trudno zamknąć tę pozycję w jakichś sztywno określonych ramach. To tu zaczyna się Kelela i pasuje do całości jednak lepiej niż Panda. A Teengirl Fantasy jak byli na marginesie głównego nurtu przy bardziej przebojowym debiucie, tak na nim niestety chyba pozostali. Może to i dobrze? –Kacper Bartosiak

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "50 najlepszych nagrań 2012"


Ambrose Akinmusire: When The Heart

077Ambrose Akinmusire
When The Heart Emerges Glistening
[Blue Note, 2011]

Tak się złożyło, że When The Heart Emerges Glistening to bodaj jedyne stricte jazzowe wydawnictwo na naszej liście, co w pełni zasłużenie czyni Ambrose Akinmusire Patem Methenym tego podsumowania. I jest to osadzony w post-bopowej tradycji jazz w konserwatywnym (choć z oczywistych względów przefiltrowanym przez lata rozwoju muzyki popularnej) tego słowa znaczeniu: inteligentny, zdystansowany, unikający trywializmów. Sam Ambrose doczekał się już uznania w środowisku, licznych nagród i mniej lub bardziej trafnych porównań do graczy wagi najcięższej z poprzednich pokoleń, od Dizziego przez Milesa po Wyntona Marsalisa. Ale cała ta kanonizacja jego debiutu w barwach legendarnego Blue Note nie wzięła się znikąd: abstrahując od skillsów, jest w tej płycie coś, co wywołuje dreszcze podobne do tych znanych z seansów z błogosławioną klasyką gatunku i pozwala wierzyć, że interesujący i wymagający jazz wciąż może powstawać w bezpiecznej odległości od dzikiego, determinującego jego dzisiejszy wizerunek i czasami przez swoje zawzięcie całkowicie niesłuchalnego free improv (świat "Mój stary to fanatyk free improv...").

"Confessions To My Unborn Daughter", opener płyty, to w ogóle najdoskonalszy, najbardziej nieskazitelny jazzowy utwór z ostatnich lat, jaki słyszałem. Zaczyna się krótką wprawką lidera, następnie usypia uwagę leniwą mantrą w stylu dwukrotnie spowolnionego "My Favorite Things", by za chwile wryć się w beret katartycznym, przeszywającym harmonicznie , trąbkowo-saksofonowym impulsem. Ten duet to kluczowa na When The Heart... kwestia, bo choć sporo tu miejsca dla reszty zespołu, a improwizacje są prowadzone dosyć statycznie, bez zbędnych popisów i w duchu poszczególnych utworów, to chemia na tej linii każe się dwa razy zastanowić przed oburzeniem, gdy statystyczny recenzent podczas odsłuchu wynotuje sobie w kajeciku hasła "Cherry/Coleman" albo "Davis/Shorter". Jasne, błyszczą tu również wciągające klawiszowe wzorki i spektakularne miejscami bębnienie, ale to właśnie dzięki uwspólnionej wrażliwości panów dzierżących instrumenty dęte, zarówno zahartowane satie’owskim liryzmem ballady ("Tear Stained Suicide Manifesto"), jak i te bardziej żywiołowe utwory ("Jaya") wyrastają na małe kompozycyjne majstersztyki. I tu już mówimy o sprawach poważnych. Krótka piłka: dziś jestem już trochę starszy i mądrzejszy o kilka płyt, ale gdybym w 2011 roku miał swoją kanciapę w biurowcu Porcys, z temperamentem neofity wnioskowałbym dla AMBROŻEGO o 8.0 i zalegalizowany przez prezesa stempel ze znakiem jakości. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »


Microexpressions: Lie in Wait (EP)

076Microexpressions
Lie In Wait (EP)
[self-released, 2011]

Pięć powodów, dla których tęsknię za Microexpressions:

1. Burza i tęcza w "Man On The Wire", czyli przeplatające się wrzaski i falsety na tle wściekłych gitarowych hałasów przechodzące w oczyszczający fragment z podniosłą klawiszową melodią.

2. Druga, wyprowadzająca z ambientu część "Land Can Be", w której sygnalizujący przeobrażenie się utworu uporczywy bas kontrastuje z koronkowością aranżacji.

3. Nawiedzone połączenie obsesyjnie powtarzanego tematu z przetworzonymi wokalami (4:32) w "Fake Miracles".

4. Całe szaleńcze początkowe przejście z marszu do pełnego sprintu "All Like Comets", zwodzące agresywnym riffem i przyspieszającymi bębnami, oraz wreszcie właściwy inkrustowany dzwonkami i chórkami wybuch.

5. Dająca poczucie wnikania w jakiś kompletnie obcy mikrokosmos eskalacja na koniec "Giant In The Forest" –Piotr Ejsmont

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "Rekapitulacja roczna 2011: Muzyka polska"


DJ Clap: Best Night Ever

075DJ Clap
Best Night Ever
[Magical Properties, 2013]

Strzeżcie się, bo w tym wypadku umysł łatwo generuje mylne skojarzenia − miast trance'u czy hardkorowego techno, przy którym doznają dresiarze, a być może i Grzegorz Braun, DJ Clap proponuje autorską, niepodobną do żadnej innej, wizję footworkowego młócenia. Best Night Ever mimo rdzenia i formalnej struktury, na podstawie których zachodzi łączliwość z produkcjami takich postaci jak DJ Rashad, Traxman czy RP Boo, stoi jednak w dość dalekiej opozycji do "tradycyjnych" wyrobów nurtu. Posiłkując się prostymi patentami, DJ Clap mutuje vocal-sample'owe i synthowe ścinki (często podbierane z azjatyckiego popu) w repetycyjne pasy, które wtapia w bezduszny rytm, doprowadzając tę hybrydę do ekstremum. Tak jest w teorii, a w praktyce ten album to po prostu niebywały, absorbujący zmysły, hedonistyczny WPIERDOL, który intensywnością przekracza momentami granicę wytrzymałości, więc rozumiem, jeśli ktoś porzyga się, słuchając tego mechanicznie zapierdalającego dance'u. Posłuchajcie, jak koleś tasuje metrami, jak często indeksy pędzą w podziale na trzy, ile mikromelodyjek i hooków mieści się w kalejdoskopowych pigułkach, takich jak "Sparkling", "Come On", "Unbelievable", "Flash (Part 2)" czy "Don't Tell" (jedynym momentem wytchnienia jest osadzony w marzycielskim strumieniu "Secret "). Ale to, co najbardziej uderza w debiucie enigmatycznego producenta, to niepokojący, właściwie pozbawiony ludzkiego tchnienia ("No, no, no! A little more humanity, please!"), cyfrowy duch. Mam wrażenie, że DJ Clap stworzył jakąś pojebaną internetową suitę końca ludzkości, a jego serce jest sercem robota. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »


Crab Invasion: Trespass

074Crab Invasion
Trespass
[Postaranie, 2013]

"Caps", "Dart" I "Way Too Close", trzy piosenki upublicznione przed wydaniem Trespass prezentowały nowe, bardziej popowe brzmienie Crab Invasion, ale nie dawały pojęcia o tym co będzie się działo na debiutanckim albumie zespołu. Nie ma na nim ani jednego numeru, który choćby zbliżał się do przebojowości singli. Produkcja jest aksamitnie gładka, ale kryją się pod nią utwory, które nieskupiającego się słuchacza zostawią w tyle, ale ujawniają swoje uroki po kolejnych przesłuchaniach jak "The Rule" (późne Fugazi z pięcioma łyżkami cukru), albo bezwstydnie progowe, niemal ośmiominutowe "Pebbles, Beads And Mirrors". Crab Invasion wymieszali waszyngtoński post-hardcore, sophisti-pop z lat 80. i rock progresywny z taką łatwością jakby te gatunki pasowały do siebie zupełnie naturalnie. Zresztą może i pasują, tylko za mało mamy takich albumów. –Łukasz Konatowicz

posłuchaj »

przeczytaj "Rekapitulacja roczna 2013: Muzyka polska"


Forest Swords: Dagger Paths

073Forest Swords
Dagger Paths
[Olde English Spelling Bee, 2010]

Licho nie śpi. Gdy mowa o czarowaniu obrazami, Matthew Barnes nie ma sobie równych. Na tym albumie dźwięk jest przesączony przez tysiące warstw i roztacza niesamowitą aurę cienistej podróży w moment na tyle długi, że dla słuchacza może równie dobrze oznaczać epokę. Jest to zresztą efekt zamierzony. Sam artysta przyznaje, że inspiruje go sztuka site-specific i formowanie się brzmienia w kontakcie z otoczeniem. O tej płycie można też mówić, korzystając z metafory rzeki: uchwycić to, co niezmienne, a jednak w ciągłym ruchu, to nie lada sztuka. Tytułowe "ścieżki sztyletu" są właśnie taką dziwaczną i groźną wyprawą przez różnorodne stylistyki, skontekstualizowany czas i szuflady w wyobraźni. –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2010"


Kitty: Impatiens (EP)

072Kitty
Impatiens (EP)
[self-released, 2014]

Kitty – skrywająca się jeszcze pod monikerem Kitty Pryde, który na skutek gróźb od prawników Marvela musiała porzucić – rozpoczęła swoją karierę w podobny sposób, jak jej blisko o dekadę starsza koleżanka zza oceanu, Lily Allen: korzystając z magicznego przycisku "share" na łamach sieci społecznościowych. Często, bezczelnie i bez najmniejszego zawahania. Trzydziestoletnią już Brytyjkę owa taktyka zaprowadziła od sprzedawania ecstasy na przedmieściach Londynu na same szczyty chartsów, rudowłosa Amerykanka z Florydy na przełomowy moment musi jeszcze poczekać, chociaż właściwie jest już do niego doskonale przygotowana. O ile, naturalnie, w ogóle jeszcze tego chce.

Popularność w 2012 roku przyniosła jej współpraca z Riff-Raffem. Nagrany wspólnie singiel "Orion's Belt" utorował drogę innym, lepszym produkcjom na skromnej objętościowo i raczej ogólnie niedopracowanej od strony produkcji EP-ce Haha, I'm Sorry. "GIVE ME SCABIES" antycypowało całą falę przeróbek "Call Me Maybe", która w niedługim czasie potem zalała Internet, "smiledog.jpg" emitowało pierwsze sygnały oswajania się pokolenia Tumblra z estetyką postinernetu, a "Okay Cupid" spodobało się redakcji Rolling Stone na tyle, że ta zamieściła nawet wzmiankę o młodej raperce na swojej liście końcoworocznej. Później zrobiło się dziwnie. Już D.A.I.S.Y. Rage dowodziło, że stosunek Kitty do swojej kariery bliższy jest temu Miley Cyrus niż Taylor Swift – dziewczyna odrzuci wszystkie propozycje i tropy, które podrzuci jej wytwórnia, a wszystko zrobi dokładnie po swojemu, czyli zazwyczaj zupełnie odwrotnie, niż chcieliby panowie w garniturach. Stąd D.A.I.S.Y. Rage, właściwie rzeczywisty początek jej autorskiej dyskografii, zachowując tumblr-rapową pobieżność, okazało się zaskakująco poważne i substancjalne. Niektórzy szaleńcy sugerowali nawet, że tym wydawnictwem próbowała zapuścić się w rejony, które miały przywodzić na myśl dziewczyńską wersję Doris Earla Sweatshirta.

I kiedy wszyscy myśleliśmy, że na tym ewolucja Kitty się zatrzyma i następnym krokiem będzie długogrający album pełen (umiarkowanych) wulgaryzmów, trzasków i odbijających się w głuchych trapach złamanych serc – dostaliśmy Impatiens surrealistyczną, absurdalną mieszankę cloud-rapu ("emb0unce"), drum'n'bassu (dziwnie korespondujące z końcówką mbv "Second Life") i bedroom-popu ("Brb"). Te ostatnie wątki doczekały się zresztą dodatkowego rozwinięcia na drugiej EP-e w 2014 roku – Frostbite – pozycji niemal, albo i równie intrygującej.

Kathryn-Leigh Beckwith ma dwadzieścia dwa lata i już ma jedną z najdziwniejszych "dyskografii", jakie widziałem w ostatnich latach. Gdyby urodziła się w Polsce, nie potrafiłbym powiedzieć, czy wylądowałaby na liście Trójki, czy grałaby z martwą twarzą na wernisażach wszystkich wystaw w Warszawie. Może to nieszczególna rekomendacja, ale nie o wszystkich użytkowniczkach Tumblra mogę to powiedzieć. –Jakub Wencel

posłuchaj »

przeczytaj recenzję


Afro Kolektyw: Piosenki Po Polsku

071Afro Kolektyw
Piosenki Po Polsku
[Universal, 2012]

 

 

 

Afro Kolektyw

–Magda Janicka

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "50 najlepszych nagrań 2012"


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie