SPECJALNE - Ranking
100 najlepszych płyt 2010-2014

100 najlepszych płyt 2010-2014

14 września 2015

J*DaVeY: New Designer Drug

40J*DaVeY
New Designer Drug
[illav8r, 2011]

Brook i Briana określili kiedyś swoją muzykę jako pop fusion. Wszystko się zgadza: hookami z New Designer Drug można by obdzielić przynajmniej kilka albumów z czołówki list przebojów, ale melanż wielorakich, często na pierwszy rzut oka niepasujących do siebie inspiracji sprawia, że jakakolwiek próba zaszufladkowania twórczości duetu wymagałaby pokaźnych rozmiarów komody. J*DaVeY nagrali płytę, która zuchwale uderza różnorodnością, zachowując przy tym koherentność. Ani trochę nie burzy tego nawet pierwsza część zamykającego krążek oszałamiającego tandemu – "Anything Goes" – która funkcjonuje tu na oddzielnych prawach i ostentacyjnie się wyróżnia. Mimo to przejście od kołysanych głosem Briany powoli roztapiających się niczym samotna kra na bezkresnej tafli oceanu akordów do niezwykle bezpośredniego i przebojowego "Dollar Or More", który od pierwszego odsłuchu wywołuje wrażenie, jakby znało się go od lat, nie razi i daje poczucie odpowiedniego epilogu, łącząc najlepsze cechy New Designer Drug. Mam tu na myśli rasowość tak chwytliwych, że wręcz błagających o śpiewanie razem z wokalistką refrenów i dbałość o produkcyjne detale, dzięki którym debiutancki – i jak na razie niestety jedyny (wydali za to kilka EP-ek, z którymi warto się zapoznać) – album duetu nigdy nie powinien przestać brzmieć świeżo. –Piotr Ejsmont

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2011"


Thundercat: Apocalypse

039Thundercat
Apocalypse
[Brainfeeder, 2013]

Jest półmetek 2013 roku, a ja jestem wkurwiony, bo nikt nie zalajkował faktu, że wezmę udział w półmaratonie (Samotność Długodystansowca, wersja post-internetowa), a na dodatek kupiony pół roku po premierze nowy Toro trochę zawiódł nabrzmiałe oczekiwania. Skąd ja teraz wytrzasnę dobrego solistę do brylowania na osi czasu? Blake zbyt znany, Power jednak za mało charyzmatyczny, a poza tym w "Well On Your Way" coś tam życie na Facebooku, lepiej nie ryzykować. Bieda, panie. I w tym momencie pojawia się Apocalypse i na całe szczęście rozwiązuje mój problem, a równolegle Rafi, kolega z czasów starszaków, jak na znak lituje się nad kiełkującą karierą biegacza. Wszystko wraca do normy, odzyskuję spokój, a może jednak nie?

Przyznam szczerze, że nieco przespałem The Golden Age Of Apocalypse, więc Thundercat zaczął się dla mnie na poziomie drugiej płyty, za to z miejsca zasilił szeregi panteonu osobistych darlings. Album posiadał bowiem wręcz przesyt powodów, by się w nim na dobre zadomowić: solidny jazzowy background, progowe zacięcie z gatunku tych fajnych, melodyczne wysmakowanie, typowo brainfeederowski głód efektów i mięciutki, soulowy feeling. No i oczywiście cuda na basie, choć wirtuozeria Brunera na Apocalypse pełni raczej funkcję narzędzia do szlifowania na błysk własnej artystycznej wizji niż pretekstu do popisów. Pytanie tylko, czy to faktycznie spójna wizja czy może jednak zaledwie genialny, retrofuturystyczny pejzaż tysiąca pomysłów. Znów wzruszam się na maksa przy drżących, spiętrzonych melodiach "Heartbreaks + Setbacks" i poddaję wściekłemu bębnieniu (tu propsy dla Thomasa Pridgena, eksczłonka The Mars Volta i kolegi Brunera ze środowiska Suicidal Tendencies) z "Lotus And The Jondy", znów obserwuję jak w "Seven" Thundercat wykupuje sobie miejsce na Fragile Yes , a w "Tenfold" i "Without You" czule ociera mi łzy po Anything In Return. Znów słucham tej uduchowionej płyty o niewybaczalności świata (albo jak ktoś woli wprost – o nieuniknionej goryczy śmierci) i wiem tylko tyle, że tak jak w 2013 roku, tak i dziś nie potrafię przejść obok niej obojętnie. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »

przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


Kingdom: Vertical XL (EP)

038Kingdom
Vertical XL (EP)
[Fade To Mind, 2013]

Jeśli mieliście już okazję zgłębić dystopijne korytarze Vertical XL, to wiecie, że niezwykle łatwo się w nich zagubić. Wiecie również, że właśnie w momencie, w którym traci się orientację, zaczyna się prawdziwa przyjemność, bo na każdym kroku zaskakuje coś innego. Ezra Rubin stworzył swoją własną, wirtualną platformę, doskonale ewokującą przyszłość. Futuryzm beatów dyrygowanych przez Kingdoma jest nad wyraz sugestywny − ta EP-ka mogła powstać dopiero w tej dekadzie, a jej soundtrackowy charakter tylko podbija ten niewątpliwy walor. Z tym że akurat te dźwięki chyba lepiej odnalazłyby się w towarzystwie jakiejś sci-fi-owej gry komputerowej niż w nawet jakiejś kosmicznej produkcji filmowej za grube miliony.

Słuchając poszczególnych indeksów, takich jak "Corpse", "OG Master" czy "Viper Lash", czuję się zamknięty w cybernetycznej przestrzeni masterminda, a zarazem króla Rubina, bo nie ulega wątpliwości, że to właśnie on niepodzielnie rządzi w wykreowanym przez siebie (nomen omen) królestwie. Królestwie nowoczesnym, obfitującym we frapujące, rytmiczne struktury oraz laserowe, zimne syntezatorowe promienie oświetlające od czasu do czasu pourywane i przetworzone wokale. I jak to we wzorowym królestwie, najjaśniejszym punktem jest oczywiście jego królowa, a w wypadku Vertical XL jest nią, jak wiadomo od pierwszego utworu, wylegująca się na tronie w postaci "Bank Head" Kelela. Ale o tym wie każdy − wiecie o tym i wy, a przynajmniej powinniście wiedzieć. Jeśli jeszcze nie zetknęliście się z dziełem Kingdoma, to naprawdę nie zwlekajcie dłużej. Przyszłość może być w waszych rękach, strumieniach internetowych i na waszych dyskach twardych. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »


Erykah Badu: New Amerykah Part Two (Return Of The Ankh)

037Erykah Badu
New Amerykah Part Two (Return Of The Ankh)
[Universal Motown, 2010]

Pierwszy album z cyklu New Amerykah był agitacyjny, na drugim Erykah Badu powróciła do sfery życia uczuciowego. Płyta jest wręcz intymna. Nieprowokująca swoim brzmieniem rozgłosu, spokojna, wsobna, zdająca się nie brać udziału w żadnych zawodach. Kompozycyjnie zupełnie się nie narzucająca, wprawdzie wyposażona w dużą liczbę "momentów", ale żaden z nich nie krzyczy. Brzmieniowo to już zupełnie inny soul niż analogowe Baduizm czy Brown Sugar, nowoczesny według tego wzorca, co wydany rok wcześniej genialny Nuclear Evolution: The Age Of Love Sa-Ra Creative Partners. Zresztą w pracy nad płytą palce umoczył między innymi Shafiq Husayn, jeden z członków Sa-Ra. Poza nim cały panteon studyjnych czarodziejów od czarnej muzyki, takich jak James Poyser, Madlib, J Dilla czy Thundercat.

New Amerykah Part II (Return Of The Ankh) nie jest wypełniony arcydziełami formy piosenkowej, ale z pewnością małymi arcydziełami produkcyjnymi i muzyką niespotykanie "żywą". Aktualnie moim ulubionym fragmentem jest – zacznijmy od końca – "Incense", czyli przepiękny, przestrzenny dialog Madliba z harfistką Kirsten Agrestą, do którego Badu jak gdyby "tylko" się dograła. Nie brzmi jak hit, prawda? "Love" to jeden z najbardziej wyrazistych utworów na płycie, który sam się nuci, ale nie jest w tradycyjnym tego słowa znaczeniu singlowy – trochę to strukturalnie odstaje od tradycji, nawet soulowej, czyli tej niekoniecznie związanej z najprostszymi schematami. Prawdziwym singlem promującym album był z kolei "Window Seat" i był to dobry wybór, ale i tak nieprzeznaczony na szczyty list przebojów. Pamiętam że początkowo to "Window Seat" lubiłem na New Amerykah Part II (Return Of The Ankh) najmniej. Niesprawiedliwie, bo teraz wiem, że nawet ten będący najoczywistszym ukłonem w stronę znanego jest nie mniej witalny, organiczny i dopieszczony niż reszta płyty. I tak dalej.

Osobowość, żywa muzyczność, ekspresja – powiedzmy, że tak mniej więcej rozumiem soul i tym właśnie jest wypełniony po brzegi ten album, mimo że nic się z niego nie wylewa, tafla wody pozostaje spokojna. A co jeśli to Erykah Badu nagrała wraz z kolegami najlepszą płytę pięciolecia? –Radek Pulkowski

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2010"


Sun Kil Moon: Benji

036Sun Kil Moon
Benji
[Caldo Verde, 2014]

Zaskakujące, jak wiele słów internety mogą z siebie wypluć na temat płyty tak prostej i jasnej w przekazie. Banalna w sumie receptura Benji wałkowana była na tysiące sposobów, żaden z nich nie był odkrywczy i ja sam czuję lekki (akurat) odruch wymiotny na myśl o tym, że trzeba tutaj jeszcze raz opowiedzieć o tym, jak Mark Kozelek, bez żadnej widocznej moderacji, opowiedział historię swojej rodziny, pełną powtórzeń, zwrotów akcji i najzwyczajniejszych tragedii, których muzyka popularna z definicji nie rusza. Jak zrobił to bez poszanowania melodii, jakiejkolwiek piosenkowej struktury, sprawiając wrażenie tworzenia tych utworów w czasie rzeczywistym. I czasem, słuchając tej płyty przy zmywaniu, zastanawiam się, czy rzeczywiście tak nie było. Nie wierzę tu w ingerencję sił wyższych, bardziej w sekretne zestawienie konkretnych alkoholi i miękkich narkotyków, które zaowocowało kilkugodzinną sesją wspomnień o rodzinie, z której zrodziły się, po kolei, wszystkie utwory z tej płyty. To ma sens, bo wyjaśniałoby, dlaczego Kozelek z miesiąca na miesiąc odlatuje coraz wyżej - próbuje odtworzyć warunki z tamtej nocy, a jedyne co mu wyszło to "Possum" i śmieszny tytuł ostatniego kawałka na Universal Themes. Niemniej jeden z moich najbliższych ziomów, świeżo upieczony Ojciec, namawia nas na taki wieczór: film Benji, film The Song Remains The Same, odsłuch płyty Benji. Prawda, że to pokraczny pomysł? Nikt z nas jeszcze mu tego nie powiedział. –Filip Kekusz

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2014"


Necks: Open

035Necks
Open
[Fish Of Milk, 2013]

Dla niektórych The Necks jest zespołem, który wyróżnia przede wszystkim tajemnicza relacja łącząca jednolitość metody i formy z różnorodnością stylów. Australijski tercet obił się właściwie o wszystkie gatunki z pogranicza muzyki poważnej i "siedzonego niezalu" podczas budowania swojej bogatej dyskografii. Krautrock? Jest. Smooth jazz? Oczywiście. Post-rock? Ambient? Amerykański minimalizm? Każdy znajdzie coś dla siebie. Open jest na tym planie odpowiednikiem czytelnie i logicznie wyznaczonego punktu widokowego – pozwala z jednej strony na pobieżny ogląd wszystkiego, co znajduje się dookoła (i co przeszło już do historii), a z drugiej daje możliwość przyjęcia perspektywy, która ze względu na swoją inkluzywność i całościowość błyskawicznie zdradza swoją wyjątkowość.

Tego rodzaju prowadzone według ścisłej dyscypliny przeskakiwanie pomiędzy szufladkami ma oczywiście pokazać ich całkowitą umowność – podobnie jak umowne okazują się w gruncie rzeczy granice pomiędzy światami akademii, jazzu i muzyki popularnej. Czy jednak chodzi tu naprawdę o udowodnienie czegokolwiek? Muzyka improwizowana pozostaje często przedmiotem głębokiego niezrozumienia ze strony stronników precyzyjnie zaprogramowanych, wyznaczonych w studyjnym zaciszu progresji akordowych. Open, podobnie jak cała twórczość "Necksów", dowodzi, że nie ma tutaj dylematu pomiędzy wymykającą się jakiejkolwiek logice i porządkowi "nieskrępowaną swobodą grania" a narracyjnością. To ta druga okazuje się być logicznym następstwem pierwszej postawy – w końcu każda muzyka, nawet ta poddana najbardziej perfekcjonistycznym szlifom, ma swój początek w jakiejś próbie improwizacji. Sama improwizacja, jeżeli jest rzeczywiście pewna swojej wolności, nie boi się z kolei igrania z dyskursywnością.

Jak niezwykle trafnie wyłożył to w swojej recenzji Open Radek Pulkowski: "Necks zaś są tym, czym jest ich muzyka – procesem, który nie zmierza w żadną konkretną stronę, bo przecież liczy się właśnie przebywana droga, a nie ta przebyta albo założona do przebycia. Jak wiadomo, jazz to w najfajniejszych przypadkach sposób myślenia." I chyba nikt nie demonstruje tego lepiej niż The Necks. –Jakub Wencel

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj wywiad z Necks


Obey City: Champagne Sounds (EP)

034Obey City
Champagne Sounds (EP)
[LuckyMe, 2013]

Umówmy się, że ta EP-ka jest niemal definicją muzyki producenckiej ostatnich pięciu lat. Znajduje się na niej prawie wszystko, czym poszukująca, ale ciągle popowa elektronika parała się w tej dekadzie: nowocześnie traktowane i stale popularne r’n’b, zrywy pod wysokie tempa i odpowiednio posiekane względem nich sample wokalne, następnie dominujący bas, na tyle mocny, by zatrząść parkietem (w twoim domu). Garażowa rytmika, maksymalizm będący praktycznie synonimem nowoczesności, elementy klubowo-trapowe z drugiej ręki – to kolejne fragmenty tej wyliczanki. Sam Obey podnosi rozdzielczość przekazu z minionych dekad, ale brzydzi się przy tym subwersją wyniesionych z nich treści, po to, by można było słuchać Champagne Sounds bez konceptualnych obciążeń. Jest w pewnym sensie tradycjonalistą. Ta muzyka nie robi sobie żartów i nie wikła się w żadne dyskusje o sobie samej, tylko wyjątkowo dobrze spaja różne wpływy, stanowiąc wzór producenckiego fachu. –Krzysztof Pytel

posłuchaj »

przeczytaj "20 najlepszych płyt 2013"


Aphex Twin: Syro

033Aphex Twin
Syro
[Warp, 2014]

Richard D. James osiągnął w 2014 roku to, co w 2013 roku nie udało się braciom Sanderson – wrócił, sprostał hype'owi i zaprezentował płytę, która – po początkowym, oczywistym dość, zachłyśnięciu – została w sercach i umysłach, przynajmniej naszych. A gdy próbuję ogarnąć tę rzecz z (odrobinę) szerszej perspektywy, to dochodzę do wniosku, że ze wszystkich "wielkich" powrotów ostatnich lat (wiadomka: GYBE!, MBV, Duran Duran, David Gilmour) to jedyny, który daje nadzieję na dłuższą kontynuację na przyzwoitym poziomie (tak, tak, ta kontynuacja już nastąpiła, w postaci sryliarda kawałków na Soundcloudzie, ale nie wierzę, żeby ktoś tego słuchał – ja mówię o płycie, wkładce, digipaku, przecenie na Amazon).

Zaskakująco merytoryczna była dyskusja o Syro swojego czasu na Porcys i wszystko, co zostało wtedy napisane, obowiązuje po tych kilkunastu miesiącach. Jednak gdy odsączyć ten "chronologiczny" aspekt rozmowy, pozostaje jedna myśl, z którą niewielu się nie zgodzi – to jest, kurwa, 65-minut rzygania pięknem. Precyzyjnie wyprodukowanym, wycyzelowanym, okrutnie przemyślanym, ale jednak pięknem, które przywołuje najlepsze z wątków twórczości Jamesa z lat dziewięćdziesiątych. Każdy, kto szanował jakikolwiek album Aphexa, znajdzie tam coś dla siebie. Jestem raczej nudny, więc widzę tu mnóstwo okruchów z Selected Ambient Works vol. 2. A, przypomnę, tamten album jest jednym z najpiękniej starzejących się zjawisk w historii świata, przebijającym nawet Agatę Młynarską. –Filip Kekusz

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2014"


Różni Wykonawcy: Tropical 2

032Różni Wykonawcy
Tropical 2
[Boy Better Know, 2011]

Gdy cztery lata temu mój zaspany wzrok natrafił na zdjęcie okładki Tropical 2, z jakiejś przyczyny ubzdurałem sobie, że jest to pewnie kompilacja Tropicálii. Nie potrzeba było kawy, by się zreflektować, bo muzyka momentalnie wyrwała mnie z porannego spowolnienia. Jezu, jak to pędzi. Jakbym biegał, to płytka z wytwórni Boy Better Know zajmowałaby honorowe miejsce na playliście. Nie wiesz, jak sprawić, by słuchaczowi brakowało chwili wytchnienia? Zacznij kawałek w połowie poprzedniego. Zmiksowanie materiału w ten sposób sprawdza się tu doskonale, szczególnie z uwagi na to, że poziom czternastu numerów tworzących album charakteryzuje się niecodzienną równością. Zdaniem niektórych, poprzednik z 2006 roku przewyższa dwójkę, ale nie potrafię się z tym zgodzić. Mimo że to również bardzo dobre dzieło, a wiele motywów powtarza się na obu płytkach, to Tropical 2 góruje mniej narzucającymi się bębnami i z niezrównaną lekkością przeprowadza przez składające się nad nią melodie. Na dodatek JME, który na obu krążkach jest dostarczycielem największej ilości utworów, w ciągu pięciu lat dzielących oba mixtape’y niesamowicie się rozwinął i podczas gdy jego wcześniejsze kompozycje sprawiały najczęściej wrażenie szkiców, w 2011 słychać już wyraźnie wykształcony styl, który wzbogaca Tropical 2 pokaźną dawką niepokoju (druga część "Easy Jet"!).

Biorąc pod uwagę czas, jaki upłynął pomiędzy obiema częściami, trójka powinna się ukazać w przyszłym roku, lecz słuchając mniej lub bardziej udanych nagrań, jakie wydawali w ostatnich latach odpowiedzialni za mixtape muzycy, mam wrażenie, że o swoim najlepszym dziele (nie dotyczy to oczywiście Todda Edwardsa, który trochę wielkich rzeczy w życiu stworzył i nie mam tu bynajmniej na myśli jego współpracy przy RAM) zapomnieli sami autorzy, a nie tylko ich odbiorcy. Chodzi pewnie o to, że z jednej strony nie jest to typowa muzyka dla klubowych bywalców, a dla zatwardziałych fanów grime’u może być z kolei trochę zbyt taneczna. Szkoda, że taki album prawdopodobnie pozostanie wyłącznie naszą zajawką, ale tym bardziej warto o nim wspominać przy okazji różnych podsumowań – kto wie, może ktoś jeszcze, chcąc posłuchać Caetano Veloso, natrafi na tę petardę. –Piotr Ejsmont

posłuchaj »

przeczytaj recenzję


James Blake: CMYK (EP)

031James Blake
CMYK (EP)
[R&S, 2010]

Z ogromną przyjemnością patrzyło się na wyspiarską elektronikę w latach 2009-2010, kiedy to za sprawą swoich trzech krótkogrających płyt oraz dwóch wytłoczonych na winylu utworów James Blake podejmował się zredefiniowania (a przynajmniej tak nam się wtedy wydawało) pojęcia dubstepu. Garażowe akcenty wchodzące w interakcje ze szmuglowaną gdzieniegdzie czarnoskórą softowością osłupiały i wprawiały w zachwyt jako patenty powszechnie uchodzące za świeże. Niewielu brało na warsztat Aaliyah, Kelis czy wreszcie Timbalanda i przepuszczało ich przez vocoder, by następnie utopić wokalne wyimki w morzu synthów i streetbassowych sekwencji. Na skutek przebytej przez londyńczyka drogi, na którą składały się kapitalny ze względu na dobór sampli singiel "Air & Lack Thereof / Sparing The Horses" oraz utwierdzające w przekonaniu, iż Blake odrobił lekcje z trendów panujących w brytyjskim EDM-owym podziemiu, EP The Bells Sketch, powstało dzieło kompletne i skończone – w każdym calu przemyślane, stanowiące niekwestionowane opus magnum w całej dyskografii dwudziestosześciolatka CMYK (EP). Płyta, na której nie pojawił się żaden chybiony dźwięk, stała się również poniekąd gwoździem do trumny Jamesa, bo okej, jasne – z jednej strony to prawdziwie futurystyczne, chwytające za serce robotyczne piosenki, ale z drugiej przyzwolenie na późniejszy, niekoniecznie udany, romans z ruchem post-r&b (vide pierwszy upadek na drodze krzyżowej Blake’a – "Limit to Your Love", czy zalążki stylistycznej zmiany na Klavierwerke (EP)). Boli tylko, że wskutek fali popularności Jamesa równolegle tworzona przez Pariaha konkurencyjna i mniej soulowa wizja klubowej elektroniki przyszłości (Safehouses EP) została niesłusznie przez massmedia pominięta i przeszła niemal bez echa. –Witold Tyczka

posłuchaj »

przeczytaj recenzję
przeczytaj "10 najlepszych płyt 2010"


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Piotr KurekPolygome
Billie EilishWhen We All Fall Asleep, Where Do We Go?