Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Ten na razie mało znany brytyjski kwintet na psychodelikach z pewnością należy do najbardziej gorliwych wyznawców kultu Todda Rundgrena. Z chęcią wstąpiłbym na nabożeństwo, ale akurat jestem zajęty szukaniem mojego starego albumu z zaśniedziałymi zdjęciami.
Rycerzyki budzą się z zimowego snu i swoim akwarelowym indie-popem rozbudzają wakacyjne oczekiwania. Tristan i Izolda na pikniku.
Napisałem tego blurba w 10 minutek, napisałem tego blurba w 10 minutek, napisałem tego blurba w 10 minutek, napisałem tego blurba w 10 minutek, no dobra, wcale nie, ale numer spoko.
Żarliwa rozmowa targanych wątpliwościami kochanków zawieszona na linii gitarowego r’n’b. Mógłbym słuchać tego wspaniale uzupełniającego się duetu w nieskończoność.
Że niby DJ Carpigiani gardzi gitarami? Guzik prawda. Na potwierdzenie tych słów macie tu ten oto krnąbrny indie folk-rock umizgujący się do Land of Talk, a momentami nawet do samej Alanis Morissette.
Romantyczny, rzewny electro-pop o miłosnej gorączkę sobotniej nocy. Walter Sobcek wznosi toast za pochopne decyzje i złe wybory.
Moja ulubiona azjatycka nadzieja future-popu wysyła maksymalistyczną pocztówkę walentynkową z krainy poptymistycznego spełnienia. Happy Valentine’s Day wszystkim popowym nerdom.
Głosami 34 do 7 uznaliście, że to prawdziwy hicior. No to jedziemy z tym nadwiślańskim eurdance'em.
Kanadyjski producent porzuca kunsztowne imitacje Reicha i przestawia wajchę na imprezowe bengierki. Jak macie ochotę na trochę pozytywnego house'u zeswatanego z klasycznym french touchem, to wystarczy zbić szybkę z napisem CFCF.
Normikowy kwartet z Vancouver na pozornym spontanie pyka sobie kanapowe indie zasilane jazz-prog-rockową maszynerią. Muzyka tylko dla wtajemniczonych outsiderów.