Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.

Ktoś tu się chyba trochę kryguje, bo nudy w tych odprężających, deep-house'owych peregrynacjach po odmętach ludzkiej pamięci nie dostrzegam za grosz. Tristan Hallis udowadnia, że "Winona" z pewnością nie wzięła się z przypadku.
Aurora w swoim fantastycznym synth-boogie-funku wydestylowała carpiwave w jego najczystszej postaci. No bo przyjrzyjmy się, z czym mamy tu do czynienia, a więc w tej ekscytującej, ejtisowej mantrze o prym walczą: wczesna Madonna, Prince i Jurkszta pod patronatem Krzesimira. Jeśli będzie poniżej dziesięciu reakcji, to zwijam interes, no dobra, wcale nie, ale doceńcie tego pięknego obskura.
W starciu feministycznych pop-manifestów zupgrejdowane "bitches" wyraźnie góruje nad "Girls". Skandynawski gang wyzwolonych seksualnie dziewczyn w pakiecie z Charli XCX prezentuje wszystko, co najatrakcyjniejsze w prostolinijnym, nieskomplikowanym kompozycyjnie popie dla ogólnych ludzi. Czy może być lepszy utwór na uświetnienie dzisiejszego dnia seksu? Nie sądzę.
Jack Tatum wraca do sophisti popowej gry i to na dodatek z panem Elbrechtem pod ręką. No i co tu dużo kryć, koleś znowu dostarczył urokliwą, klawiszową pocztówkę z lat osiemdziesiątych, na powierzchni której wyraźnie odciska się brzmieniowo-kompozycyjna wrażliwość wybitnego pomagiera. Mała violensowska rzecz, a cieszy.

Odnajduję w tym imprezowym, kamaiyahowym bangierku depresyjny, biggiesmallsowy mindset. Hennessy leje się litrami, a w tle giną najlepsze ziomki l i doskwiera bezbrzeżna samotność. Taniec na grobie udanego, bezstresowego życia.
Norweska inwazja uhouse'owionego dance-popu z pogranicza jawy i snu trwa w najlepsze (pierwsze z brzegu Smerz i Sassy 009). W tym przypadku mamy do czynienia z instastory z rozgrzanego do czerwoności gejowskiego klubu w sąsiedztwie majestatycznych, skutych lodem fiordów. Eteryczne piruety na parkiecie.
Jeden z gości z nu-jazzowego (no powiedzmy) kolektywu BadBadNotGood postanowił wyrzucić Maca DeMarco z psych-popowego promu kosmicznego wprost w wyludnioną przestrzeń okołotameimpalowską. Wrzućcie ten późnobundickowski numer na słuchawki i poczujcie się jak w stanie nieważkości.