SPECJALNE - Ranking

Najlepsze polskie single XX wieku

11 listopada 2015

Równo rok po publikacji listy najlepszych polskich płyt XX wieku przyszedł czas na dopełnienie naszych zakrojonych na dość szeroką skalę zmagań z nadwiślańską muzyką. Konstruując poniższe zestawienie singli, staraliśmy się ograniczyć do minimum zjawisko dublowania utworów z albumów, które święciły swoje tryumfy na zeszłorocznej liście płyt. W efekcie tej polityki ostały się jedynie te najbardziej przebojowe piosenki, które świetnie radzą sobie również poza kontekstem albumowym. Ponadto w celu dodatkowego urozmaicenia zestawienia zdecydowaliśmy się dopuścić do naszej doborowej setki maksymalnie 3 pozycje danego artysty. Tyle tytułem wstępu, teraz zapraszamy do lektury publikacji.

[PS: Ranking naszych 100 ulubionych polskich singli z dekady 2000-2009 znajdziecie tutaj.]

 

K.A.S.A.: Reklama

100K.A.S.A.
Reklama
[BMG, 1996]

Mało było we współczesnej historii polskich chartsów postaci równie pozbawionych jakiegokolwiek talentu i zarazem równie niezatapialnych, co Krzysztof "K.A.S.A." Kasowski. Już zresztą sam pseudonim "artysty" zdradza nam, że mamy do czynienia z postacią, której osobowość zawstydziłaby nawet większość bywalców Kabaretonu. Nie musimy nawet niczego słuchać. Wystarczy jedynie, że przypomnimy sobie niektóre tytuły jego płyt – jak Prezes Kuli Ziemskiej czy Neuromantic – i błyskawicznie okaże się, że mamy być może do czynienia z jednym z najbardziej suchych zawodników w historii polskiej muzyki popularnej. Mało było bowiem piosenkarzy, którzy kompletny brak muzykalności i głosu "nadrabiali" równie upośledzonym poczuciem humoru i kompletnie zbankrutowanym "pomysłem na siebie". Wśród rówieśników może dorównać mu chyba tylko Norbi – obaj panowie nagrali zresztą ostatnio wspólny utwór pod wiele mówiącym tytułem "Mylą Nas". Ciekawe dlaczego?

W jakiś sposób znaczące dla dość nędznego obrazu polskiego popu po 1989 roku jest więc to, że Kasowskiemu zdarzało się – przy całym swoim braku jakichkolwiek umiejętności – nagrywać lepsze rzeczy niż dużej części swoich bardziej kumatych rówieśników, nie wspominając nawet o muzycznych tuzach Polski Ludowej. Ci ostatni komercjalizację i urynkowienie znieśli nierzadko gorzej niż urodzone w latach 70. "pokolenie transformacji", do którego zresztą autor "Maczo" należy. Jednym z takich jasnych punktów jest na przykład opisywane przez nas kiedyś "Tylko Disco", stanowiące klasyczny przykład tego, jak najmniejszym możliwym wysiłkiem można zrobić naprawdę udany utwór. Kasowski (przykro mi, ale "K.A.S.A." z trudem przechodzi mi przez klawiaturę) bierze w nim ograną konwencję, ograniczając ją do kliku najbardziej rozpoznawalnych zagrywek i przystosowuje ją do gustu bywalców festiwalu Superjedynki.

"Reklama" – być może NAJWYBITNIEJSZE OSIĄGNIĘCIE tej nietuzinkowej postaci – działa w gruncie rzeczy w ten sam sposób. Haczyk polega jednak na tym, że jest to w każdej swojej sekundzie piosenka reggae. Jest to co prawda reggae wielokrotnie przepuszczone przez panujące w najntisowym zagranicznym popie tendencje, jak "suche" synthy, dubowa, głęboka sekcja rytmiczna czy zdublowany wokal, ale klasyczna dla tej stylistyki motoryka nie pozostawia żadnych złudzeń. Tym bardziej dziwi, że z nieznośnego gatunku wziętego na warsztat przez adekwatnie nieznośną postać, opakowanego jeszcze w satyrę na poziomie 13 Posterunku, wyszedł numer nie tylko świetny, ale także brzmiący niespodziewanie świeżo prawie dwadzieścia lat od swojej premiery. Ta antysynergia nie tylko nie powoduje powstania będącej sumą swoich część katastrofy, ale w jakiś sposób wewnętrznie pracuje, wbrew jakiejkolwiek logice i stylistycznym przyzwyczajeniom. Nie do końca wiem, czy to dowód niezwykłego szczęścia, czy zatajonej wielkości, ale coś musi być z tym "Maczo" na rzeczy. –Jakub Wencel

posłuchaj »


Marek Grechuta & Anawa: Będziesz Moją Panią

099Marek Grechuta & Anawa
Będziesz Moją Panią
[Polskie Nagrania Muza, 1969]

To się nazywa konkretny facet. Dwie minuty, parę nutek, i wszystko załatwione – podryw, oświadczyny, dj na wesele, pierwsza płyta, niezapomniany przebój. Muzyka i słowa – Marek Grechuta.

Wydawało mi się, że początków tej piosenki można szukać na pocztówce dźwiękowej z 1970r. A jednak jej ślad został utrwalony rok wcześniej, 8.1 na Filmwebie zarobił program telewizyjny w reżyserii Grzegorza Lasoty, który zawierał teledyski do kilku utworów Grechuty. Dostojny młodzieniaszek i trzepoczące rzęsami staroświeckie piękności, przestrzeń piwnicy wypełniona słabym światłem, dźwiękiem skrzypiec i akordeonu. Niewinne mrzonki napędzane pizzicato i subtelnym werblem, mostek budujący tragizm sytuacji i nieznosząca sprzeciwu determinacja refrenu. Wirujące smyczki porywają do tańca, a poezja rozczula i sprawia, że od tej pory każda pomarańcza będzie już słońcem.

Prawie wszystko, co pochodzi z okolic roku 1970. wydaje mi się abstrakcyjnie oddalone od teraźniejszości. Piosenka ”Będziesz Moją Panią” jest jedną z niewielu rzeczy, o której ma się pokusę powiedzieć ponadczasowa i nie robi się tego tylko dlatego, że to słowo jest zbyt wyświechtane na coś naprawdę wartościowego. –Monika Riegel

posłuchaj »


Thinkadelic: Wyżej

098Thinkadelic
Wyżej I Wyżej
[Pomaton EMI, 1998]

Z czym dziś może kojarzyć się Spinache? Punktów odniesienia jest sporo, ale ja wyróżniam: a) fizjonomię modela, gdy w tamtych czasach w środowisku raperskim przeważali ludzie o przede wszystkim typowo słowiańskiej, "ulicznej' urodzie b) najbardziej laidbackowe usposobienie ever c) pewną sinosuidalną zależność tusza/muzyka. Rozwijając to ostatnie – gość najpierw był szczupły i jako jeden z pierwszych, obok Starego Miasta, definiował podszyty jazzem rap na polskim gruncie, później przytył, zaczął robić mniej angażujące projekty z Redem, po czym jakby zniknął na kilka lat z mapy polskiego hip-hopu, a następnie znowu schudł i powrócił z płytą, która może szczególnie wybitna nie jest, ale bez problemu usytuowała go między fajowymi przedstawicielami pop-rapu. Na Thinkadelic mamy odsłonę tego najwcześniejszego, młodziutkiego Spinacza – wyluzowanego, nieskrępowanego, czerpiącego garściami w stylówce z amerykańskiego rapu złotej rapu. I tak"Wyżej I Wyżej" i "Jesteś Lekiem Na Całe Zło" to szczytowe osiągnięcia z tamtego okresu, ale my skupmy się przede wszystkim na tym pierwszym. KLIP. Nie przesadzę, jeżeli napiszę, że to zdecydowanie mój ulubiony klip w historii polskiego rapu, tam jest dosłownie wszystko to, na co mogły pozwolić ówczesne możliwości, esencja. Kadry przywołujące okładkę płyty Camp Lo, w pierwszej części garnitury, w drugiej dresowy styl, melanż w klubie, ESENCJA. Muzyka jest może nawet lepsza, bo o ile dzisiaj z pewnością nie robiłaby już takiego wrażenia, to wtedy stanowiła bujającą w obłokach przeciwwagę dla Skandalo-podobnych wydawnictw. Ogromna chemia między Czizzem a Spinaczem, lajtowe wersy – "podnieście ręce na raz!", soulowa wokalistka w refrenie, boom-bapowe biciwo, no rewelacja, obecność w rankingu w pełni zasłużona. –Rafał Marek

posłuchaj »


Zenek Czubaty: Do You Like Henky Penky Love

097Zenek Czubaty
Do You Like Henky Penky Love?
[Vega, 1984]

Cały czas mam wrażenie, że Martin Scorsese, układając swoją słynną listę Martin Scorsese Presents: Masterpieces Of Polish Cinema zapomniał o znakomitym obrazie Sylwestra Chęcińskiego z Janem Nowickim w roli głównej. Nakręcony w 1982 Wielki Szu, wiadomo, nie wpisuje się w kontekst wysublimowanego kina artystycznego spod znaku Polskiej Szkoły Filmowej i nijak do tej listy nie pasuje, ale mimo wszystko uważam, że to jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy polski film w swojej kategorii. A nawiązuję do sławnego Nowojorczyka dlatego, że nakręcony przez niego w 1985 roku Kolor Pieniędzy mocno przypomina zrobiony przez Chęcińskiego film, zatem zakładam,że Martin mógł się z tym dziełem zapoznać. W każdym razie pojedynek osobowości bazujący na życiowym doświadczeniu i wyrachowaniu Szu oraz niedojrzałości i w końcowym rozrachunku frajerstwie taksówkarza Jurka to zaledwie wprawka do zbudowania całej otoczki epoki PRL, w której przyszło żyć naszym rodzicom i dziadkom. Można sobie mówić o rewelacyjnych kreacjach Frycza, Niemczyka i Pomykały, można mówić o piersiach Grażyny Szapołowskiej i o całym zestawie innych smaczków, ale myśląc Wielki Szu widzę przed oczami tancerki z Hotelu Victoria i słyszę ”Do You Like Henky Penky Love?”. Kim jest Zenek Czubaty? Nie mam pojęcia, ale możliwe, że to Piotr Fronczewski, który pod aliasem Franek Kimono wydał album Goła Prywatka, gdzie pod czwartym indeksem pojawił się ten utwór. Muzyka? Oczywiście Andrzej Korzyński. Przetworzony głos, wyeksponowana linia basu, bogactwo detali aranżacyjnych, ale i rasowy, wspaniale zażerający motyw przewodni. Nad ”Do You Like Henky Penky Love?” unosi się duch Cerrone i Morodera, ale i ”Kiss Me Again” autorstwa, figurującego pod pseudonimem Dinosaur, Arthura Russella. To siermiężna Warszawa czy już skąpana blichtrem nowojorska dyskoteka? Disco Korzyńskiego zapełniłoby cały parkiet, jestem o tym przekonany. –Jacek Marczuk

posłuchaj »


Edyta Górniak: Jestem Kobietą

096Edyta Górniak
Jestem Kobietą
[Pomaton EMI, 1994]

Na debiut Edyty trafiłem gdzieś w połowie lat 90-tych, w sekrecie plądrując szpargały starszej siostry, ówcześnie zagorzałej fanki tak Jacko, jak i Górniak. Jako nieopierzony muzyczny entuzjasta otwarty na nowe doznania, nie mogłem powstrzymać się od tego niecnego czynu tym bardziej, że (jak chyba u wszystkich w tamtym okresie) Edyta wzbudzała we mnie (głównie ze względu na swój eurowizyjny sukces) wielki respekt, jawiąc się w mym dziecięcym umyśle gwiazdą wielkiego formatu. Pośród sterty plakatów i prasowych wycinek wypełniających niezliczone ilości teczek i segregatorów, znalazło się też miejsce dla Dotyku zarejestrowanego (a jakże) jeszcze na kasetowym nośniku, który to swoją drogą prawdopodobnie był produktem pirackiego obiegu, o czym wtedy zupełnie nie wiedzieliśmy. Zdaje się, że moje oczekiwania przerosły rzeczywistość, bo jakoś nie potrafię przywołać w pamięci długich godzin spędzonych przy debiucie ziębiczanki. Z perspektywy dnia dzisiejszego wcale mnie to nie dziwi, bo zwyczajnie, jako całość Dotyk się nie broni. Całkiem możliwe, że wrażenie to potęguje jakość openera, który tak znacząco podnosił poprzeczkę, że aby zadaniu podołać i ten wygórowany poziom utrzymać, Edyta musiała by nagrać album genialny, ocierający się o nasze rejony dziewiątkowe, co wyobrażam sobie jedynie przy hipotetycznej współpracy Górniak z talentami pokroju Dębskiego czy Jansona. Zostawmy jednak fantazmaty, a skupmy się na faktach: "Jestem Kobietą" jest dziełem nieprzeciętnym i co do tego nie mam już cienia wątpliwości.

Największą siłę utworu stanowi rzecz jasna kompozycja autorstwa Wojciecha Olszaka, atakująca słuchacza kanonadą hooków, stężenia której (niestety) nie udało się już powtórzyć nigdy więcej (co moim zdaniem w końcowym rozrachunku zaważyło na nieudanej próbie zawojowania międzynarodowej publiczności). Wiadomo, wałek sam w sobie jest genialny i nawet w formacie MIDI robiłby znacząco, ale to jak interpretuje go Edyta jest trochę oddzielną kategorią absolutu, jasno ukazującą jak zdolna i kompletna była to wokalistka: nie tylko dysponowała warsztatem najwyższej próby, ale też była twórczynią świadomą, doskonale radzącą sobie z niełatwą sztuką dozowania emocji. Jeżeli dodamy do tego wzorce najwyższych lotów, w prostej linii odsyłające do ejtisowego dorobku Janet Jackson (przywołałbym tutaj takie ”Control”), i równie genialny tekst autorstwa Jacka Cygana, to otrzymamy utwór bezbłędny, emancypacyjny wręcz w swej wymowie i na tyle wyrazisty, by rozstawiać po kątach autorki wybujałych quasi-manifestów, tak chętnie powołujących się w swej twórczości na punkowy etos riot grrrl. –Marek Lewandowski

posłuchaj »


Casanova: Nic I Zero

095Casanova
Nic I Zero
[Green Star, 1996]

Głupio zaczynać kolejny wywód na temat niesprawiedliwej recepcji nurtu, ani przede wszystkim na siłę szukać analogii ze znanymi i bezpiecznymi brzmieniami, ale jeśli ktoś ma jeszcze kłopoty z słuchaniem disco polo, to pewnie jednak warto się czasem zapuścić w ten płaskowyż Gorgoroth krytyki muzycznej. Zatem proszę sobie wyobrazić, że niniejszy chodnikowy klasyk to wczesne demo Magnetic Fields puszczone dwa razy za szybko; powinno wejść bezboleśnie. Zgadzałoby się całkiem sporo. Przede wszystkim czteroakordowy [citation needed] flow kolejki górskiej na oszczędnych klawiszowych środkach (bonusowo perwersyjnie zakłóconych gitarowym solo i fryzurą typu włochata tkanina dekoracyjna niezręcznie daleko zachodząca na kręgosłup) i wzruszająca historia wykluczonego romantycznie, nieradzącego sobie w miłosnym aikido młodego mężczyzny. Historia posuchy, tęsknoty za nikim konkretnym, dostarczona metaforą prostej instalacji elektrycznej, wzmocniona dysonansem ochoczego tempa i desperackiej chęci wyjścia z emocjonalnego proletariatu. Dzięki takim toposom uniwersalnym dla niskobudżetowej piosenki nie trzeba specjalnie przestawiać sobie podejścia do słuchania, szanujmy więc każdy tego typu żwawy klejnocik peryferyjnego popu, bo niewiele ich powstaje — i piszę to jako osoba zbulwersowana kryminalną niedoreprezentacją disco polo (a odpustowego bubblegumu w szczególności) na liście. –Mateusz Jędras

posłuchaj »


Czerwone Gitary: Takie Ładne Oczy

094Czerwone Gitary
Takie Ładne Oczy
[Polskie Nagrania Muza, 1968]

W powszechnej świadomości Czerwone Gitary są zespołem znanym, cenionym i lubianym, ale przez to też lekceważonym, zwłaszcza wśród młodszych muzycznych pasjonatów. Każdy zna wielkie radiowe przeboje, które śpiewała całą Polska ("teraz już nie pisze się takich hitów"), dlatego nie dziwi fakt, że nasi rodzice czy dziadkowie wychowali się na tych melodiach, a ciocie i wujkowie prezentowali nam składaki the best of Gitar pod choinkę ("kiedy ja byłem/byłam młoda...", "to muzyka mojej młodości", etc.). Spójrzmy jednak na zespół Klenczona i Krajewskiego przez nieco inną optykę. Wyobraźmy sobie jakiegoś młodego Portugalczyka, Węgra czy Koreańczyka, fana Ariela Pinka, Lilys, Dungen, Thief tudzież Lansing-Dreiden, który pewnego dnia dokopuje się na jakimś blogu do To My Właśnie czy do drugiego self-titled longplaya Czerwonych Gitar. Reakcji możemy się domyślić: gość odkrył właśnie fantastyczny zespół, polską odpowiedź na The Beatles i po zagłębieniu się w kolejne piosenki zwyczajne doznaje.

W każdym razie, typowy polski słuchacz niezalu niestety nigdy nie będzie mógł przeżyć tego, co teoretyczny przykład kolesia zupełnie pozbawionego kulturowego i historycznego bagażu. I może nie ma w tym nic odkrywczego, ale mam wrażenie, że wciąż nieco marginalnie traktuje się dorobek (zwłaszcza wczesny) tego niezwykle zasłużonego przecież bandu. Bo właśnie takie single jak "Takie Ładne Oczy", to nie tylko "lekkie, łatwe i przyjemne piosenki", ale również, a nawet przede wszystkim, znakomite popowe utwory. Gdy do moich uszu dochodzi przewodni riff gitary i gdy zachwycam się zwiewnością, z jaką Krajewski zmienia akordy i wyśpiewuje w Lennonowskiej czy McCartneyowskiej manierze przesiąknięty folklorem tekst Marka Dagnana o pięknych oczach niewiasty, to wydaje mi się, że słucham Rubber Soul powstałego w alternatywnej rzeczywistości. Dlatego stawiam pytanie sobie i innym młodym, młodszym i najmłodszym: czy można doznawać? Można, a nawet trzeba. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »


Kasia Kowalska: Coś Optymistycznego

093Kasia Kowalska
Coś Optymistycznego
[Mercury / PolyGram, 1996]

Przewrotna to sytuacja, w której naczelna smęciara polskiego popu nagrywa jeden z najbardziej pogodnych przebojów III RP. Jak do tego doszło? Nie mnie oceniać, ale "Coś Optymistycznego" to obok córki pewnie najlepsze co Kostek Joriadis dał Kasi Kowalskiej. Wszystkie songwriterskie kwity są tu na miejscu, szczególnie zażera niezbyt często goszczący na polskich boiskach funkowy groovik i saks wprost z krainy Earth, Wind & Fire. Najzabawniejszy jest jednak stosunek samej piosenkarki do dzieła – w rozmowie z "Trójką" mówiła coś o "osobistej niechęci" i o "śpiewaniu tego utworu na koncertach z zaciśniętymi zębami". Jeśli "Coś Optymistycznego" rzeczywiście było tylko "żartem" jak utrzymuje Kowalska (a i "śmieszny" teledysk zdaje się to sugerować), to mogę tylko pogratulować poczucia humoru wszystkim zaangażowanym w to przedsięwzięcie, bo na nieświadomce stworzyli jeden z najlepszych singli w świecie polskiego popu lat dziewięćdziesiątych. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »


Wały Jagiellońskie: Saturator

092Wały Jagiellońskie
Saturator
[Polskie Nagrania Muza, 1981]

Sympatyczna postać ten Rudi Schuberth. Jak długo pamiętam, on zawsze był tu – w eterze, był tam - w technikolorze. Ciągle w Opolu, ciągle na molo, stale w pobliżu Opery Leśnej. Bursztynowy słowik, żywa skamielina polskiej ludowości i znak, że transformacja nie zmieniła tak znowuż wszystkiego. W czasie lata z radiem nigdy nie brakło jego hawajskiej koszuli, okrzyków: "Monika, Monika" i reszty wygłupów wprost niezbędnych wakacyjną porą. Taka jagodzianka na plaży w bardzo lepki dzień. Z podobnymi ananasami mam problem, nazwijmy to, pokoleniowy. Nigdy nie wiem czy to, co ewentualnie nawet mnie tu śmieszy lub frapuje, nie ma czysto nostalgicznego podłoża. Na przykład: czy fakt, że część mojego życia zetknęła się przelotnie z elementami dziś już całkiem nieznanymi, nie kształtuje mojej pozytywnej` opinii o "Żniwnej Dziewczynie" Młynarskiego. Być może za kilkadziesiąt lat to właśnie ja i moi rówieśnicy zostaniemy wezwani jako ostatni świadkowie PRLu (lol, "ale nie, ale to prawda!"), aby opowiedzieć o otwieraczach do butelek na sznurku przy ladzie, dużych i małych fiatach, przyblokowych kurnikach, spalinowych drezynach, orle bez korony i co tam kto zapamiętał.

W pewnej mierze nagrany przez Okolicznościowo-Rozrywkowy Syndykat "Wały Jagielońskie" utwór "Saturator", znany też jako "Złote Żniwa" (hmm), jest dziś właśnie taką piosenką z kluczem: kabaretowo-uśmiechnietą, staroświecko-uprzejmą. Obok obłędnego momentu w refrenie "Wars Wita Was", jest to też po prostu najlepsze pokłosie dotychczasowej twórczości pana Rudolfa. Wakacyjny joint, którego podkład bardziej przypomina jakieś lo-fi kalifornijskie historie, niż przerysowane tropikalne cepeliady typu "Córka Rybaka". A że tekstowo jest równie ciekawie, to tytułowy saturator albo przywoływana maszyna do lodów Carpigiani tylko dodają atmosfery temu beztroskiemu nagraniu, nie przejmując jednak nad nim całkiem symbolicznej czy nostalgicznej kontroli. –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj »


Bajm: Dwa Serca. Dwa Smutki

091Bajm
Dwa Serca, Dwa Smutki
[Wifon, 1986]

Chyba dziś (mam nadzieję) wychwalanie Bajmu przez niezależny portal muzyczny nie jest niczym szokującym i kontrowersyjnym. I na tej konstatacji szybko kończę wątek, ponieważ brnięcie dalej wydaje mi się zupełnie bezcelowe. Zwłaszcza, że głównym tematem komentarza jest utwór tak wyjątkowy i unikalny. Otóż w przypadku "Dwa Serca, Dwa Smutki" mamy do czynienia z dziełem pomnikowym, a przy tym jednocześnie zupełnie odrealnionym, wikłającym się niemal w mitologicznym kontekście, a to przecież pieśń matki w stanie błogosławionym kierowana do mającego się niedługo narodzić męskiego potomka. Ponad dekadę temu, Borys pisał o "Dwóch Sercach", że w roku 1986 tak mógłby zabrzmieć efekt współpracy Pink Floyd i Madonny, a refren to "skrzyżowanie Vangelisa z a-ha", i rzeczywiście te tropy zdają się być całkiem przekonujące. Ale tak naprawdę nie jestem w stanie zestawić tej zamglonej synth-ballady (a słyszę tu nawet jakieś pierwiastki italo) z niczym, co do tej pory nagrano. Jasne, można pójść na łatwiznę i wskazać "Jezioro Szczęścia", ale w ten sposób niczego nie uda się rozwiązać. Po prostu w tych dźwiękach kryje się jakaś niewysłowiona magia, a za oniryczną mgławicą czają się światy Nine And A Half Week, Picnic At Hanging Rock czy Stalkera, po których przechadzają się świtezianki i nimfy. I nawet Struś Pędziwiatr nie jest w stanie sprawić, aby całe to widziadło rozpłynęło się w powietrzu. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Tłusty Piątek: 22 września 2017
Oneothrix Point NeverGood Time